#zwiedzANKI: Teneryfa ♥️

Dostaję od Was dużo wiadomości z zapytaniem o nasz urlop. Nigdy nie pisałam sprawozdania czy relacji z urlopu, więc jeśli mi nie poszło to darujcie.

Jak już wiecie wycieczkę kupiłam pod wpływem chwili i impulsu. Nie była specjalnie przemyślana i „poszliśmy” na żywioł.
Wycieczka na Teneryfę obejmowała przelot, 7 dni w hotelu all inclusive i odpoczynek w pakiecie. Zabraliśmy ze sobą humor, pogodę i determinację, żeby wypocząć.

I się udało. 😊 Może nie fizycznie, bo wakacje z maluchami to nie łatwizna, ale psychicznie na pewno.

S przynosił mi sangrię z kostkami lodu, świeżymi owocami, pachnącą jak najlepsze perfumy świata i nie martwił się, że trzeba zapłacić ratę za dom.
Problemy zostawiliśmy w domu. Mniej więcej pomiędzy ładowarką do telefonu, a moimi sandałami.

Wycieczka była w promocji i nie było to nic specjalnie wyszukanego. Hotel miał tylko 3.5 gwiazdki, ale i tak się dość sporo spłukaliśmy. Był to wydatek i to nie mały, ale w 100% wart swojej ceny.

Na miejscu hotel zaskoczył nas dwoma pięknymi, dużymi pokojami z wyposażonym aneksem kuchennym, wielką łazienką, przestronnym salonem i jednym dość sporych rozmiarów karaluchem.

4 baseny, w tym dwa małe, leżaki i parasole umilały pobyt i pomagały sprawdzić, po ilu godzinach w wodzie skóra na stopach dzieci się pomarszczy.

Pojechaliśmy już poza sezonem więc wszędzie było „luźno”, ale pogoda dopisywała przez wszystkie dni.
Widoki przepiękne i zapierające dech w piersiach. Czasami mieliśmy wrażenie, że oglądamy to w telewizji.

Nie byłabym sobą, jakbym nie wspomniała o jedzeniu. Było pyszne, ale ja nie jestem obiektywna, bo ja bardzo lubię jedzenie. Dużo świeżych owoców, warzyw i posiłki gotowane na bieżąco.
Alkohol też był, choć i w jego przypadku obiektywizmu nie zachowam. Najważniejsze, że lekki i w każdej ilości, co rekompensowało okropną kawę.

Wykupiliśmy też wycieczki do zoo (gdzie ukradziono nam naszą lustrzankę) i parku wodnego (gdzie dzieci błagały o meldunek). Kilka razy byliśmy też na plaży (której piasek odkrył nieodkryte dziury i zakamarki w naszych ciałach).

Cały pobyt cudny, choć jak to zwykle bywa za krótki. Na Teneryfę wrócimy, choć na pewno nie w to samo miejsce. I nie dlatego, że było coś nie tak, ale dlatego, że chcielibyśmy zobaczyć coś nowego.

Dzieciaki były tak grzeczne, że trudno było nam w to uwierzyć. I mamy nadzieję, że to nie jednorazowo tylko, że zwyczajnie mają duszę podróżników.
Spędziliśmy ten czas razem, bez pośpiechu, bez zmartwień i na pełnym luzie.

Ale były też i minusy. Podróż trwała prawie 5 godzin. Było to i w jedną i w drugą stronę 5 najdłuższych godzin w moim życiu. Felek zajął się tabletem, książkami, jedzeniem i zadawaniem nam rozluźniających pytań: „a czemu drzewa rosną?” i „gdzie mieszka morze?”.

Za to Bubusia? Klękajcie narody. Ona jest z tych małych ludzi, które jak mają charakter to go używają. Oj i ona użyła. A do tego całą podróż spędziła na moich rękach. Jadła u mnie, spała u mnie, nawet kupę mi na rękach zrobiła. Jak wysiadłam to wyglądałam jakby mnie pies zjadł i wyrzygał. Bluzkę wyrzuciłam już na lotnisku, bo bałam się, że mnie ochrona zatrzyma za próbę roznoszenia zarazy. S pół podróży powtarzał, że mi współczuje, choć widać było, że aż tańczy ze szczęścia w środku, że wylosował opiekę nad Felusiem w podróży.

Nacieszyłam oczy palmami, kaktusami i śniadymi Hiszpanami, choć S i w tym wypadku miał dużo więcej szczęścia, bo Hiszpanki opalają się bez staników. Choć  to też loteria, bo opalającej się toples 70-cio latki nie da się odzobaczyć. S udało się wyhaczyć kilka dwudziestek i do dziś bredzi przez sen „mucias gracjas siniorita”.

Ogólnie cały pobyt dodał S jakieś +1000 punktów do bycia „portorykiem”. Opalenizna, kapelusz i już po dwóch drinkach S mówił biegle po hiszpańsku. Jak na prawdziwego maczo przystało, przez cały wyjazd prawił mi też wyszukane komplementy typu: „ale się zjarałaś, wyglądasz jak burak”.

I tak kochane, potwierdzam. Po 35 latach prób udało mi się w końcu opalić nogi, choć nie pełną ich powierzchnię. 😉

Statystyki 😉

Zawsze czekam na S kiedy wraca z pracy po drugiej zmiany. Lubię wyczekiwać na niego z zapalonym światłem i kolacją. W tym czasie sprzątam, a potem razem bierzemy prysznic, siadamy z kubkiem herbaty w salonie i zdajemy sobie relację z dnia.

On opowiada co było w pracy, co robił, jak mu minął dzień. Mówi o tym co jadł, z kim gadał i zdaje relacje z całego dnia. Zawsze potem pyta o dzieci.

Opowiadam mu co się działo, jak było na spacerku. Zdaję mu sprawozdanie z posiłków, picia, a nawet kup. Zawsze też mamy ubaw z nowych słówek i powiedzonek.

Na koniec nieodłącznym elementem każdego dnia, są informacje z bloga i z Instagrama. S nie zawsze ma czas na bieżąco sprawdzać co publikuję na blogu, a czasem zwyczajnie lubi ten element zaskoczenia. Instagrama nie ma wcale więc wypytuje mnie o wszystko.  Bardzo mu się podoba jak wychodzę na zdjęciach i ostatnio pyta.

S: A jak Ci idzie na Instagramie Ania?
Ja: Całkiem nieźle chyba.
S: Ile obserwacji już masz?
Ja: Coś ponad 1100.
S: O, no to pięknie. A zdjęcia jakie ostatnio wrzucałaś? Dużo lajków?
Ja: Te w kapeluszu ponad 370, na moście ponad 300, na ławce, w różowej bluzce i jeszcze jakieś z kwiatami chyba i wszystkie ponad trzysta. A, no i jedno z Tobą ma jakieś 270 lajków.
S: Ej, no to super Kocie.
Ja: No, fajnie. Patrz, a wiesz co sobie teraz uświadomiłam?
S: Co?
Ja: Że Ty mi cholera statystki psujesz.

Kwiatowa ❤️

Dzisiaj z S obchodzimy 4 rocznicę ślubu.
I ja wiem, że powinnam teraz napisać, że były to 4 przefantastyczne i przecudowne lata miłości, miłość i tylko miłość i bla bla bla.

Kochamy się, ale to były 4 bardzo normalne lata. Fajne, trochę szalone, niespodziewane, pełne niespodzianek, szacunku i szczęścia.

Postanowiłam w prezencie dla S sporządzić małe podsumowanie. 😉

Na dzień: 20.09.2018

Stan dzieciowy: sztuk nadal 2, choć prace trwają. 😉

Stan wagowy: żona +20 kg, mąż –20 kg.

Stan włosów: żona – wella blond, mąż – siwy jak gołąbek.

Rozrywki:
➡️ żony: czytanie, pisanie, blogowanie, seriale i chodzenie na paznokcie.
➡️ Męża: przeglądanie wieczorami „Jeb z dzidy” i seriale.

Kłótnie :
➡️ za sprawą żony 123936251
➡️ za sprawą męża : 1/2
➡️ Za sprawą osób trzecich: 1

Fochy:
➡️ żony 32827262628
➡️ męża: 1

Zdobyte nowe umiejętności :
➡️ żona: ignorowanie, przewracanie oczami, ostentacyjne wzdychanie, zabijanie wzrokiem.
➡️ mąż: już umie tak ustawić stopy, żeby mieściły mu się przy zlewie.

Z czego zrezygnowali:
➡️ żona: z papierosów.
➡️ mąż: z kolegów, ścianki wspinaczkowej, pubów, imprez, węża, oglądania horrorów.

Mądrości nabyte:
➡️ żona: wielkie oczy i piwo do kolacji potrafią wyprosić wiele, rozróżnia szlifierkę od wiertarki.
➡️ mąż: przytakiwanie ułatwia życie

Najczęściej nas łączy: poczucie humoru.

Najczęściej nas „dzieli”: nic, czasem jedynie dwójka maluchów śpiących pomiędzy nami.

Cechy charakteru, które wkurzają nas w sobie najbardziej:
➡️ u żony: ciężko wybrać jedną.
➡️ u męża : mruk.

Najlepszy przyjaciel:
➡️ Żony – mąż
➡️ Męża – żona

Co najfajniejsze udo się nam stworzyć przez te 4 lata? RODZINĘ. ❤️

Zwracam honor 😉

Opowiem Wam pewną historię. Jestem Wam to winna, bo często wspominam, że nie umiem trzymać urazy czy się długo gniewać. Że szybko mi przechodzi i nie obrażam się  Nie jest to do końca prawda. Dopiero wczoraj w nocy okazało się jak długo miałam focha.

Jakieś 16 lat temu (choć liczę zupełnie na oko), razem z Mają i szwagrem świętowaliśmy jakiś sukces tekilą. Musiał być to wspaniały i niezapomniany sukces, bo wypiliśmy tej tekili pokaźną ilość. Chociaż dziś nie mogę sobie przypomnieć cóż to tak spektakularnego było.

I ta pokaźna ilość właśnie, najbardziej dała o sobie znać dopiero na drugi dzień. W sumie to, że ze szwagrem biliśmy się o łazienkę umocniło nasze więzi. Do dziś rozumiemy się bez słów. I zwracamy (choć w tym przypadku to nie jednoznaczne słowo) się do siebie z szacunkiem.

Ale do brzegu. No i ja na drugi dzień, jak to najczęściej bywa, zarzekłam się: „Przysiegam, nigdy, przenigdy więcej tekili. Do ust nie wezmę”.

I ja w tej przysiędze trwałam. Do tego stopnia byłam jej wierna, że jak widziałam tekilę w sklepie na półce, to głowę z obrzydzeniam odwracałam. Z tego co wiem szwagier, nie był aż tak zawzięty.

Po 16 latach złamałam słowo.
Na naszym urlopie, kiedy o 21 dzieciaki już spały, a my z S czytalismy książki na balkonie, S mówi:

S: Kocie idę po drinka, chcesz coś z baru?
Ja: Tak, poproszę coś fajnego.
S: Ania, ale co?
Ja: Zaskocz mnie.

Drink wyglądał super. Czerwony i pomarańczowy kolor mieszkały się między kryształkami lodu, a plasterki pomarańczy pływały w rytm mieszającej słomki. A do tego smakował wybornie. Słodki, delikatny i naprawdę pyszny.

Ja: O wow. Super. Dawno nic tak fajnego nie piłam. Bardzo smaczny. Co to jest Kocie?

S: Tekila sanrajs.

Cała ta historia dała mi do myślenia, bo przez byle fochy tyle straciłam. A jak widać warto dać drugą szansę. Ja od dzisiaj daję. W kolejce czekają śledzie, rodzynki i rum.

Biegacz 😉

Każdy rodzic wie, że przy takich maluchach jak moje, trzeba bardzo uważać co się mówi. I już nie chodzi o w nerwach rzuconą kurę, czy pośpieszne ja parole, parole, parole. Na wszystko trzeba zważać. I mimo, że czasem gada się, bo wie, że nie słuchają, to dzieci nie słuchają, a słyszą. Jest to taki rodzaj uszkodzenia słuchu, który słyszy wszystko dookoła, oprócz: proszę, daj, przestań.

Uwielbiamy spacery, ale z uwagi na małe problemy techniczne byliśmy prawie dwa tygodnie uwięzieni w domu. Problemy techniczne dotyczyły braku współpracy głównego ogniwa. Czyli zwyczajnie mówiąc, Buba się na mnie obraziła. A konkretnie to na wózek.

Dwa tygodnie nie było szansy nawet jej włożyć do spacerówki, a co dopiero przejść kilka kroków. Jako, że to dość oporna materia (po mamusi), dałam jej czas. Nie zmuszałam, nie próbowałam, nie naciskałam.

Po 2 tygodniach wsiadła sama i zażyczyła sobie spacerku. Ze zmiany frontu najbardziej ucieszył się Felutek, bo też spacery uwielbia. Choć tak naprawdę większość czasu jedzie na podstawce podczepionej do wózka.

Jak Buba już się z wózkiem przeprosiła, to ze spacerem nie czekaliśmy, tylko od razu ruszyliśmy do parku.
Felutek chyba ze strachu przed kolejnym buntem Buby biegł cała drogę i nawet nie myślał o staniu na podstawce.

Ja: Ojeju, ale Ty zasuwasz Felusiu.
F: Szybko biegam.
Ja: No bardzo szybko i z gracją.
F: Bo ja ćwiczę.
Ja: Ćwiczysz synku?
F: Tak mamusiu, ćwiczę.
Ja: Ale czemu?
F: Bo jestem za gruby.

I teraz już wiem, że następnym razem jak S zapyta co odstawiam na macie, to nie mogę powiedzieć, że ćwiczę, bom gruba. Odpowiem, że dokonuje owe akrobacje i figury gimnastyczne w celu ograniczenia mojej puszystości.

LifeWife by Felutek 😉

Felutek załapał fazę na aparat fotograficzny i robienie zdjęć. Byliśmy w spożywczaku i w gazecie wypatrzył jakiś plastikowy aparat. Prosił i prosił, aż w końcu wyżebrał. Ale obiecał, że będzie się cały dzień bawił. I bawił się tak pięknie, że aż nie wierzyłam własnym oczom.

Jak tak na niego patrzyłam, to przypomniało mi się, że mam gdzieś schowany stary aparat. Wiedziałam  że jest na górze, ale nie widziałam go od miesięcy. Szukanie zostawiłam dla S, bo on ma więcej cierpliwości niż ja. Kiedy S wrócił z pracy, to go znalazł (choć nie obyło się bez zbędnych epitetów i nadmiernej gestykulacji) i na rano zostawił Felusiowi.

Felutek oszalał ze szczęścia. Stary soniacz, ale ciągle jary, zdawał się nie brać do siebie upadków, uderzeń i czekoladowych palców. Za to ja do siebie brałam: mamusiu uśmiech, mamusiu stój, mamusiu upozuj.

Pozowałam i uśmiechałam się. Nigdy nie miałam takiej sesji. Nawet Iza nie karze mi się tyle szczerzyć, co Felek.

Śmiechu było co nie miara, a jak wieczorem przeglądaliśmy z S zdjęcia, to albo pękaliśmy z dumy z genialnych ujęć, albo pękaliśmy ze śmiechu z samych ujęć.

Jako matka byłam duma, że tak się wkręcił i nie odpuszczał. Kibicowałam tej trzydniowej pasji. Cieszyłam się, bo w zasadzie nigdy nie miałam tyle zdjęć od pasa w dół.

Felutek sam z siebie był dumny i kazał mi przeglądać każde zrobione zdjęcie.

F: Podoba się mamo?
Ja: Bardzo synku. Masz talent.
F: To stój jeszcze Ci zrobię jak gotujesz.
Ja: Dobrze to rób, już się ładnie uśmiecham.
F: Przy gotowaniu się nie uśmiechaj.
Ja: Czemu Felutku?
F: Bo nie będzie pasować na naszego bloga.

Chodagang 😉

Dwa tygodnie przed wyjazdem na urlop, wbiłam się w strój. Popatrzyłam na siebie w lustrze, wybiłam się ze stroju i w akcie desperacji, wyciągnęłam matę ze schowka i podjęłam 19277009 próbę ćwiczeń. Tym razem musiałam próbować z dziećmi, bo S był w pracy. Może i lepiej, bo nie lubię jak patrzy i się pokłada ze śmiechu, kiedy ja akurat próbuję nie zejść na zawał.

Za to maluchy uwielbiają ze mną ćwiczyć. Po 2 sekundach rozsiadły się na macie i czekały na trening. Niezmiennie od 4 lat wrzuciłam skalpel Ewy, jako że to dla początkujących. Znam już go prawie na pamięć, ale na inny jej trening nigdy się nie odważyłam. Już samo ogladanie mnie boli.

Kiedy zaczęłam to przez pierwsze 3 minuty robiłam wszystko, żeby utrzymać postawę, równowagę i powagę. Próbowałam też nadążyć. Nie za Ewą of kors, bo to niewykonalne, ale za pytaniami Felka.

F: Do kogo ta Pani mówi mamo?
Ja: Do mnie synku.
F: A czemu mówi wdech i wydech?
Ja: Żeby równo oddychać i się tak nie męczyć jak mama.

Maluchy skakały, robiły fikołki, a ja modliłam się w duchu, żeby wytrwać chociaż do 10 minuty i przy okazji któregoś nie zdeptać lub kopnąć.

Felutek wgapiał się w ekran i powtarzał wszystko, a ja próbowałam nie popuścić ze śmiechu. Pomagał mi podnosić nogi, wzdychał, stękał i przy okazji mnie dopingował. Kiedy Ewa zaczęła brzuszki, Felutek z poważną miną popatrzył na mnie i mówi:

F: Mamusiu ćwiczysz?
Ja: Tak, próbuję.
F: To czemu nie robisz jak Pani?
Ja: Bo po tym synku, to by mnie już chyba nie odratowali.

#jestembojesteś ❤️

Patrzy na mnie.
Uwielbiam jego oczy. Niebieskie. Po mnie. Choć kolor ma piękniejszy. Taki intensywny. Zawsze jak patrzy to widzę w jego oczach sztorm. Wzburzone morze, takie piękne i obezwładniające.
Zamyślam się. Trzy lata. Dziś kończy trzy lata…

Nie wiem sama kiedy to zleciało. Patrzę w jego oczy i widzę noworodka. W uszach słyszę słowa lekarzy, które tną jak pociski karabinu. Trafiają prosto w moje serce i rozszarpują je na kawałki: umiera, sepsa, stan krytyczny, zaintubowany.

Nie. Nie. NIE! Koszmar. To mi się śni. To straszny sen. To nie może być prawda. Słyszę w uszach wrzask. Ktoś strasznie płacze. Po chwili dociera do mnie, że słyszę siebie. To ja wyję. Z bólu, bezradności, z przerażenia.

Jestem po cesarce, wiozą mnie do niego… Żebym go zobaczyła… Żebym się pożegnała.

Serce mi pęka. Ale nie wyję. Dotykam inkubatora. Nie żegnam się. Mówię, że ma walczyć. Że jest duży i silny. I da radę. Że jestem z nim i zawsze będę. Że nie może się poddać. Że my walczymy o niego. Że jestem tu i bez niego nie wyjdę. Że tata tu jest. Tata. Twój ukochany tata, który przez 9 mcy ciąży, co wieczór smarował nam brzuch bio-oilem, ten który każdego wieczoru czytał nam bajkę przed snem. Tata, ten dla którego już jesteś najważniejszy na świecie.

I dziś patrzę w te wielkie oczy. Na twarzy błąka się zadziorny uśmiech. Uśmiecha się jak mała szelma. S mówi, że ma to po mnie.
Od razu wiem, że chce się powygłupiać. Rzucam się na niego, chwytam w ramiona i obracam się z nim. Łaskoczę i całuję, a on parska śmiechem. Tak się chichra, że S przychodzi z kuchni posłuchać tego śmiechu. Uwielbiam widzieć ich szczęście.

Mój mały zuch. Mój bohater. Mój waleczny, silny i mądry chłopczyk. Już nie niemowlak, już taki duży.

Od razu wiedziałam, że da radę. Kiedy włożyłam rękę do inkubatora, a on ścisnął mój palec. Wiedziałam, choć pękało mi serce…

Wierzyłam. Modliłam się. Błagałam. Aniele Boży Stróżu mój….

Żałuję, że odebrano nam tą radość narodzin. To szczęście i magię. Żałuję, że tyle wycierpiałeś. Żałuję, że byłam taka zdruzgotana, przerażona, słaba. Ale to już za nami. Dałeś radę. Wszyscy daliśmy.

Najważniejsze, że jesteś. Jesteś. ❤️

Kocham Cię całym sercem. Jesteś moim życiem, radością, moim bohaterem. Dziękuję Ci synku, że się nie podałeś, że byłeś dzielny.
Życzę Ci zdrowia przede wszystkim. Życzę Ci uśmiechu i śmiechu. Żebyś był zawsze już taki pogodny, rozbrajający i zwariowany. Żebyś zawsze kochał siostrę i się nią opiekował. Życzę Ci wspaniałych trzecich urodzin, dużo prezentów i udanych wakacji.

Mam nadzieję, że mimo że czasem mi nie wychodzi, że czasem jest ciężko, że nie daję rady, to Ty wiesz, że i tak Cię kocham. Bezgranicznie, bezinteresownie, całym sercem, każdym milimetrem mojego ciała – kocham Cię.

Wygrałeś życie i zrobimy wszystko, żeby było piękne ❤️

P.s. Słowa do pamietniczka na dziś:
– ubuduj coś ze mną.
– będę pływał z dełfinami.
– no proszę, jak pięknie zjadłem.
P.s.2. Prezent na spółkę z Bubusią. Kochamy Cię córciu.

Krótkie cięcie… 😉

Pisałam Wam już kiedyś, że nasz Felutek ma z fryzjerami na bakier. Nie lubi i już. To znaczy do samych fryzjerów nic nie ma, bardziej do strzyżenia.

Kolejna wizyta jednak zbliżała się nieubłaganie. Włosy miał już naprawdę długie. A do tego po mnie ma tendencję do bycia czupakabrą, więc szalony nieład trzeba było okiełznąć.

Do fryzjera poszliśmy godzinę wcześniej. Żeby się opatrzył, osłuchał i zrelaksował. S był w pracy i jak zwykle najgorszy obowiązek spadł na mnie. Najgorszy, bo Felutek z miejsca zaczął płakać.
Po kilku minutach uspokoił się, usiadł na sofę z moim telefonem, a ja dałam mu czas, żeby się oswajał.

Pani fryzjerka go zaczepiała, tłumaczyła angielskie słówka na polskie i próbowała z nim rozmawiać. Falutek się śmiał i ewidentnie się rozluźniał.

Kilku mężczyzn czekało w kolejce, wszyscy próbowali go zaczepiać i zabawiać, a jeden z nich zapytał:

Facet: Mieszkacie tu blisko?
Ja: Tak.
Facet: Moja dziewczyna jest Polką, mamy 3 letnią dziewczynkę i mieszkamy w okolicy.
Ja: O super. To fajnie byłoby się spotkać, dzieciaki się pozbawią, a my się poznamy i obgadamy Wam facetom tyłki.

Od słowa do słowa, wymieniliśmy się namiarami i postanowiłam do nich napisać, jak tylko wrócę do domu. Zawsze to fajnie poznać przyjazną duszyczkę, szczególnie na obczyźnie.

Feluś popatrzył jak wszyscy ze sobą rozmawiamy, odprężył się i tylko troszeczkę pomarudził. I cięcie się pięknie udało się.

Oczywiście wyglądał cudnie z krótkimi włoskami i nie mogłam się na niego napatrzeć. W domu jak S go zobaczył, też się nim zachwycał.

S: Ania, no i jak było tym razem?
Ja: Dużo lepiej. Poznałam u fryzjera fajnego faceta.
S: Co?
Ja: O cholera, trochę źle to zabrzmiało.
S: Ania, bardzo źle to zabrzmiało. Może zacznij jeszcze raz, tylko dobrze dobierz słowa.
Ja: Do fryzjera przyszedł pewien bardzo nieatrakcyjny dla mnie mężczyzna….. 😉

To co niewypowiedziane… ❤️

Kiedy za każdym razem jak gdzieś wychodzisz, mówi: „napisz jak dojedziesz”.

Kiedy wraca z pracy i pyta: „wykończyły Cię dzieciaki”?

Kiedy nawet jak się kłócicie mówi: „Kocie uspokój się”.

Kiedy sam przypomina Ci, że miałaś iść na paznokcie.

Kiedy je zakalec i mówi, że pyszny.

Kiedy patrzy z zachwytem na dzieci i mówi, że „mają oczy po Tobie”.

Kiedy po kilku godzinach w pojedynkę z dzieciakami podziwia Cię, że tak cudnie sobie radzisz.

Kiedy masuje Ci wieczorem stopy i ogląda po raz 100 Twój ulubiony film.

No i kiedy po okropnym dniu w pracy otwierasz drzwi, a on w progu pyta „różowe czy białe?”

To on Ci mówi Kocham Cię. ❤️