Wielkie i małe powroty ❤️

Dziś będzie trochę inaczej.
Bo czemu niby nie?

Tęsknię za Polską.
Wyjechałam 18.08.2012 roku z myślą o kilku miesiącach. „Potyram troszkę, odkuję się i wrócę”. Zostawiłam chłopaka (K pozdrawiam), zostawiłam rodzinę i zaryzykowałam.

Nie znałam angielskiego. Koka kola, makdonald i łiski to były jedyne słowa jakie znałam po angielsku.
Do dziś pękam ze śmiechu jak sobie przypomnę, że zamiast „jes” , długo mówiłam „ja”. 5 lat niemieckiego zrobiło swoje.

Pomogła mi kuzynka z mężem. Dali mi pokój, załatwili pracę.

Ciężko mi było. Tęskniłam. Za Mają, za rodziną, za chłopakiem, za swoim życiem.
Przyzwyczaiłam się jednak. Zdecydowałam, że zostaję.

Poznałam S.

I dziś po 5 latach, tęsknię chyba jeszcze bardziej niż wtedy.
Za rodzeństwem i rodzicami, za ciotkami, kuzynami i dzieciakami. Za krajem, za językiem. Za świętami i latem. Za smakiem pomidorów, za truskawkami w łubiankach i za łomżą miodową.
Do kina, na koncert czy na ognisko bym poszła.

Brakuje mi teściów. Brakuje mi moich przyjaciółek, brakuje mi moich szwagierek.

Jestem z dużej rodziny, S też. A tu jesteśmy sami.
Mamy znajomych, mamy dom, mamy siebie.
Ale nie mamy tutaj tego klimatu.

Więc wracamy. Nie dziś (S tak powiedział, bo wie, że ja to bym się już zaczęła pakować), nie jutro i nie za rok. Za jakiś czas. Ale obiecał, więc wiem to na pewno. Wracamy.

Do rodziny, do kraju, do rodaków, do siebie.

P.S. LifeWife fani zorganizujemy sobie piknik z morzem wina, będziemy odwalać, a potem ja to wszystko opiszę na blogu i narobię Wam siary 😜
P.S.2. Zabiorę męża na porządny koncert. Pewnie wolałby Metalicę, ale gdzie tam im do Sławomira.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Słuchaj uchem, a nie brzuchem 😜

Od jakiegoś pół roku mędzę, że musimy stół zmienić. Mamy taki wielki i do niego 6 krzeseł. W cholerę miejsca zajmuje tylko.

Kupiłam go, bo myślałem, że tabuny się będą do nas zjeżdżać, czy to na święta czy przy innych okazjach. Ale nawet jak ktoś przyjeżdża, to stół stoi nieużywany i tylko zagraca. A do tego jest okrągły i nieustawny. Pasuje do dużej jadalni, a my jadalni nie mamy wcale.

Sprawę scedowałam na S, bo myślałam, że szybciej znajdzie czas, żeby poszukać i pogrzebać Internety.
Niestety, po pół roku: „jutro, zaraz, tak pamiętam i nie wymyślaj“ zrezygnowana wzięłam sprawę na siebie.

Szukałam dwa dni, ale wiedziałam czego konkretnie chcę. A chciałam ładny, biało-drewniany, nieduży i nie za miliony. Trafił mi się śliczny, używany i w rozsądnej cenie. Od razu napisałam do sprzedających i nawet ciutkę utargowałam jak na bazarówę przystało.

Ja: Kocie kupiłam stół. Trzeba odebrać jutro.
S: Po ile?
Ja: Po tyle, że warto.
S: A gdzie odbiór?
Ja: Gdzieś blisko Twojej pracy. Możesz pojechać od razu po.

Podałam mu adres, cenę, pokazałam zdjęcia.

S: Ania, trochę drogo.
Ja: Bez przesady. Śliczny bardzo i zadbany, uważam, że warty swojej ceny.
S: Ale to daleko bardzo.
Ja: Nie wymyślaj mówię! Raz dwa obrócisz.
S: Ania, ale on chyba mi się w auto nie zmieści.
Ja: S, wydaje mi się, że Ty nie zrozumiałeś na początku. Albo przeoczyłeś czy nie dosłyszałeś.
S: Czego?
Ja: ON JEST ŚLICZNY.
S: Aaaaaaaa, faktycznie nie dosłyszałem. Daj ten adres.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Faszyn from Raszyn 😜

Powiem Wam, że nie wie nic o życiu ten, kto nigdy nie pofarbował włosów ruską farbą.
Ale od początku…

Moja najlepsza przyjaciółka E, pochodzi z Łotwy. I kiedy się ostatnio spotkałyśmy miała zajebiaszczy kolor włosów. Mówię więc do niej:

Ja: E, super masz te włosy. Ja już dwa razy odwołałam wizytę u fryzjera, bo S nie dał rady wyjść z pracy normalnie.
E: Aneczka, ale ja w domu sama ufarbowałam. Teściowa mi przywiozła farbę. Mam jeszcze jedną i mogę Ci dać. Chcesz?

Bóg mi świadkiem, że te „tak” to było najbardziej pochopnie powiedziane „tak” w moim życiu.

Kiedy E przywiozła mi farbę następnym razem i wytłumaczyła jak użyć, to S podszedł do tematu sceptycznie.

S: Ania, a pamiętasz jak kilka lat temu popękała Ci skóra na głowie po farbie i powiedziałaś, że nigdy więcej sama nie ufarbujesz?
Ja: Kocie pamiętam, ale to było 3 lata temu. Nie mam kiedy pójść do fryzjera, a wyglądam jak „wieś śpiewa i tańczy”. Odrost to już mam taki, że zaraz mi do brwi dojdzie. Teraz pofarbuje, a jak będziemy w Polsce to pójdę do fryzjerki.

Co ja się zresztą będę tak cykać pomyślałam. Nie raz farbowałam przecież. Za gówniarza na czerwień granatu i dobrze było. Co z tego, że ruska. Farba to farba.

Zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcją. Tylko amoniakiem tak jechało w całym domu, że S okna pootwierał, bo aż mu oczy łzawiły. A kiedy po pół godzinie farbę zmyłam, to palnęłam się w ten swój głupi łeb.

Jak ja wyglądam. Porażka. Blond to nie jest w każdym bądź razie. Nawet świński. Kolor – unikat. Żółty z różowym plus mieszanka pomarańczowego z kurczakowym.

No, ale trudno. Stało się. Trzeba też spojrzeć na dobrą stronę. Bo i takie też są. Ciągle mam włosy na przykład.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Eureka 💡

Odkryłam zagadkę ludzkości. Serio.

Kupiłam Felutkowi nowe skarpetki, bo kopytko mu rośnie jak szalone. Poobcinałam metki i wrzuciłam do pralki. W ciągu dnia nazbierało się pełne pranie, więc nastawiłam tajmer, żeby pralka włączyła się nad ranem. Rano wstałam, przerzuciłam pranie do suszarki i zajęłam się śniadaniem.

Po jakimś czasie poszłam wyjąć i poskładać pranie. Wrzuciłam wszystko do kosza, wdrapałam się na górę i zabrałam się do pracy. Kiedy na dnie zostały same skarpetki okazało się, że dwóch brakuje. I to nie pary, tylko dwóch różnych.

Jak to? Może w suszarce zostały, albo w pralce co gorsza. Ale nie. Nie ma. Pusto. Wcięło dwie skarpety.

Ja: S zobacz filtr w pralce i suszarce, bo mi dwie skarpety wsiąkły.
S: Coś Ty Ania, nie świruj. W filtrach nie będzie. Szukaj, bo na pewno gdzieś zgubiłaś.
Ja: S, ale gdzie mogłam zgubić? Nie ma ich. Dwie różne. Pralka zjadła.
S: Ania, głupol jesteś.
Ja: Nie S, bo ja zwyczajnie wiem, że jak się wsadziło, to i wyjąć się powinno. A ich nie ma.

Odpuściłam sobie, bo nie miałam czasu pół dnia dwóch skarpet szukać, a po kilku dniach zapomniałam o całym zdarzeniu.

A w sobotę poszłam sprzątać na górze i odkryłam prawdę. To nie pralka zjada skarpety! Tak, uwierzcie mi.

To prześcieradła z gumką je zjadają. Znalazłam obie, jedną jak zmieniałam naszą pościel, drugą w Felutkowym.

Zagadka ludzkości odkryta.

Nie ma za co.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Zguba 🐕

Razem z wiosną wróciliśmy do swojej tradycji. Każdą niedzielę spędzamy na zwiedzaniu, szlajaniu, spacerowaniu. Nazywamy to zwiedzANKI. Ja wyszukuję w necie ciekawe miejsca niedaleko domu i za rozsądną cenę, a S planuje trasy.

Dwa tygodnie temu w niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę. Cudownie spędziliśmy dzień. Dużo chodziliśmy, chłopaki wjechali na górę wyciagiem i pobiegali po jaskiniach. Niestety okazało się, że Felutek zgubił swoją ukochaną maskotkę. Był to mały, kiedyś biało-kremowy, obecnie czarno-kremowy piesek z długą sierścią.

Szukaliśmy wszędzie, ale niestety nie udało nam się go odnaleźć. Felutek płakał strasznie za przyjacielem, a mi serce pękało.

Niedziela popołudniu, wszystkie sklepy zamknięte, nie było szans, żeby kupić coś na pocieszenie.
A jeszcze najgorsze jest to, że ja to mu tego pieska, to w używańcu za 50 pensów kupiłam. Więc szanse, że znajdę choćby podobny nie istniały właściwie.

Wróciliśmy do domu, ale Feluś ciągle płakał. Nawet Maja zadzwoniła, żeby go pocieszyć i powiedziała, że wyśle mu jakiegoś pluszaka listem. Ja za to obiecałam, że jak tylko rano wstaniemy, to pójdziemy do sklepu i kupię mu takiego pieska jakiego będzie chciał.

Rano synek obudził mnie już o 5, no bo do sklepu pora. Kosztowało mnie pół roku życia przetrzymanie go w domu do 9.
Od sklepu do sklepu. Ten nie, ten za duży, ten za mały, ten ma krótkie włoski, a ma mieć długie. Od jednej miejscowości do drugiej i to spacerem. Tzn. ja biegiem, oni spacerkiem. Buba w wózku, Feluś na podstawce, a ja marsz.

W ostatnim sklepie padałam już na twarz. W końcu Felutek wybrał pluszaka. Spodobał mu się, a mi spadł kamień z serca. Umordowana, zdyszana, mokra cała, ale szczęśliwa skierowałam się do domu. Na co Felutek mówi:

F: Mamusiu teraz możemy w końcu iść na spacerek.

Głupia matka. Te 6 km to były zakupy, a teraz pieska trzeba wyprowadzić jeszcze 😉.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Sweet 😊

Całe dnie ostatnio jestem prawie sama z dzieciakami. S robi nadgodziny i wraca chwilę przed moim wyjściem do pracy. Po pracy jeszcze gotuję, ogarniam, piszę i z utęsknieniem wyglądam weekendu. Bo nawet zapierdziel raźniej jest mieć we dwoje.

A że męża mam fajnego, to w sobotę popołudniu mówi:

S: Ania, jak chcesz to „zaszyj” się po cichu na górę i odpocznij sobie godzinkę chociaż.
Ja: Nie, dziękuję. I tak nie usnę.
S: To poczytaj czy popisz. Idź. Poważnie. Ja się maluchami zajmę.
Ja: Serio? Ja Cię, dziękuję.

Przesłałam mu szybkiego całusa i na palcach, niezauważona, przemknęłam na górę. Od razu do ręki notes, długopis i…

Kurde. Jeju. Patrz no. Już wiem.
Często zdarza się tak, że rozwiązanie jest pod nosem, a Ty go nie widzisz. Głowisz się, dwoisz i troisz i nagle dostajesz olśnienia.
Mnie olśniło.

Wata cukrowa polana czekoladą, żelek maczany w cukrze pudrze, bita śmietana z syropem klonowym, wiśnia w czekoladzie posmarowana dżemem śliwkowym.

Taki słodki właśnie jest mój mąż.

I dziwić się, że ja schudnąć nie mogę.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Slim world 😁

Zawsze jak sprzeczam się z bratem i brakuje mi argumentów, to jak na osobę inteligentną i z wyższym wykształceniem przystało mówię mu: „spadaj grubasie”.

Wiem, że może to nie jest miłe, ale on się nie gniewa i odwdzięcza się jakąś zołzą czy wredotą.

Od kiedy T zaczął przygodę z siłownią, to wkurza mnie jeszcze bardziej niż zwykle.
Ostatnio wysłał mi link do aplikacji licznika kalorii. Najpierw się uśmiałam, ale potem dotarło do mnie, że on nie żartuje i naprawdę zaczął jej używać.

No, ale wczoraj to już przegiął kompletnie.
Wysyłał mi swoje zdjęcie z siłowni. Spocony, umordowany, ale przy tym odchudzony bardzo.

Ja: O wow, super wyglądasz.
T: No i widzisz. Można?
Ja: No można, można. Świetnie Ci idzie.
T: No właśnie, a Ty dalej jedz cukierki.
Ja: Spadaj chudzielcu.

Nie ma świętości na tym ludzkim padole. Już nawet dokuczanie jest w wersji fit.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Constans 😉

Zdecydowanie lepiej mi się pisze jak mam gorsze dni. A, że gorszych mam sporo, to i tekstów przybywa.

No i właśnie zawsze, gdy mam gorszy dzień to nachodzi mnie na słodycze. Oczywiście, żeby go jeszcze bardziej nie psuć to sobie nie odmawiam. I kiedy zaczyna mi się robić niedobrze, to się opamiętuję. Ale to dopiero początek, bo wtedy dopadają mnie wyrzuty sumienia. Że zaprzepaściłam dietę, że jestem gruba, że będę miała pryszcze po słodkim.

Kilka dni temu w takim stanie zastał mnie S jak wrócił z pracy. Jeszcze umorusana czekoladą, płacząca, próbowałam mu wytłumaczyć jak się czuję.
Ja: S ja jestem zmęczona tymi wszystkimi dietami.
S: Ania, bo Ty musisz w końcu uwierzyć w siebie. Dobrze wyglądasz. Na wszystko potrzeba czasu.
Ja: Tylko, że ja czuję presję społeczną. Wszyscy na dietach, cała Polska ćwiczy, pół Polski je tylko fit koktajle-srajle.
S: Niepotrzebnie. Nie patrz na innych, to że są chudzi i ćwiczą to nie znaczy, że są szczęśliwi.
Ja: Ja jestem szczęśliwa, tylko gruba. W końcu mnie zostawisz dla jakiegoś chudzielca.
S: Ania, przestań.
Ja: Dla chudej i miłej.
S: Ania, nie jesteś gruba, a miła nigdy nie byłaś. Taką Cię kocham.
Ja: Ja Ciebie też, ale trochę jestem miła. I mam dobre serce.
S: Ania, serce masz bardzo dobre, ale jesteś wredota.
Ja: Osz Ty. Taki jesteś? A pamiętasz, jak w lipcu w zeszłym roku kupiłeś mi taką sukienkę w kwiatki? I Ci powiedziałam, że śliczna?
S: No coś tam pamiętam.
Ja: To ja wtedy chciałam być miła. O!

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Jedna na milion 😉

Kiedyś Wam już gdzieś wspominałam, że często mam tzw. zezowate szczęście. W sensie, że jak gdziekolwiek jest napisane, że „zdarzają się przypadki, ale bardzo rzadko”, to komu się przytrafi? Wiadomo, że mi! Od zawsze tak mam, chociaż chyba z wiekiem bardziej na to zwracam uwagę.

Po ciąży z Felutkiem uparłam się na cyckanie. Męczyłam i jego i siebie, ale zależało mi bardzo. Przyjeżdżała do nas do domu pani z poradni laktacyjnej.
Pzpl: To są same zalety karmienia piersią, a i dla Ciebie będzie lżej, bo jak długo karmić będziesz to okresu nie będziesz miała. Zdarza się, ale doprawdy są to pojedyncze przypadki.

Pani z Poradni Laktacyjnej za drzwi, a ja bach okres. Bo wiadomo, że ja jestem taki rzadki przypadek.

Jak byłam z Bubą w ciąży, to w okolicy 3-ego miesiąca rozbolały mnie plecy. Poszłam do lekarza, bo chodzić nie mogłam.
L: Ma pani rwę kulszową. To częste w ciąży. Kilka dni w łóżku i powinno samo przejść. Chociaż w ekstremalnych przypadkach ból może doskwierać do czasu porodu.

I masz. Pozostałe 6 miesięcy mnie plecy nasuwały. Męczarnia. Ciężko mi było chodzić, leżeć, siedzieć.

W obu ciążach rozeszło mi się spojenie i wymagało fizjoterapii choć normalnie samo się „naprawia”.
I ciągle tak. Wszystko co tylko możliwe do mnie.

2 razy ospę wietrzną, rota wirus w dzień porodu, chorobę lokomocyjną w wieku 35 lat, paraliżujący lęk wysokości i klaustrofobia, atak wyrostka robaczkowego co miesiączka, że o hemoroidach nie wspomnę. Kto ma? Ofkors, że ja.

Serio, masa tego. A najgorsze, że dochodzą nowe, a stare nie znikają.
Okazało się też np. że ja jestem jedna na milion.
Lekarz mi przepisał tabletki na kolano. I kiedy bardzo się nachodzę i ból zaczyna doskwierać, to biorę jedną przed snem.

Wczoraj w nocy budzę się, patrzę na S, a on siedzi na taborecie, w środku lasu i głaszcze lamę. Pierwsza myśl, że „czemu taboret wziął do lasu, a nie krzesło turystyczne?”. Druga, „co robi lama w lesie?”. W tym momencie lama odwróciła do mnie głowę i mnie opluła. Zerwałam się na równe nogi z wrzaskiem, zaczęłam biegać po pokoju i zaglądać we wszystkie kąty. S się obudził, popatrzył na mnie zdezoriwntowany i mówi:

S: Ania, co Ty wyrabiasz? Jest środek nocy.
Ja: Lamy szukam.
S: Co? Jakiej Lamy? Co Ty wygadujesz?
Ja: Znajdę i też ją opluję!

S wstał, zszedł do apteczki, wyjął ulotkę, a w ulotce jak wół napisane, że w jednym na milion przypadków mogą wystąpić halucynacje i majaki.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Wulkan energii 😜😉

W mojego męża wstąpiła druga młodość. Przypływ energii taki, że aż w nim buzuje. Cieszę się bardzo, bo mi też to na rękę jak on taki ruchliwy. Żeby ruchawy nie powiedzieć.

Co prawda też już jestem zmęczona. Ale na razie nic nie mówię tylko korzystam. Nie wiadomo kiedy znowu najdzie go ochota więc milczę.

Jesteśmy 5 lat po ślubie i już miał takie zrywy. Że jednego dnia po dwa razy, albo trzy, a potem tygodniami nic. Dlatego staram się nie cieszyć zza wczasu. Chciałabym żeby tak zostało, ale nie ma co się oszukiwać. Już i wiek nie ten, a i potrzeby inne. Ale pokorzystam te kilka dni, nie ma co.

Fajnie na to patrzeć jak się stara, gimnastykuje. Od razu i między nami atmosfera się poprawiła. Ja taka mniej gderliwa i on widać „wyszumiany”.

Tylko muszę do sklepu wyskoczyć i worki kupić. Bo jak zabraknie, to znowu zaczną się wymówki. A tak… niech odkurza. Co mi tam.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.