Hobby 😊

Przez ostatnie kilka tygodni dostaję na Instagramie wiadomości typu: „Super profil, bla bla bla, ile udało Ci się zarobić w Internecie?”.

Uznałam, że to pytania zbyt osobiste i nie odpisałam. Szczególnie, że wiem, że pytały osoby, które nigdy nie przeczytały mojego żadnego wpisu.
Wam napiszę jak to jest, bo Wy czytacie.

Jako rekin biznesu, absolwentka zarządzania i osoba znana w nielicznych kręgach za zaradną, w internetach zrobiłam zero. Tzn. w funtach zero, bo w złotówkach to zero. Ba, ja nawet jak na osobę szczodrą przystało, do interesu dokładam. Nie mogę powiedzieć ile, bo kłamać nie chcę, a Szanownemu powiedziałam, że nie dużo. I póki nie dopytuje, to milczę.

Mogłabym zarobić na testowaniu produktów na Insta, ale z moim szczęściem to mi skóra z twarzy zejdzie, albo co gorsza włosy wypadną.
Zgłosiła się do mnie kiedyś klinika „Nowa gęba” zajmująca się operacjami plastycznymi, z propozycją operacji zmniejszenia nosa i promocji w necie. To się nie zgodziłam. Kurde, no bo jak już będę sławna, to długi nos mi będzie potrzebny do zadzierania.

Kiedyś butik z ciuchami zaproponował konkurs i wspólną promocję, ale jak się okazało, że się w żaden ciuch z butiku nie mieszczę to współpraca się rypła.

Do reklamy mnie nikt nie weźmie, bo po pierwsze kamera mnie nie obejmie, a po drugie nie mieli by tyle filtra i pudru, żeby mojego „buraka” zakryć.

Choć ja osobiście widzę się w reklamie. I nie mam z tym problemów, poza tylko tym, żeby byłoby to coś co lubię. Oby tylko nie mówić. Jeść mogę, to akurat umiem wspaniale. Pić też potrafię. Reklamować mogłabym mielonkę tyrolską lub Łomżę miodową. A! No i parówki.

Mogłabym poczytać i poszukać jak można zarobić i co zrobić. Nie mówię, że mi się nie chce. Może jak skończę dwie książki Clarksona, Grę o Tron, Nosowską i Cobena, to się tym zajmę. Chyba, że znowu kupię jakąś nowość.

Fajnie by było nie iść do pracy, siedzieć w domu, nic nie robić. Ale wtedy nie miałabym o czym pisać, a tak proszę. Mam.

Ostatnio chłopak z pracy mówi do mnie:

Chzp: Anna, ale Ty pięknie pachniesz.

Zawstydzona wydukałam podziękowania. A w domu od razu zakręciłam się koło S (w moim odczuciu) seksownie, na co on pyta:

S: Kark Cię boli Ania? Co się tak wyginasz?
Ja: Nic, chciałam żebyś powąchał jak pachnę, bo mi ktoś dziś w pracy powiedział, że ładnie.
S: Ania, ślicznie pachniesz.
Ja: Dziękuję kochanie.
S: Uwielbiam zapach wędzonki.

Widzicie, fajniejsze niż kasa.

0

Tapir 😉

Podzielę, się z Wami dramatem jaki mi się przytrafił na moim urlopie.
Zawsze jak jestem w Polsce, to umawiam się do fryzjera. Mam swoją „Panią”, bardzo miłą i zdolną. I tym razem moja fryzjerka zrobiła mi piękne, różowe, delikatne pasemka. Byłam zachwycona. Pomyślałam nawet, że wszyscy będą patrzeć na włosy i nikt nie zauważy, że jestem gruba.

W dzień wesela szwagierki, umówiona była inna fryzjerka do domu, więc do swojej nie pojechałam. Byłam ostatnia w kolejce, bo próbowałam okiełznać dzieci. Młodą uczesała ślicznie, dziewczyny też, choć muszę uczciwie przyznać, że nie miała dziewczyna ani wizji, ani wyobraźni .

Przyszła moja kolej.

F: Jak Pani chce?
Ja: Chciałabym je jakoś do góry, bo jest gorąco, i żeby mi Buba paluszkami nie wyciągała.

Nie, że byłam od razu źle nastawiona, ale jak zobaczyłam jak mnie tapiruje i tapiruje i tapiruje, to minę miałam nietęgą. Po 10 minutach, jednym tapirze na czubku i głowie w kształcie jajka, lżejsza o 50 zł poszłam na makijaż.
Nie przyglądałam się za bardzo, a wszystkie braki uznałam, że będą mniej widoczne jak dojdzie makijaż. Zaniepokoiło mnie tylko, że S nic nie komentuje. Żadnego ślicznie czy choćby fajnie.

Wątpliwości rozwiała kosmetyczka, która patrzyła na mnie z litością w oczach i pożyczyła mi lokówkę jakbym w „razie czego” potrzebowała.

Wróciłam do domu pięknie umalowana choć dalej z głową jak jajko. Fryzjerka była jeszcze na miejscu, wiec mówię do niej:

Ja: Poprawi mi Pani trochę te włosy? Bo źle wyglądam. Nie podoba mi się.

Po jej trzech fochach, obrazie majestatu i dwóch więcej tapirach wysłałam zdjęcie Majce.
Odpowiedź przyszła natychmiast.

M: Myć.

Wesele jedzie, ja z tapirem, w spodenkach i cała rozmemłana. Co mi pozostało? Najpierw w bek, a potem czesać.

Z pomocą ruszyła szwagierka E. Rozczesała mi pukle i już jajkowa głowa wyglądała dużo lepiej. Lakieru tona, włosy tak naelektryzowane, że światło w łazience się samo zapaliło, a my loki kręcimy. Tą lokówka co mi ją na szczęście kosmetyczka pożyczyła. E skończyła i poleciała się szykować, a ja poszłam pokazać się S.

S: Ania, Super. Teraz jest fajnie. Ślicznie wyglądasz.

Czułam się dużo lepiej, chociaż piękne, różowe pasemka nie wyeksponowały się tak jak bym chciała.
To nie był mój ślub, choć jak każda babka, chciałam wyglądać dobrze.

Więc pamiętajcie dziewczyny, że wybór fryzjera na wesele jest ważny, bo jak Wam jakaś fryz spieprzy, to wszyscy zauważą że jesteście grube.

Davos

Zostawiłaś mnie 😉

Kilka dni temu byłam z Felutkiem i Bubusią u koleżanki synka na urodzinach. M kończył 3 lata i była mała imprezka z grillem.

Były dwie dziewczynki i Felutek jako nieodrodny syneczek tatusia, nie odstępował dziewczyn na krok.
Ale, że było już dość późno, a Bubusia była zmęczona, to po dwóch godzinach musieliśmy wracać do domu.

Ja: Felutku, zbieramy się do domu, bo Bubusia zmęczona
F: Ja nie chcę mamusiu.

Kurde, nie było mowy. Zaparł się. Chciał zostać, a ja nie wiedziałam co zrobić  Z pomocą ruszyła koleżanka.

K: Ania to go zostaw, a ja go potem odprowadzę. To 5 minut raptem.
A: Serio? Ale ja go nigdy nie zostawiałam. Nie wiem jak zareaguje.
K: Nic mu nie będzie. Super się bawi. Idź i nie przeżywaj.

Pożegnałam się, podziękowałam, zapytałam Felutka 1726 razy czy na pewno chce zostać i ruszyłam z Bubusią do domu.
Powiem Wam, że dziwnie mi się szło bez niego. Pusto, cicho. Obracałam się ze sto razy. Czułam się nieswojo. Zadzwoniłam do S.

Ja: Wracam z Bubusią z urodzin, bo bardzo zmęczona. Felutek został.
S: Co Ty gadasz? Serio?
Ja: No tak, dla mnie też szok. Napiszę Ci jak wróci.

Weszłam do domu, od razu odkreciłam wodę do wanny i poszłam na górę po śpiochy dla Buby. Już na górze usłyszałam jego wrzask.
Zbiegłam z Bubusią na dół, otworzyłam drzwi, a na progu koleżanka i Felusiek. Cały zapłakany i w spazmach, wył że go zostawiłam.

Dopadłam do niego i wzięłam w ramiona.

Ja: Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Synku, przepraszam. Nie wiedziałam. Nie chciałam.

Rozpłakałam się. Koleżanka prawie też. Przeprosiłam za kłopot i obiecałam napisać potem. Mały nie odklejał się ode mnie nawet na sekundę. Drzwi nie pozwolił mi zamknąć. Tulił się i łkał.
Zadzwoniłam do S i z płaczem mówię :

Ja: To moja wina, mogłam go nie zostawiać.
S: Ania, spokojnie. Nic się nie stało. On od stycznia ma szkolę i będzie musiał zostawać 3 godziny dziennie. Nie przejmuj się.
Ja: Ja sobie tego nie wyobrażam.
S: Dobrze będzie, będzie miał okres adaptacyjny i będziesz mogła z nim zostawać na początku.
Ja: A nie wiesz ile taki okres adaptacyjny trwa?
S: Nie wiem, zależy od dziecka chyba.
Ja: Po dzisiejszym to mi się wydaje, że u nas będzie trwał ze trzy lata.

 

#pogadANKI: pakowanie 😉

Jednym z najczęściej zadawanych pytań po naszym urlopie, zaraz po tym „czy mieliście pogodę?”, padało pytanie o bagaże. Ile? Co pakować przy dwójce maluchów i jak nie zwariować wlokąc to wszystko po lotnisku z dzieciakami na rękach?

Zapraszam na #pogadANKI

1. Duży bagaż.

32 kg na 4 osoby na 2 tygodnie – bez szans. Więc albo dokup drugi, albo tak jak my przebiegle i taniej wyślij wcześniej paczkę. Nie zapisuj, co pakujesz. Przecież będziesz pamiętać. Przecież każdy by pamiętał czy 3 tygodnie wcześniej wysłał dwie bluzy czy trzy i czy spodnie tam były czy nie. I jak się później okaże, że masz siedem par spodni, a żadnej bluzy, to nie marudź, bo zapisać mogłaś.

Jak już przystąpisz do pakowania bagażu głównego, to koniecznie pamiętaj, że w Polsce tak drastycznie zmienia się temperatura, że koniecznie musisz zabrać ciuchy letnie, prawieletnie, wiosenne, jesienne i półzimowe. I to w 4 kompletach.

Ciuchy spakowane, bagaż domyka się? To wspaniale, bo pora na buty. Gumaczki – jak będzie padać, sandałki – jak będzie grzać, adidasy, bo wiadomo będzie śmigał, trampki – na wszelki wypadek, kapcie i klapki do basenu. Dobrze, że córka jeszcze potrzebuje tylko jedną parę. O swoich butach zapomnij. W jednych przechodzisz, a przy dobrych wiatrach dokupisz. Trudno się mówi 😉.

Uff. Spakowani. Ważenie. 35kg. Szlag! Przepakowuj. Cholera jasna! Jeśli po 17 godzinach negocjacji w końcu udało się Wam wybrać to, co „jest koniecznie” i waga się zgodziła, to z małymi foszkami przechodzimy do bagażów podręcznych.

 

2. Bagaż podręczny syna. 

Tu jakby sprawa jest na tyle prosta, że na bagaż syna wybieramy walizkę do siedzenia i jeżdżenia, która jest prosta w obsłudze. Pod warunkiem oczywiście  że synek ma humor i chce na niej jechać  Problem zaczyna się wtedy, kiedy synek humoru nie ma, jechać nie chce, ciągnąć nie chce, za to chce patrzeć jak Ty ją z gracją niesiesz pod pachą. Pełną po brzegi oczywiście i  zapakowaną tylko w męskie zabawki. Wyjścia nie ma jak się jedzie do 4-ech dziewczyn.

3. Bagaż podręczny męża.

Jak na osobę najroztropniejszą i najbardziej odpowiedzialną w rodzinie przystało, mąż w bagażu posiada laptop, aparat, tablet, power bank, portfele, dokumenty, paszporty. Omijajcie uwagi, że pewnie Ty byś to zgubiła, czy gdzieś posiała, że on bierze na siebie, bo Ty gapa i takie tam. Nie dajcie się sprowokować przed samym urlopem.

4. Bagaż podręczny żony.

Mleko, woda, pampersy, chusteczki mokre, chusteczki higieniczne, kanapki, banany, słodycze, chrupki, krem, książeczki i jogurty, czyli wszystko co pozwoli 3-latkowi i rocznej dziewczynce usiedzieć 2 godziny w jednym miejscu.

Zapomnij o swoich przyjemnościach podróży takich jak książka czy audiobook. Nie dlatego że nie będzie Ci dane ich użyć, ale dlatego, że już Ci się w bagaż nie zmieści.

5. Bagaż podręczny córki.

Wózek. Nie dajcie sobie wmówić, że na miejscu jest i to 20 wózków. Na lotnisku Wam będzie potrzebny jak objuczeni dziećmi, bagażami, chociaż jedno uda Wam się pchać, a nie nieść.

Po odprawie zajmiecie miejsca w samolocie. Wszystkie plecaki w luki bagażowe. Jak będą potrzebne to zdejmiecie po starcie.
No chyba, że zaśniecie wszyscy, i Wy i dzieci. Po dwóch godzinach lotu, obudzi Was sąsiad z miejsca za Wami z informacją, że coś na Was kapie.

Wezwijcie obsługę.
I kiedy owa obsługa poda Wam kapiący plecak Waszego Męża z laptopem, aparatem, tabletem, power bankiem, portfelami, dokumentami i paszportami, mimo groźby sytuacji, nie parsknijcie śmiechem.

Każdemu może się przydarzyć. No pewnie, że tak. Nie dokręciło się butelki z wodą i tyle. Nawet jak się jest najroztropniejszym i najbardziej odpowiedzialnym w rodzinie, a na pewno nie gapą.

Wykręćcie laptop, wysuszcie paszporty i  módlcie się, żeby żadne z maluchów nie poprosiło o wodę 😁.

Szczęśliwej podróży 😊.

A jakie Wy mieliście wpadki i podróżne przypadki?

2:1 😉

Stosunek do piłki nożnej zawsze miałam przerywany. Dzieci z tego nie było, ale adrenalinka i owszem.

To nie jest tak, że ja jestem typowym laikiem czy ignorantem. Swego czasu kibicowałam i podstawowe pojęcia takie jak: piłka, murawa czy bramka znam.

Od kiedy sięgam pamięcią to zawsze ja pałałam większą miłością do piłki, niż ona do mnie. Od małego, kiedy pod blokami kopaliśmy w gałę, to ja zawsze ku uciesze chłopaków w ryło dostałam.

W czasach mojej spektakularnej młodości, mój dobry kolega zaraził mnie miłością do Legii. I miłość ta trwała do póki dopóty na Żylecie serpentyną w sam środek czoła nie wyrwałam. Ponoć tak się robi oprawę. Sentyment do Legii i szrama na czole pozostały mi do dziś, a do tego i wspomnienia mam piękne.

O mundialu dowiedziałam się, że jest, kilka godzin przed meczem z Senegalem. Telewizji nie oglądam, radia nie słucham, oderwana od rzeczywistości i mózgiem dzieciom, nie orientowałam się w temacie.

Za to od rana na Insta i Fejsie dominowały barwy narodowe. Dzieci przebrane, matki przebrane, koty przebrane. Poruszona rzuciłam się na swoje maluchy w celu ozdoby. Moje się przebrać jednak nie dały, za to drapały jak koty.

Dobra, nie to nie. Chociaż popatrzę chwilę, może się uda. Pół godziny przed meczem włączyłam telewizor z zamiarem nie przegapienia. Okazji nie przegapił Felutek i wyżebrał bajki. I kiedy tak patrzyłam na niego, w ten piękny dzień, przed telewizorem, to stwierdziłam, że na zdrowie wszystkim wyjdzie, jak pójdziemy na spacer.

Felek hulajnogą, Buba rowerkiem, ja nogami. Ze spaceru wróciłam spocona bardziej niż Lewy po meczu. No, bo wiadomko, że hulajnoga i rowerek to sprzęt pożądany i ciekawy, ale szybko nudzący. Matka chętnie zawsze dla zdrowotności ponosi. Ponosiłam i dzieci i sprzęt.

Plac zabaw, zjeżdżalnie, półtorej godziny szaleństw i biegania od jednego do drugiego. W drodze powrotnej nogą kopałam rowerek, Bubę za rączki prowadziłam, a Felutka błagałam, żeby jechał bądź chociaż pchał.

Dotarliśmy do domu. Włączyłam telewizor. Wynik. Przegrali. I szkoda mi było. Bo wiedziałam jak się poczuli.

Biegali 90 minut, w sumie to nie wiedomo za czym, jeden drugiego szarpał i źle krył, spalili milion kalorii, spocili się jak szczury, dźwigali wszystko na swoich barkach, a nikt nie powiedział dziękuję. A choćby nie wyszło, to dziękuję wypada powiedzieć.

Bo my jak weszliśmy do domu i Felutek w końcu zobaczył moją fioletową, zalaną potem twarz, zapytał z przerażeniem:

F: Mamusiu, co się stało.

To ja bez sarkazmu i szydery, resztką sił wyszeptałam: „Nic się nie stało”.

Lewa noga 😊

Na nasz urlop polecieliśmy samolotem do Warszawy i po dwóch dniach u mojej siostry, musieliśmy dostać się do rodzinnego domu S. Teść zadeklarował, że po nas przyjedzie i nas odwiezie. Jednak szkoda było nam go gnać w obie strony, więc Majka poukładała tak swoje sprawy, żeby nam pożyczyć auto.

Samochód marzenie. Marki nie pamiętam, ale duży, siedmioosobowy, amerykański i z automatyczną skrzynia biegów.

W uwagi na to, że nigdy nie prowadziłam auta w „automacie”, S dał mi kilka lekcji w teorii, o potem zabrał na przejażdżkę.

W jedną stronę ciągle deptałam nogą w podłogę i próbowałam wcisnąć sprzęgło. Ciągle grzebałam między siedzeniami w poszukiwaniu skrzyni biegów. Co 3 sekundy pytałam S, czy na pewno jadę dobrą stroną drogi. Myliły mi się kierunki i miałam wrażenie, że ciągle jadę pod prąd. Na rondach stałam dobre kilka minut, żeby dobrze zjechać. Koszmar.

Zrobiliśmy krótką przerwę. Chwilę odetchnęłam i się uspokoiłam. I w drogę powrotną już było dużo lepiej, choć musiałam ruszyć pod górkę i strasznie panikowałam:

Ja: Boże. Boję się, stoczy mi się na pewno. Matko. Stoczy mi się
S: Ania, nie stoczy. Nie panikuj. Jak puścisz hamulec to on bez gazu podjedzie.
Ja: S, błagam Cię. O czym Ty do mnie rozmawiasz. Z dziećmi jadę. Panikuję, bo wiem, że mi się stoczy.
S: Ania, to jak się zatrzymasz to wciśnij, lewą nogą hamulec. A jak bedziesz ruszać to prawą gaz wciskaj i bedzie dobrze.

Kurde. Dobry patent. Ruszyłam i to bez problemów. Wiedziałam, że nie trzeba tak panikować. Udało mi się ruszyć tak dwa razy i już się nie bałam.

Kilka godzin później kiedy wracałam z paznokci tą samą drogą to postanowiłam, że zrobię tak samo.

Lewa noga na hamulec. I masz. Jeb. Całe auto staneło dęba. Ja bach cyckami na kierownicę, a opony aż zapiszczały i zaśmierdziały. Kurde. Co się stało? Najpierw pomyślałam, że ktoś we mnie wjechał. Spanikowałam jak nie wiem. Po chwili dotarło do mnie, że to ja tak zahamowałam. Myślę sobie, że chyba coś źle zrobiłam, więc spróbuję jeszcze raz.

Podjechałam na skrzyżowanie, samochodów pełno, lewa noga na hamulec. Szlag. Znowu. Opony zapiszczały, siaty w środku fruwały, a ja czerwona jak burak, trzęsąc się jak galareta odstawiłam tą nieszczęsną lewa nogę i jakoś udało mi się zjechać ze skrzyżowania.

Do domu zajechałam dalej czerwona, zawstydzona i zła jak osa.

S: Co się stało?
Ja: Ale żeś mi patent sprzedał. Pół skrzyżowania zablokowałam i mało sobie jedynek o kierownicę nie wybiłam.
S: Ania, to delikatnie trzeba i dopiero jak się zatrzymasz.
Ja: Przecież delikatnie!
S: Lewa noga jest od sprzęgła i ona pamięta ten ruch. Tak jest nasz mózg zaprogramowany. Noga głowy słucha.
Ja: S, błagam Cię. Moja głowa to akurat słuchała, jak 43 samochody trąbią na mnie w tym samym momencie.

 

Delikatnie wciskałam. Jadąc. Cholera. Zapomniałam, że to się trzeba najpierw zatrzymać.

Czy blondynki też są programowane przez mózg?

Męski wypad 😉

Mąż mnie zabije za ten wpis, ale muszę. Nie mogłam tego przemiczeć  I nie dlatego, że było to mega śmieszne. Jestem lekko przewrażliwiona na punkcie zdrowia, więc postanowiłam napisać. Kobietom ciągle przypomina się o badaniach, kontrolowaniu się, a u facetów cisza, bo temat wstydliwy. Ja wolę się wstydzić i mieć męża zdrowego.

Zawsze jak jesteśmy w Polsce, to załatwiamy potrzebnych lekarzy i badania. Ja robię przegląd, a i dzieci jeśli jest taka konieczność odwiedzają doktora. Moje i dzieci badania mamy na bieżąco więc tym razem przyszła kolej na S.

Umówienie wizyty spadło jak zwykle na Majkę.

Ja: Maja sprawę mam. Umówiłabyś mojego S do lekarza?
Maja: A co? Chory?
Ja: Nie. Ale chcę go umówić na kontrolne badania prostaty. Już i wiek ma, a i w rodzinie przypadki.
Maja: No pewnie. A on chce?
Ja: On jeszcze nic nie wie.

A, bo i nie mówiłam, po co ma się buntować i złościć. Sam z siebie, by nie chciał zrobić. Postanowiłam za niego i już. Uznałam, że to ważniejsze zbadać go, niż się trochę nasłuchać.

Maja umówiła mu usg, a w dzień wizyty mówię:
Ja: S, dziś nie możesz od 14-tej jeść. I musisz dużo pić.
S: Co????
Ja: S, masz dziś usg prostaty. Umówiłam Ci wizytę. R Cię zawiezie.

Cisza. Spodziewałam się krzyków i gadania. A tu nic.

S: Ok.

Szwagier go zawiózł i stwierdził, że sobie też zrobi, jak już będzie. A my z Mają miałyśmy używanie. Cały dzień podśmiechujki robiłyśmy, że to się dopiero męskie wyjście nazywa. Że normalni faceci to sobie wyjście na piwo robią, a nie na badania prostaty.
Kiedy wrócili, S mówi:

S: Zdrowy.
Ja: To super. Co mówił?
S: Pytał, co mnie skłoniło do badań. Powiedziałem prawdę, że Ty mnie zmusiłaś.
Ja: Haha i co on na to?
S: Zapytał czy chcę zaświadczenie dla żony.
Ja: Bardzo zabawne.
S: Serio. Wziąłem.
Ja: Po co?
S: Żebyś przez najbliższe 10 lat mi już dupy nie męczyła.

Weselny klimat 😊

Na naszym urlopie impreza goni imprezę i wczoraj mieliśmy wesele.

Nie szykowaliśmy się na noc pełną wrażeń i szaleństwo do białego rana, bo na wesele poszliśmy z dzieciakami.
Zakładaliśmy w optymistycznej wersji, że jak dobrze pójdzie to do 18-tej może uda nam się zostać.

Dzieci buntowały się w dzień ze spaniem i jeszcze dobrze ślub się nie zaczął, a oni już byli zmęczeni. Buba ceremonię przespała, ale na salę wkroczyła z naładowanymi bateriami.

Zjedliśmy pierwsze danie i ruszyliśmy w tany. Bubusię „ukradły” ciotki, a my szaleliśmy z Felusiem.

Po dwóch godzinach szaleństwa z Felutkiem na rękach, po dwóch twistach, jednej lambadzie i jednych kaczuszkach padłam jak po Chodakowskiej. Lało się ze mnie i upociłam się jak szczur. Wyglądałam jakbym miałam za sobą „Hot body”, a S przynajmniej „Bikini”. Za to Felutek był nie wzruszony.

Napędzany sokiem i sernikiem nie dał się zaciągnąć do domu. Bawiliśmy się do 21. Co prawda nie udało nam się razem zatańczyć, ale było cudnie. Wzruszałam się za każdym razem jak patrzyłam na Felusia. Taki duży, odważny. Mój partner do tańca.

W domu wykąpaliśmy dzieciaki. Maluchy padły w 5 minut, a my sobie otworzyliśmy piwo na toast. S mówi :

S: Super było, szkoda tylko, że nie udało nam się zatańczyć.
Ja: Noc jeszcze młoda…

Powiem Wam, że mimo, że raz mnie nadepnął, tańczyliśmy przy „Bańkę złap” to był to super przytulniec. Uśmieliśmy się jak bardzo. Głupawka. A S mówi :

S: Za 20 lat jak pójdziemy na wesele to wrócimy po 3 dniach.
Ja: Za 20 lat jeśli wrócimy z wesela po 3 dniach, to chyba zahaczając o oiom.

100 lat Młodej Parze. ❤

Chrzciny ❤️

Wczoraj był Chrzest Święty naszej Bubusi.

Od rana było pięknie, świeciło słonko i wszystkim dopisywały humory.
Bubusia się zbuntowała i nie chciała spać przez cały. Chyba czuła, że to jej dzień i nie może przegapić żadnej sekundy.

Nie organizowaliśmy dużego przyjęcia. Ważniejszy był dla nas sam chrzest. Była tylko najbliższa rodzina i chrzestni. 13 dorosłych i 6-tka dzieci.

Zaszczyt bycia chrzestną spadł na Majkę, a chrzestnym został kuzyn Szanownego, K.
Felutek przez pół ceremoni pytał: „a co Pan robi?” i „kiedy jedziemy do domku?”. Bubusia dwa razy od księdza „uciekła” i nie tak łatwo dała sobie wygonić diabełka.

Po ochrzczeniu, przyszła kolej na błogosławieństwo nas – rodziców i rodziców chrzestnych.

Ksiądz : Niech pierwsza uklęknie mama dziecka i przyjmie błogosławieństwo.

Ksiądz pomodlił się w mojej intencji i poprosił ojca dziecka, żeby uklęknął. No i w tym momencie chrzestny bach na kolana.

My wszyscy na siebie i w śmiech. Nawet ksiądz uśmiechnął się pod nosem.

Wytłumaczenia dla rodziny mieliśmy dwa. Kto nie ma poczucia humoru usłyszał, że K wziął z miejsca obowiązek bycia ojcem chrzestny na 100%.

A dla tych którzy mają, powiedzieliśmy, że prawie dwa lata skrzętnie skrywana tajemnica, a on bach na kolana i nas wsypał. I to jeszcze w kościele.

Która wersja podoba Wam się bardziej? 😉

To był cudowny dzień. Dziękuję gościom za przybycie i prezenty, Rodzicom za obiad w restauracji i tort, a Hani, że uratowała szatkę, przed wyfrunięciem z auta.
Córciu, niech Pan Bóg ma Cię w swojej opiece.
I Ciebie synku też.

Idziemy do zoo 😊

Zaplanowaliśmy wczoraj wyjście do zoo. Ustaliliśmy, że jak maluchy wstaną z drzemki, to zjemy obiad i pojedziemy.

Ale po obiedzie się rozpadało. Wszystkim było smutno, bo dzieciakom bardzo zależało. I kiedy o 16 wyszło słonko i się rozpogodziło stwierdziliśmy, że jedziemy.

Zapakowaliśmy się do auta szybko, jeśli pakowanie trojga dzieci, dwóch dorosłych, dwóch plecaków i wózka można nazwać szybkim. Włączyliśmy nawigację i ruszyliśmy.

Od Majki do zoo jest dość blisko, ale Warszawa przez ostatnie 6 lat się bardzo zmieniła i nie wierzyłam już swojej pamięci. Zdaliśmy się więc na nawigację.

15 minut drogi zmieniło się w pół godziny, ale przy okazji widzieliśmy Wisłę, zwiedziliśmy Śródmieście i nawet postaliśmy chwilę w słynnych, warszawskich korkach.

Zaparkowaliśmy, ale mieliśmy kawałek do przejścia. Szybkim truchtem, jeśli spacer trójki dzieci, dwójki dorosłych, z dwoma plecakami i jednym wózkiem można w ogóle nazwać szybkim. A co dopiero truchtem.

O 17:05 zawitaliśmy pod zamknięte bramy zoo.
Lato w pełni, dzień jeszcze młody, a zoo o 17 zamknięte.

Dzieci zaczęły się dopytywać dlaczego czekamy, a ja nie miałam serca im powiedzieć.

Ja: S pilnuj dzieci, zaraz wracam.

Poszłam z drugiej strony, ale i tam wszystko zamknięte. Zajrzałam w dyżurkę strażników, zapukałam do okna w kasie. Nic. Pusto. Ludzie po zoo spacerują, a my się kręcimy pod bramą.

Dziaciaki przez szpary dojrzały flamingi i zaczęły piszczeć podekscytowane, a ja już zrezygnowana, ostatnim rzutem oka zerknęłam w stronę okien kasy. Gdzieś za zasloniętą żaluzją, mignęła mi biała koszula. Zerwałam się i wołam.

Ja: Proszę pana, proszę pana.
P: Słucham.

Z dyżurki wyszedł strażnik. Stanął przy bramie w postawie raczej obronnej. I popatrzył zaciekawiony.

Pomyślałam, że jako matka dwójki maluchów dawno się wstydu wyzbyłam, więc rzuciłam się na faceta i zaczęłam prosić na moją ulubioną metodę w sytuacjach kryzysowych. Na pandę.

Ja: Czy jest jakaś szansa, żeby wejść jeszcze do zoo? Proszę Pana bardzo. Dzieciom obiecałam, co ja im teraz powiem? Korki były. Mój Boże. Proszę Pana bardzo. „Pan-da” dzieciom zwierzątka zobaczyć. Pan będzie człowiekiem.
P: Proszę kupić bilety w biletomacie i wchodzić. Tylko już nie robić zamieszania.

Ha! Wiedziałam. Na Pandę zawsze działa!