Awaria 😉

Od kilku tygodni mam taki problem z blogiem, że jak na stronę internetową wrzucam zdjęcie, to one nie zawsze się wgrywa na fejsbuka. Kombinowałam, sprawdzałam, ale nie wiem w czym jest problem.

Kiedy kilka dni temu wrzucałam wpis i znowu nie poszło mi zdjęcie na fanpejdż wkurzona wydarłam się do S.

Ja: S ochujam ja zaraz z tym blogiem i z tym fejsbukiem. No znowu jest bez zdjęcia. Przecież mnie zaraz coś trafi.
S: Nie wiem jak Ci pomóc Ania. Ja się nie znam na fejsbuku.
Ja: Ty się znasz tylko na tym na czym chcesz. Godzinami siedzisz na telefonie i głupoty oglądasz, to mógłbyś mi sprawdzić, poszukać, poszperać.
S: Ania uspokój się.
Ja: Co się uspokój? Ciężko Ci mi pomóc jak zwykle…

I tak od słowa do słowa nagadałam mu, chlapnęłam drzwiami i wyszłam do pracy.
Już w aucie wiedziałam, że nie potrzebnie się uniosłam i na nim wyżyłam. Przykro i głupio mi było, że tak na niego naskoczyłam.

Mimo, że wiedziałam, że S na pewno to olał i się nie obraził, postanowiłam go przeprosić. Chciałam, żeby wiedział, że mi z tym źle, ale że i umiem się przyznać do błędu.

Od razu po powrocie z pracy, poszłam na górę i mówię:

Ja: S przepraszam, że Ci nagadałam. Wkurzyłam się i odreagowałam na Tobie.
S: Wiem. Nie gniewam się.
Ja: Wiem, że się nie gniewasz.
S: Ania, bo ja to sprawdziłem, wszyscy piszą, że to takie „widzi mi się” fejsbuka co pokazuje, a co nie, i że nic na to nie poradzisz.
Ja: A widzisz, jednak znalazłeś czas żeby sprawdzić. Czyli trzeba się pokłócić, żebyś jakoś reagował? Sam z siebie nigdy nie pomyślisz?
S: Ania, poczekaj, poczekaj. Przerwę Ci za wczasu, bo zaraz znowu będziesz musiała przepraszać. 😉

Ruszaj się, ruszaj się Ty… 😉

Mam taką bransoletkę na ręku, co mnie mierzy. Ile chodzę, ile śpię i czy spalam więcej kalorii niż jem. Choć ta funkcja jest nieużywana. Przekłamywała wyniki skubana i zawsze wychodziło, że nie spaliłam nawet 1/3 tego co zjadłam. Więc ją wyłączyłam. Po co mam się denerwować, jak ona liczyć nie umie.

Bransoletkę kupił mi S w prezencie, jak chodziłam na siłownię. Bardzo ją lubię i używam codziennie. Lubię wiedzieć, ile przeszłam przez cały dzień.

Od kiedy S zmienił pracę to ciągle wraca do domu i gada, że się nachodził strasznie, że nogi w dupę włażą, że czuje jaki kroki w kilometry lecą.

No i wczoraj mówi, że pożyczy ode mnie do pracy moją fioletową bransoletkę, żeby sprawdzić z ciekawości.

Pożyczyłam mu niechętnie, bo ja nie lubię swoich osobistych rzeczy pożyczać. Z dzieciństwa mi to zostało, jak mi rodzeństwo wpierało, że tą czekoladę to tylko ode mnie pożyczą.

No więc, po milionie nie zgub mi, nie popsuj i nie napaćkaj brudnymi rękami w końcu mu pożyczyłam.

A kiedy wrócił z pracy, od razu dopadłam do niego sprawdzić czy nie popsuł, a on mówi:

S: Zapierdziel taki. Cały dzień jakiś taki szalony. Nogi mi w dupę włażą. Ile tam kroków?

Ja: 6 tysięcy prawie.

S: Widzisz, mówiłem Ci. Ciągle na nogach. Nie ma jak usiąść.

Ja: S, ale ja to rozumiem, bo ja w domu z dziećmi tylko, a usiąść i tak nie mam jak czasem.

S: Ania no, ale nie zrobisz przez cały dzień 6000 kroków po domu.

Ja: S zdziwił byś się, ile ja się muszę nachodzić. Od 5 rano do 23 codziennie. Plus każdego dnia spacer. A zdarzają się takie dni, że jak wychodzę do pracy to już mam 8 tysięcy, a ile w pracy i po pracy się jeszcze nachodzę to już nie wspomnę.

S: No tak. Nie pomyślałem. To nieźle.

Ja: Zawsze jak zostajesz sam z dziećmi to potem mi mówisz, że nie wiesz jak ja to wszystko robię i ogarniam prawda?

S: Prawda.

Ja: To właśnie tak to ogarniam. Chodzę sobie i pachnę.

 

Kto pyta nie błądzi… 😉

Już Wam kilka razy pisałam, że Feluś gada i zadaje pytania bez przerwy. Pyta po 100 razy o to samo i buzia mu się nie zamyka.

Przeczytałam miliony artykułów o odpowiedziach, przyczynach pytań i o tym, dlaczego dzieci ciągle pytają. Przeczytałam nawet jeden felieton amerykańskiego naukowca o konsekwencji zadawania za dużo pytań i złych odpowiedziach, ale po nim mi mózg pękł.

Wzięłam sprawę na klatę i odpowiadałam, odpowiadałam i odpowiadałam.
A po kilku dniach odkryłam, dlaczego mój syn zamęcza mnie pytaniami.

Przyczyny są dwie i jak zwykle w takich sytuacjach, szybckiutko znalazł się winny.
Olśniło mnie po całym weekendzie spędzonym z S.

Po pierwsze jak S coś robi, to go nie ma. Odcina się. Podzielność uwagi na poziomie – 11. Skupić się potrafi tylko na tym, co ma akurat na „tapecie”. Pilnuje dzieci kątem oka, ale już z odpowiadaniem na pytania to ciężko.

F: Tatusiu, a dlaczemu przykręciłeś?
F: A co szukasz w schowanku?
F: Będziemy piłować?
F: A gdzie moja piła?
F: Tatusiu, a czemu jeszcze szukasz?

Posłuchałam z boku i kurde. Olśniło mnie. On mnie zamęcza pytaniami, bo S mu nie odpowiada! Jak Ci wrzasnę!!!

Ja: S, dlaczego mu nie odpowiadasz?
S: Odpowiadam.
Ja: No chyba średnio. Od 5 minut nie odpowiedziałeś mu na żadne pytania, a zadał chyba ze 100.
S: Odpowiadam.
Ja: Chyba sobie w głowie. On po 3h z Tobą jak jestem w pracy, potem ze mną 8h nadrabia i mi wytchnienia nie daje. Rozkazuję Ci mu odpowiadać.
S: Odpowiadam.
Ja: S, Ty mnie nawet nie słuchasz.
S: Odpowiadam.

No szlag. Zajęty, to ma swój świat. Cały dzień po cichu zwracałam mu uwagę i S karnie starał się zaspokoić dziecięcą ciekawość i opowiadać na wszystkie pytania.

Kiedy wieczorem dzieci pluskały się w wannie, ja szykowalam kolację, S ruszył mi z pomocą i wtedy odkryłam druga przyczynę.

S: Co na kolację?
Ja: Placuszki. Pomożesz mi?
S: Pewnie, mów co robić.
Ja: Tak jak zwykle. Przygotuj ciasto, a ja nasmażę.
S: A w której misce? Dać jajko? Ze szklanki mąki czy więcej? Dodać trochę bananów do ciasta? Czy może lepiej jabłek? A z dżemem będą jedli czy z cukrem pudrem.

I wtedy do mnie dotarło. Felek zadaje tyle pytań, bo on się zwyczajnie przy tacie osłuchał.

Pora na dobranoc… 😉

Kiedy wróciłam ostatnio z drugiej zmiany, zastałam dzieciaki na górze brykające po łóżku i  drzemającego w najlepsze S.

F: Mamusiu kładź się do nas.
Ja: Kochanie, śpijcie już. Mamusia musi trochę posprzątać.
F: Mamusiu, ale ja jestem głodny.
Ja: A nie jadłeś kolacji?
F: Nie.

Cholera. Szarpnęłam S, najniedelikatniej jak potrafiłam, a w myślach aż się gotowałam: „Co ten S ma w głowie, żeby dzieci nie nakarmić przed snem? Zero pomyślunku. Jak tak można?”.

S: Ania, no co?
Ja: Co żeś dzieci nie nakarmił?
S: Ale jak to? Przecież jadły.
Ja: Felek jest głodny.

Zabrałam go na dół, zrobiłam tosty z masełkiem i mleko, a S został na górze i usypiał Bubusię.
Felutek wariował, biegał i mnie zaczepiał, ale z talerza ledwo skubnął.

Ja: Czemu nie jesz synku?
F: Już się najadłem.

Wróciliśmy na górę i po kilku minutach dzieciaki już spały. Na drugi dzień powtórzyła się ta sama historia.

S: Ania, on oszukuje, bo nie chce się kłaść spać. Nie chce jeść na pewno. Zjadł 4 naleśniki. Nie ma szans, żeby był głodny.
F: S on ma 3 latka. On jeszcze nie jest taki przebiegły. Nie umie tak oszukiwać.

I znowu na dół, znowu tosty i znowu na górę. Ale Feluś się buntował, rozrabiał i nie chciał zasnąć. Ciągleccoś wymyślał. A to kupa, a to siku, a na koniec znowu: jestem głodny.

Ja: Synku, dopiero co jadłeś.
F: To pić chcę.
Ja: Proszę pij, mam wodę tutaj.
F: Ale ja chcę na dół jeść i pić.

Po 15 minutach negocjacji, w końcu usnął, a S popatrzył na mnie wymownie.

Ja: No co?
S: Czekam, aż mi przyznasz rację.
Ja: Że niby co?
S: Oskarżyłaś mnie, że dzieci nie karmię.
Ja: Oj bez przesady, Ty od razu takie wielkie słowa używasz. Nie oskarżyłam, tylko przeprowadzałam wywiad środowiskowy.
S: I czy wywiad potwierdził przebiegłość naszego syna?
Ja: Potwierdził.
S: To niech ten wywiad na przyszłość nie daje się tak manipulować.
Ja: I kto to mówi.
S: Ale ja mu się nie daje!
Ja: Już dobra, dobra.

Jemu może i nie… 😉 😂

Bosa noga 😉

Cisza dzień trzeci.

I dobrze. Focha mam i nie zawaham się go użyć. Na S oczywiście, go mam.
Powiedział, że jestem gruba. To znaczy nie dosłownie tak mi w moją ulaną twarz mi powiedział, ale o to mu chodziło.
Przecież ja doskonale wiem co on chce powiedzieć, zanim on w ogóle usta otworzy.

A w tym wypadku niestety otworzył i powiedział, że fajnie by było jakbym była chuda.

Zaczęło się od tego, że byłam z maluchami na zakupach. W sklepie promocje. Bluzki i bluzeczki po 2-3 funty. W szale od wieszaka do wieszaka biegałam, ciuchy piękne, ale wszystko w rozmiarach 6 i 8 czyli S. Ale to wszystko dosłownie.

Chłopakom kupiłam, Bubie kupiłam, a sobie nic. Nic, bo promocje są tylko dla chudych, a my grubasy jak mamy na żarcie to i na ciuchy mieć powinniśmy.

No i niesiona tym irytującym uczuciem niedopasowania, wstąpiłam do sklepu, gdzie rozmiar jest stały. Do obuwniczego. Jak tylko weszłam to je zobaczyłam. Białe trampeczki, piękne, letnie. Moje wymarzone. I wiecie co? Przecenione. Bo to na juniorach, bo ja mam rozmiar buta 5. A na juniorach zawsze taniej. Więc jednak można grubasa ubrać. Troszkę drożej, ale też w promocji.

W drodze powrotnej do domu moje wewnętrzne uczucie szczęścia, zakłócał niepokój jak ja S wytłumaczę kolejną parę butów. Niby mogłabym schować i po jakimś czasie wyjąć, ale szkoda mi było, bo są na teraz. Kombinowałam, wymyśliłam scenariusze, aż zrezygnowana pomyślałam, że zwyczajnie powiem, jak było.

S wszedł do domu akurat, jak mierzyłam.

S: Oho, nowe?

Ja: To nie tak, bo w ciuchowym nic nie było, same rozmiary S i żadnych większych. Więc niechcący zaszłam do butnego, a tam przecenione. Bo to malutkie, rozmiar 5 z juniorów.

S: A jednak warto mieć mały rozmiar.

Ja: Że co? Że niby gruba jestem? Mi tą jedną parę butów wypominasz? Że niby ciuchy by wyszły taniej?

S: Ania ja o stopie pomyślałem.

Ja: Ja już wiem, co Ty pomyślałeś! Akurat dobrze wiem.

Także tak było. Nazwał mnie grubasem. Focha mam. Nie wiem kiedy wybaczę. Może jak mnie przekupi. Ma czym, bo na tej promocji to nie jedna taka śliczna para butów stała.

#pogadANKI: fotki 😉

Dostaję od Was bardzo miłe i piękne wiadomości, o tym, że ładnie wyglądam. Dziękuję Wam bardzo, choć to, że każdemu muszę udowadniać, że ważę 88 kilogramów robi się już męczące.

Piszecie, że po zdjęciach nie widać, że jestem grubasem, że tylko trochę w ramionach jestem przywalona i biceps mam jak u Pudziana. A i nogi balerony. A poza tym to piękna, trochę puszyste kości, ale na pewno nie 88 kilo.

Kochane. Niestety jest to prawda i teraz Wam zdradzę kilka szczegółów co zrobić, żeby na zdjęciach wyglądać szczuplej.
Zapraszam na mały tutorial, czyli #pogadANKI.

1. LICO.

Jest to jedno z najpopularniejszych zdjęć, po którym ciężko jest się zorientować ile kto waży. Ba, jeśli dobrze ustawisz twarz, to sama pomyślisz, że jesteś chuda. Są to zdjęcia mało urozmaicone, ale jest pewne, że nikt nie doszuka się tego, czego nie chcesz pokazać. Co prawda często są to tak zwane selfiacze samojebki, ale najważniejsze to podobać się sobie. Bo jeśli my widzimy w sobie piękno, to każdy zobaczy.

2. KOLOR.

Pamiętajcie, żeby (wbrew pozorom) unikać koloru czarnego. Ten kolor, choćby najbardziej kochany, to nasze przekleństwo. Strzał w kolano. Czarny ponoć wyszczupla więc od razu traficie na linię ognia plotek:

Plotkara 1: Widziałeś Ankę ostatnio?
Plotkara 2: Daj spokój, widziałam. W czarny się ubiera, więc na pewno jest gruba. Bo po co by się na czarno nosiła?Gruba jest, więc się czarnym maskuje. Spasła się, mówię Ci.

Widzicie, ubierajcie się na biało, to się wyszczuplicie w oczach innych.

3. POZA MIMOZA. 

Stój. Na wdechu. Na sztywno. Ale stój. Siedząc brzuch się roluje, dupa rozchodzi, a uda się zlewają, jak fale w czasie sztormu. W tej pozycji ciężko wciągać brzuch, wypchnąć cycka, a i dziubka nie zrobisz, bo powietrze wstrzymujesz.

4. MUCHY W NOSIE.

Głowę trzymaj zawsze wysoko, jakby ciut na foszku, a ciut na ęą damesa. I nie dlatego, że masz muchy w nosie i uważasz się za miss Polonię. Jak zadrzesz nochala i głowę do góry, to 4 podbródków nie widać będzie. Po kilku razach dojdziecie do takiej wprawy, że nawet się Wam kości policzkowe jednym ruchem głowy uda wydobyć.

5. Z-BOCZKU.

Pamiętaj, że będąc bokiem, widać Cię połowę. To najszybsze odchudzanie świata. Przede 88 bokiem 44. Wdech, wdech, wdech, uśmiech, wdech i wydech.

6. KOLE-żanki.

No bo wiecie, co najczęściej w oczy kole? Szczęście. Czyjeś szczęście w oczy kole. Olejcie. Bądźcie sobą, polubcie to jakie jesteście i żryjcie, tzn. żyjcie pełną gębą 😉❤️😛.

Wyjechane 😉

Po tygodniu szukania, dwóch kłótniach, jednym fochu i jednym: „Jedź sobie sam!”, udało nam się znaleźć wymarzony urlop. Co prawda trochę zaszaleliśmy, ale kiedy jak nie teraz. Na sugestie S, że za drogo, użyłam najmocniejszego argumentu, że do cholery w trumnie nie będzie widać czy mamy na koncie 1000 funtów czy 200.

I takim sposobem wieczorem usiedliśmy do komputera, żeby zarezerwować i zapłacić za wybrany hotel.

Niestety, próbowaliśmy 3 razy i ciągle po wpisaniu danych strona przestawała działać. Położyłam się spać w strachu, czy uda nam się kupić ten sam wyjazd, w tej samej cenie, a rano od razu zadzwoniłam do biura.

S był w pracy więc dzwonić musiałam sama. Bałam się, że czegoś nie zrozumiem, albo źle wytłumaczę, ale konsultant okazał się bardzo miły i wyrozumiały. Jedyne trudności jakie miałam, to w usłyszeniu co do mnie mówi, bo Felutek stwierdził, że to będzie najlepszy i wyjątkowy moment, żeby się ambulansem pobawić i na klawiszach pograć. Przeklinałam sama siebie w myślach, za kupno tych wszystkich grających zabawek. Wyło z każdej strony, a Bubusia na rękach nie pomagała w skupieniu się na rozmowie.

Do tego w kuchni na gazie bulgotała zupa. Biegałam jak głupia między salonem, a kuchnią i próbowałam wrzucić swoją wielozadaniowość na poziom ekspert.

Rozmowa trwała ponad pół godziny, w tym czasie przygotowałam kartę, notes i po złożeniu zamówienia, czekałam przy laptopie, żeby potwierdzić wszystkie szczegóły.

Kiedy sprawdziliśmy wszystkie dane, doszło do płacenia. Przy okazji bukowałam też parking na lotnisku i chciałam zapłacić razem. Rozejrzałam się za kartą? Cholera. Nie ma!

Ja: Feluś brałeś mamy kartę?
F: Tak.
Ja: Ludzie, a gdzie jest?
F: Nie pamiętam.

Nosz cholera. Facet na linii, czeka na numer karty, a ja karty nie mam. Przeprosiłam i biegiem szukać.

Ja: Felek, błagam Cię. Przypomnij sobie gdzie ją położyłeś, bo ja muszę za urlop zapłacić. Pan czeka na telefonie, a ja nie mogę się teraz rozłączyć, bo zaraz za samo połączenie zapłacę więcej jak za cały urlop.

Facet cierpliwie czekał, a ja cała mokra i naprawdę zawstydzona próbowałam nie panikować.
Po 5 minutach Felutek kartę znalazł i przyniósł z siebie dumny, a ja czerwona jak burak dyktowałam numer karty i myślałam: „Czy naprawdę zawsze coś musi iść nie tak? Czemu nigdy nie możemy nic zrobić jak normalni ludzie?No trudno, ważne, że udało się zapłacić. Uspokój się Anka. Dałaś radę  Najgorsze masz za sobą”.

I nagle w słuchawce odzywa się konsultant.

K: A teraz jeszcze do parkingu potrzebuję numer rejestracyjny samochodu.

Cholera, więc jednak najgorsze jeszcze przede mną… 😉

#pogadANKI: wyczucie chwili 😉

Dzieci jak wiecie mają swój rytm. Ustalony, wyuczony i konsekwentny, który pozwala Wam cieszyć się chwilą codziennie o 20-tej kiedy śpią, a rano kląć na czym świat stoi, kiedy o 5-tej wstają wyspane.

Do rytmu też dochodzi rutyna. Dzieci lubią rutynę. Wiedzą, że zawsze po kąpieli jest wieczorynka i mycie zębów. Ale wiedzą też, że na każdych zakupach spożywczych wyżebrają jajko niespodziankę.

Dzieci mają też coś takiego, niezwykłego, nieprzewidywalnego i indywidualnego. A mianowicie wyczucie chwili. Coś co wychodzi im doskonale. Mają tę umiejętność we krwi i doskonalą ją z niesamowitą łatwością.

Moje są w tej dzuedzinie mistrzami. Zapraszam na #pogadANKI. 😉

Oto trzy najczęstsze sytuacje, które są nieprzewidywalne w czasie, acz pojawiają się często. Mój Tata zawsze mówi: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. 😉

Ja powiedzenie przerobiłam i w naszym domu używamy: strzeżcie się starzy, zaraz się wydarzy.

1. Prysznic.

Zawsze jak S ma na popołudnie sama kąpię maluchy i układam do snu. Czasem ze swoim prysznicem czekam na niego, ale zdarza mu się bardzo późno wracać, więc ryzykuję i idę sama.

Przed wejściem upewniam się, że smacznie śpią. Oddychają rytmicznie, nawet nie drgną. Śpią jak niedźwiedzie. Przejeżdżający pociąg by nie obudził.

Włączam elektroniczną nianię z kamerą, ustawiam w łazience i odkręcam wodę. Nauczona doświadczeniem prysznic zajmuje mi max. 5 minut.

Najgorzej jeśli muszę umyć włosy. To już nawet nie o estetykę chodzi, ale o higienę zwykłą. Raz można nie umyć, dwa, a nawet trzy razy. Ale w końcu z domu trzeba wyjść, ludziom się pokazać, a głupio jak z włosów tłuszcz kapie jak fluki przy katarze. Muszę więc umyć. Moczę, szampon, pienię i słyszę w niani płacz.

Zawsze. No zawsze. Niezależnie od pory. Zawsze kiedy mam szampon na włosach. Wyczucie chwili. Lecę goła, mokra i zapieniona. Dosłownie zapieniona. Wpadam na górę – śpią.

2. Ciasto

Często jak maluchy mają wspólną drzemkę, to nachodzi mnie taka myśl żeby im upiec ciasto, albo zrobić kluski śląskie lub kopytka. Durna to myśl, bo mogłabym odpocząć, ale jak napisałam wcześniej, nachodzi mnie.

Wszystko szykuję sobie w trakcie i kiedy tylko zasną zbiegam na dół wymieszać. Ręka w ciasto i gniotę, a z góry: „Mamo?”.

I na 99% wiem, że nie muszę lecieć, ale ten 1% krzyczy: „Rusz dupę i leć! Spadną Ci z łózka przez Twoje lenistwo”. Już oczami wyobraźni widzę porozcinane głowy i smarki z płaczu.

Lecę więc. Jak Korzeniowski niby zapieprzam, ale idąc biegnę, bo boję się nakapać. W końcu ręka po łokieć uwalona w cieście. Wpadam – śpią.

3. Kupa.

Zawsze pojawia się wtedy, kiedy jesteś z dwójką w pojedynkę i masz 100% pewność, że jej nie powinno być. Kiedy wychodzisz z lidla objuczona siatami jak wielbłąd, nogą popychasz wózek, a z mroku wyłania się: „Mamo chcę kupę”.

Toaleta jedynka, nie ma miejsca na wózek, że o Tobie i siatach nie wspomnę. Czesto też zdarza się w autobusie. Jest to jedno zdanie, które wypowiedziane w niewłaściwym czasie, potrafi w sekundę zalać mi plecy zimnym potem i pozwala zacząć panikować. Panikować!!!

Dobrym miejscem jest też kościół czy autostrada. Na autostradzie to ja lubię nawet, bo śmiesznie jest widzieć, jak S kombinuje z potem na czole. Najczęściej kończy się to fałszywym alarmem, ale zawsze się boję, że jak nie zareaguję to dopiero będzie plama. 😜😉

Chwytamy chwile 😉

Wstałam ostatnio rano, po całych 4 godzinach snu, zmęczona, z bólem głowy jak po ciężkim kacu i ledwo przytomna. I nagle w moim półprzytomnym mózgu zaczęła się kołatać myśl. Najpierw delikatnie, obijała się o potylicę, by po chwili przywalić z pełną mocą.

Urlop! Potrzebujemy urlopu! Kilka dni odpoczynku, oderwania się, odsapnięcia. Bez stresu, lekarzy i pracy.

Ta myśl właśnie pozwoliła mi się zerwać z wyra, pójść ochoczo do pracy i wymyślić plan działania.
Plan działania był mi potrzebny, bo już w myślach słyszałam głos rozsądku, który dziwnym zbiegiem okoliczności należał do S i mówił: „Ania, opanuj się. Nas na to nie stać”.

Policzyłam, pokalkulowałam i pokombinowałam, że jak przez najbliższe tygodnie wezmę nadgodziny w weekendy i swoje oszczędności (typu zaskórniak) przeznaczę na wyjazd to coś skromnego i bez szaleństw, ale zarezerwować się uda. A jakby udało się od S wyciągnąć jego zaskórniaki, to jakoś byśmy dali radę. I może wystarczyłoby na jakieś drobne szaleństwo.

Naszprycowana argumentami jak dobry bigos mięsem, postanowiłam działać.

Ja: S nam jest urlop potrzebny. Bo padamy na cycki. To były ciężkie 2 miesiące. Nie mamy siły, za to ciągle się złościmy. Brakuje nam cierpliwości. Musimy odpocząć. Życie nam przez palce przecieka. Pora, żeby chwytać chwile.  Cieszyć się sobą i dziećmi. Ciągle w biegu, mijamy się w drzwiach i nie mamy na nic czasu. Może pora troszkę pożyć?

S: Tak, zgadzam się, może uda się gdzieś pojechać na 2 czy 3 dni.
Ja: A może byśmy polecieli do Hiszpanii albo Grecji na tydzień.
S: Marzenia. Nie stać nas.
Ja: S ja policzyłam, pokombinowałam i na tydzień w jakimś niedrogim hotelu byśmy dali radę.
S: Ania, no nie wiem. Mamy takie wydatki. Może uda się gdzieś tu na dłuższy weekend wyjechać.
Ja: S i wydany 400 funtów na 3 dni, a ja dalej będę stała w garach. A jak polecimy to nie będziemy się tydzień martwić, co na obiad i kto zmywa.
S: Ania.
Ja: 7 dni razem, non stop, bez pracy i zmartwień.
S: Ania, no jest to kuszące.

S się zamyślił i wiedziałam, że to jest pora, żeby wyciągnąć z kieszeni ostatni, acz najważniejszy argument.

Ja: Pospalibyśmy. Pomyśl, oni spać i my spać, bo nie trzeba gotować i sprzątać. Ba! Oni na drzemkę i my z nimi. To byłoby 7 przespanych nocy. Może nawet po 7 godzin snu dziennie.
S: Bukuj.

Truskawkowe pole 😉

Kilka dni temu pojechaliśmy na farmę zrywać truskawki. Super miejsce. Dostajesz koszyk w rękę, idziesz na pole, zrywasz ile chcesz i jakie chcesz, a przy wyjściu płacisz.

Dzieciaki były zachwycone. Felutek zrywał truskawy do wiadra, a Bubusia wyjadała prosto z krzaka. S rył między pędami jak ryjówka, a ja sama nie mogłam uwierzyć, że można z niczego, zrobić tak fajną atrakcję dla całej rodziny.

Nazbieraliśmy całe wiadro i poszliśmy się rozejrzeć po farmie, bo stał szyld, że można było zbierać też maliny, porzeczki i inne pyszności.

Kiedy przeszliśmy przez plantację truskawek i weszliśmy na podwórko gospodarcze, w oczy rzucił się olbrzymi traktor.

Felutek: Wow, tatusiu patrz jaki wielki. Możemy zobaczyć?
S: Nie synku, to teren prywatny.

Rozejrzałam się za informacją, że właśnie wtargneliśmy na czyjeś podwórko, za bramą, czy choćby za psem. Nic. Teren otwarty. Żadnych znaków, zakazów.

Ja: S, ale tu nigdzie nie jest napisane, że nie można.
S: Ania, ale tu są warsztaty, magazyny. Nie wiem czy ludzie sobie życzą, żebyśmy im tu łazili.
Ja: S my tym ludziom po polu chodzimy, ich truskawki zbieramy, naprawdę myślisz, że ciągnik nam zabronią zobaczyć. Zawsze można spytać.
S: Ania po pierwsze to traktor. Po drugie kogo? Tyle ludzi tu chodzi, że nie wiadomo kto to kto.
Ja: Ty jak zawsze wymyślisz.
S: A Ty jak zawsze się wszędzie wpychasz.

Stoimy tak na środku gospodarstwa i prawie się kłócimy.

Ja: Pamiętaj, że zawsze warto zapytać. Najwyżej odmówią. Nic nie tracisz, a możesz skorzystać.

I w tym momencie przeszedł koło nas pracownik farmy. Spojrzałam na S wymownie i prawie popchnęłam go w jego stronę. S na lekkim fochu, ale poszedł i zapytał. Wraca i mówi do Felusia.

S: Idziemy na traktor synku?
F: A można?
S: Pewnie synku, tatuś zapytał i Pan nam pozwolił. Zawsze warto zapytać, to nic nie kosztuje. I zawsze jak ktoś coś załatwi, albo się postara to ładnie jest powiedzieć dziękuję. Wiesz synku?

F: Wiem tato… Dzięki mamusiu.