Zasadzimy ziarno 😉

Ogródek taki warzywniak koło domu mamy. W tamtym roku zaczęliśmy, choć plon był marny. Ale S stwierdził, że nie był nawożony i ziemia nie żyzna i za rok będzie lepiej.

Na jesień i wiosnę kopał, nawoził i nawet kompost zbudował. Plany miał na milion warzyw i ziół, ale ja się nie zgodziłam.

Nie tylko z uwagi na lenistwo, ale szkoda mi było miejsca w ogrodzie. Mi wystarczył kawałeczek na koperek, marchewkę i pietruszkę. Świeże warzywa do zupy pod ręką to dla mnie pełnia szczęścia. Ewentualnie troszkę pomidorów i cuknię i na naszą czwóreczkę z palcem w nosie.

Ale S nie odpuszczał, postawił na swoim i nawet kilka krzaków ziemniaków zasadził. Koniec końców wyszło tak, że właśnie ziemniaki i pomidory posadził S, a ja resztę.

No i pomidory i te nieszczęsne ziemniaczki wyrosły piękne. W ogrodzie prezentowały się same pełne, uginające się krzaki. No, a reszta? Reszta troszkę słabiej. A w zasadzie nic więcej nie wyrosło.

Nie wiem czy nasiona miałam jakieś lewe, czy ptaki mi wydziobały, czy wiatr mi je wywiał. Nie wiem. Nie wyszło nic.

S kilka dni chodził i podpytywał.

S: Ania, jak Ty to posiałaś?
Ja: No normalnie. Nie denerwuj mnie nawet. Jak dzik się urabiałam latem z tym zasranym ogródkiem. Podlewanie co wieczór, pielenie cholera, a tu tylko jeden koper i dwa buraki wyszły. Szlag mnie trafia.
S: Ania, ale to w sumie dobrze, że jest ten jeden koper i dwa buraki.
Ja: Czemu niby?
S: Przynajmniej mam pewność, że do tego siania to w ogóle nasion użyłaś.

#pogadANKI: praca 😉

Pracujące weekendy, a do tego pracujące po 12 h…. Kto zna?
Co tu dużo mówić. Pracujących weekendów nie cierpię, ale co zrobić. Samo się nie zarobi.
Każdy mój weekend w pracy jest taki sam i dzieli się na kilka etapów. Zapraszam na moje dwa najdłuższe dni w tygodniu w telegraficznym skrócie.

1. ZAPRZECZENIE.

Budzik nastawiam na 4:45 rano, żeby choć raz się nie spóźnić, ale i tak zawsze wstaje o 5:10. Pobudki dzwonią co 5 minut, a ja ciągle się łudzę, że to jakaś pomyłka. Że np. przez przypadek nastawiam budzik na 23 i nocy wcale jeszcze nie było. W sumie to tak się czuję, jakbym spała tylko godzinę.

Kiedy alarm dzwoni próbuję sama siebie zmusić, żeby jednak wstać i iść. Doszukuję się w sobie pokładów odpowiedzialności, dyscypliny i sumienności. Kiedy jednak ich nie znajduję, przekręcam się na drugi bok i zasypiam spokojnie. Niestety na moją niekorzyść zapominam, że śpię z S. I nie dlatego niekorzyść, że nie jest przyjemnym towarzyszem tych krótkich nocy, a dlatego, że on te pokłady sumienności do pracy to on prawie na wierzchu ma. I mnie budzi. Zawsze kończy się tak samo:

S: Ania, wstawaj. Budzik dzwonił już 6 raz. Spóźnisz się do pracy. A i dzieci zaraz obudzisz.
Ja: Zdążę, ja się nigdy nie spóźniam. A może bym tak nie poszła dziś?
S: Chyba to trochę nieodpowiedzialne zapisać się i nie przyjść.

Wstaję więc, choć przekleństwa kleją się do ust, prawie jak ciepła kołdra do moich pleców.
Tłumaczę sobie, że jednak jestem dorosła i odpowiedzialna, i muszę iść, że na zjedzenie surowego ziemniaka czy proszku do pieczenia jest już za późno.

Ożywiam się troszkę po kawie, co nie zmienia faktu, że dalej mi się strasznie nie chce, co ostentacyjnie demonstruję szefostwu spóźniając się za każdym razem.

2. GNIEW.

Obrażona na cały świat jestem od rana. Naburmuszona i wściekła. Zrzucam to na pobudkę lewą nogą, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, która częścią ciała się z tego wyra zwlokłam.

Zmuszona do zerwania się w środku nocy, staram się mimo wszystko myśleć pozytywnie. Tłumaczę sobie w myślach, że szybko zleci, że to tylko kilka godzin. Staram się myśleć o dobrych stronach, choć naprawdę ciężko je znaleźć.

Nawet się uśmiecham, bo ponoć uśmiech dodaje nam siły. Więc w sumie rżeć ze śmiechu powinnam, bo siła na deficycie. Zła jestem jednak na siebie za pochopność decyzji.

3. DEPRESJA.

Dopada mnie zawsze z nienacka. Bije po głowie myślami: kurde wolny weekend, dzieci i S w ogrodzie biegają, a Ty jak durna w tej lodówce mięsem rzucasz. Co z Ciebie za matka? Na pewno tęsknią strasznie. Płaczą! Jesteś wyzuta z uczuć. Dzieci nie poznają Cię jak wrócisz po tych 12 godzinach.

4. NEGOCJACJE.

Dopada mnie myśl, żeby wyjść wcześniej. Może o 14? Po 8 godzinach jak większość normalnych, jeśli w ogóle tak można nazwać ludzi pracujących w wolny weekend. Negocjuję sama ze sobą, wyciągam plusy i minusy, chociaż ciężko jest znaleźć wady tego planu. Przez myśl mi przechodzi, żeby puścić pawia, że wtedy nie tylko sobie załatwię wolne, ale i wszystkim. I to na 48h.

5. AKCEPTACJA.

Zrezygnowana trwam do tej 18, choć każdy neuron w głowie krzyczy: aleś Ty niemądra. Obiecuję sobie, że to ostatni raz i więcej nie przyjdę. Zagryzam usta i wiem, że dotrwam. Wyjdę stąd na tarczy, choćbym się miała wyczołgać.

 

Miłego wieczoru, należy się ❤️

Nudy… 😉

Wczoraj wieczorem położyłam maluchy spać, a sama zeszłam na dół ogarnąć pobojowisko. S miał drugą zmianę i jak zwykle wracał bardzo późno.

Posprzątałam, umyłam podłogi, ogarnęłam łazienkę i zmęczona, ale dumna z siebie otworzyłam laptopa.
Kilka dni nic nie pisałam i bardzo mnie ciągnęło.

Od ręki zabrałam się za nowy wpis. Dzieciaki smacznie spały, a ja cieszyłam się ciszą i panującym spokojem.
I właśnie to pisałam, że u nas nudy, że niewiele się dzieje. Dużo pracujemy, żeby zapłacić za wakacje i w tygodniu mijamy się w drzwiach.

Żadnych sprzeczek, czy potyczek słownych. Co w sumie mnie zdziwiło, bo nawet za to, że napisałam „że mąża mam pod pantoflem” to mi się upiekło. Coś tam tylko S pod nosem pobączył, że za dużo sobie pozwalam i babram w bombie.

Na zegarze dochodziła 22, a ja kończyłam wpis o nudach, kiedy zadzwonił S.

S: Ania, kluczyk od samochodu zgubiłem.

Najpierw się zdenerwowałam, a potem przeraziłam. 22 w nocy, 20 mil od domu i brak zapasowych kluczyków.

I wiem, że to głupio zabrzmi, ale nagle parsknęłam śmiechem. Przed nosem stanęła mi twarz S i jego tysiące i setki razy wypowiedziane z grobową i karcącą miną: „Ania, nie zgub kluczyka, pamiętaj, że mamy tylko jeden”.

Ja: O cholera. A ja właśnie pisałam, że u nas nudy. A gdzie zgubileś?
S: Żebym wiedział, to bym już znalazł.

Powstrzymałam się od komantarzy, żeby nic nie palnąć, bo S rzadko się wkurza, a brzmiał naprawdę na wściekłego.

Ja: S wróć do biura i zobacz, czy nie wypadły Ci z kieszeni jak siedziałeś. Zerknij, a jak nie będzie to wracaj do domu taksówką, a jutro poszukasz w dzień. Nie denerwuj się, coś się wymyśli.

Rozłączył się wściekły, a ja przeklinałam sama siebie w myślach za tą nudę niby. Bo to zawsze tak jest, jak się coś powie w nieodpowiedniej chwili.
Czemu cholera nie napisałam, że w lotka wygraliśmy.
W tym momencie zadzwonił S:

S: Ania, kurde znalazłem. Ale szczęście, a w zasadzie nawet nie miałem nadziei. Dobrze, że nikt autem nie odjechał z parkingu.

Uff, a jednak lotto. I to podwójny traf. Po pierwsze może nie wygraliśmy kasy, ale kilka setek  za nowy kluczyk mamy zaoszczędzone. A po drugie, bo jak by nie znalazł, to bym nie mogła triumfować.

A tak wyobraźcie sobie, jak to będzie pięknie brzmiało jak ja za każdym razem mu powiem:

„S tylko uważaj i nie zgub kluczyków”.

Fochy 😉

Kilka z Was pytało mnie czy faktycznie jestem fochmistrzem i czy naprawdę tak często się obrażam na S.
Czy często, to trudno mi powiedzieć. Wiem, że statystyczna para „kłóci” się raz dziennie, a ja lubię trzymać się statystyk.

Ogólnie jestem tak zwaną pięciominutówką. W 3 sekundy się rozkręcam, a w 2 mi przechodzi. Po prostu mam bardzo króciutki zapalnik.

Swoje fochy dzielę na kilka rodzajów w zależności od potrzeby. Najczęstszym w użyciu jest foch o nazwie: „Zgaduj zgadula”. To są takie szybciutkie foszki, pomocne, gdy delikatna aluzja nie działa. Najczęściej ich używam w celu okazania niezadowolenia. Jest to dobra metoda, by zwrócić mu uwagę na to, że przeskrobał sobie. Bo uwierzcie mi, że on w większości przypadków nawet nie wie, że zrobił coś źle.

S: Ania, obraziłaś się.
Ja: Nie.
S: Ale za co? Bo nie wiem.
Ja: Domyśl się.

Nie trwa on długo, ale można łatwo dostać kwiaty, bo wiadmomo, że choćby trzy dni myślał to się nie domyśli.

Drugi to jest tak zwany „Oczyszczający”. Czyli ogólne wygadam wszystko co mi leży na wątrobie, samą gadką się nakręcę i przyklepię wszystko małym foszkiem. Z tymi małymi fochami uważam bardzo, bo najczęściej rzucam je tak od niechcenia, a potem nie pamiętam, o co się niby obraziłam. No a wiecie, głupio pytać, więc od razu zaczynam z nim gadać, żeby nie wyszło, że sama nie wiem.

Foch „Wymowny” używam najczęściej, tylko wtedy, kiedy do S już żaden argument nie trafia.

Ja: S, jedziemy na zakupy?
S: Dziś? Tak gorąco.
Ja: Dobra. Nie to nie. Sama pojadę. Autobusem.
S: To auto weź.
Ja: Ale ja chciałam z Tobą.
S: Ania, a za co ta kara?

Wymownie mi powiedział więc i foch będzie wymowny. Ale bardziej w kierunku obrazy majestatu, niż w awanturkę.

Foch to przydatne narzędzie. Ale uczciwie muszę przyznać, że nie szastam nimi na prawo i lewo, bo później traci on swoją moc. Dawkuję po troszku, w zależności od potrzeb. Zostawiam sobie jako alternatywę. Podgrzewam atmosferę w związku, bo wiadomo, że najlepiej później wychodzi godzenie się. Bo po takim fochu, to ja się łaskawie godzę, żeby S mnie (jakby to fikuśnienie zabrzmiało) udobruchał. 😉

Awaria 😉

Od kilku tygodni mam taki problem z blogiem, że jak na stronę internetową wrzucam zdjęcie, to one nie zawsze się wgrywa na fejsbuka. Kombinowałam, sprawdzałam, ale nie wiem w czym jest problem.

Kiedy kilka dni temu wrzucałam wpis i znowu nie poszło mi zdjęcie na fanpejdż wkurzona wydarłam się do S.

Ja: S ochujam ja zaraz z tym blogiem i z tym fejsbukiem. No znowu jest bez zdjęcia. Przecież mnie zaraz coś trafi.
S: Nie wiem jak Ci pomóc Ania. Ja się nie znam na fejsbuku.
Ja: Ty się znasz tylko na tym na czym chcesz. Godzinami siedzisz na telefonie i głupoty oglądasz, to mógłbyś mi sprawdzić, poszukać, poszperać.
S: Ania uspokój się.
Ja: Co się uspokój? Ciężko Ci mi pomóc jak zwykle…

I tak od słowa do słowa nagadałam mu, chlapnęłam drzwiami i wyszłam do pracy.
Już w aucie wiedziałam, że nie potrzebnie się uniosłam i na nim wyżyłam. Przykro i głupio mi było, że tak na niego naskoczyłam.

Mimo, że wiedziałam, że S na pewno to olał i się nie obraził, postanowiłam go przeprosić. Chciałam, żeby wiedział, że mi z tym źle, ale że i umiem się przyznać do błędu.

Od razu po powrocie z pracy, poszłam na górę i mówię:

Ja: S przepraszam, że Ci nagadałam. Wkurzyłam się i odreagowałam na Tobie.
S: Wiem. Nie gniewam się.
Ja: Wiem, że się nie gniewasz.
S: Ania, bo ja to sprawdziłem, wszyscy piszą, że to takie „widzi mi się” fejsbuka co pokazuje, a co nie, i że nic na to nie poradzisz.
Ja: A widzisz, jednak znalazłeś czas żeby sprawdzić. Czyli trzeba się pokłócić, żebyś jakoś reagował? Sam z siebie nigdy nie pomyślisz?
S: Ania, poczekaj, poczekaj. Przerwę Ci za wczasu, bo zaraz znowu będziesz musiała przepraszać. 😉

Ruszaj się, ruszaj się Ty… 😉

Mam taką bransoletkę na ręku, co mnie mierzy. Ile chodzę, ile śpię i czy spalam więcej kalorii niż jem. Choć ta funkcja jest nieużywana. Przekłamywała wyniki skubana i zawsze wychodziło, że nie spaliłam nawet 1/3 tego co zjadłam. Więc ją wyłączyłam. Po co mam się denerwować, jak ona liczyć nie umie.

Bransoletkę kupił mi S w prezencie, jak chodziłam na siłownię. Bardzo ją lubię i używam codziennie. Lubię wiedzieć, ile przeszłam przez cały dzień.

Od kiedy S zmienił pracę to ciągle wraca do domu i gada, że się nachodził strasznie, że nogi w dupę włażą, że czuje jaki kroki w kilometry lecą.

No i wczoraj mówi, że pożyczy ode mnie do pracy moją fioletową bransoletkę, żeby sprawdzić z ciekawości.

Pożyczyłam mu niechętnie, bo ja nie lubię swoich osobistych rzeczy pożyczać. Z dzieciństwa mi to zostało, jak mi rodzeństwo wpierało, że tą czekoladę to tylko ode mnie pożyczą.

No więc, po milionie nie zgub mi, nie popsuj i nie napaćkaj brudnymi rękami w końcu mu pożyczyłam.

A kiedy wrócił z pracy, od razu dopadłam do niego sprawdzić czy nie popsuł, a on mówi:

S: Zapierdziel taki. Cały dzień jakiś taki szalony. Nogi mi w dupę włażą. Ile tam kroków?

Ja: 6 tysięcy prawie.

S: Widzisz, mówiłem Ci. Ciągle na nogach. Nie ma jak usiąść.

Ja: S, ale ja to rozumiem, bo ja w domu z dziećmi tylko, a usiąść i tak nie mam jak czasem.

S: Ania no, ale nie zrobisz przez cały dzień 6000 kroków po domu.

Ja: S zdziwił byś się, ile ja się muszę nachodzić. Od 5 rano do 23 codziennie. Plus każdego dnia spacer. A zdarzają się takie dni, że jak wychodzę do pracy to już mam 8 tysięcy, a ile w pracy i po pracy się jeszcze nachodzę to już nie wspomnę.

S: No tak. Nie pomyślałem. To nieźle.

Ja: Zawsze jak zostajesz sam z dziećmi to potem mi mówisz, że nie wiesz jak ja to wszystko robię i ogarniam prawda?

S: Prawda.

Ja: To właśnie tak to ogarniam. Chodzę sobie i pachnę.

 

Kto pyta nie błądzi… 😉

Już Wam kilka razy pisałam, że Feluś gada i zadaje pytania bez przerwy. Pyta po 100 razy o to samo i buzia mu się nie zamyka.

Przeczytałam miliony artykułów o odpowiedziach, przyczynach pytań i o tym, dlaczego dzieci ciągle pytają. Przeczytałam nawet jeden felieton amerykańskiego naukowca o konsekwencji zadawania za dużo pytań i złych odpowiedziach, ale po nim mi mózg pękł.

Wzięłam sprawę na klatę i odpowiadałam, odpowiadałam i odpowiadałam.
A po kilku dniach odkryłam, dlaczego mój syn zamęcza mnie pytaniami.

Przyczyny są dwie i jak zwykle w takich sytuacjach, szybckiutko znalazł się winny.
Olśniło mnie po całym weekendzie spędzonym z S.

Po pierwsze jak S coś robi, to go nie ma. Odcina się. Podzielność uwagi na poziomie – 11. Skupić się potrafi tylko na tym, co ma akurat na „tapecie”. Pilnuje dzieci kątem oka, ale już z odpowiadaniem na pytania to ciężko.

F: Tatusiu, a dlaczemu przykręciłeś?
F: A co szukasz w schowanku?
F: Będziemy piłować?
F: A gdzie moja piła?
F: Tatusiu, a czemu jeszcze szukasz?

Posłuchałam z boku i kurde. Olśniło mnie. On mnie zamęcza pytaniami, bo S mu nie odpowiada! Jak Ci wrzasnę!!!

Ja: S, dlaczego mu nie odpowiadasz?
S: Odpowiadam.
Ja: No chyba średnio. Od 5 minut nie odpowiedziałeś mu na żadne pytania, a zadał chyba ze 100.
S: Odpowiadam.
Ja: Chyba sobie w głowie. On po 3h z Tobą jak jestem w pracy, potem ze mną 8h nadrabia i mi wytchnienia nie daje. Rozkazuję Ci mu odpowiadać.
S: Odpowiadam.
Ja: S, Ty mnie nawet nie słuchasz.
S: Odpowiadam.

No szlag. Zajęty, to ma swój świat. Cały dzień po cichu zwracałam mu uwagę i S karnie starał się zaspokoić dziecięcą ciekawość i opowiadać na wszystkie pytania.

Kiedy wieczorem dzieci pluskały się w wannie, ja szykowalam kolację, S ruszył mi z pomocą i wtedy odkryłam druga przyczynę.

S: Co na kolację?
Ja: Placuszki. Pomożesz mi?
S: Pewnie, mów co robić.
Ja: Tak jak zwykle. Przygotuj ciasto, a ja nasmażę.
S: A w której misce? Dać jajko? Ze szklanki mąki czy więcej? Dodać trochę bananów do ciasta? Czy może lepiej jabłek? A z dżemem będą jedli czy z cukrem pudrem.

I wtedy do mnie dotarło. Felek zadaje tyle pytań, bo on się zwyczajnie przy tacie osłuchał.

Pora na dobranoc… 😉

Kiedy wróciłam ostatnio z drugiej zmiany, zastałam dzieciaki na górze brykające po łóżku i  drzemającego w najlepsze S.

F: Mamusiu kładź się do nas.
Ja: Kochanie, śpijcie już. Mamusia musi trochę posprzątać.
F: Mamusiu, ale ja jestem głodny.
Ja: A nie jadłeś kolacji?
F: Nie.

Cholera. Szarpnęłam S, najniedelikatniej jak potrafiłam, a w myślach aż się gotowałam: „Co ten S ma w głowie, żeby dzieci nie nakarmić przed snem? Zero pomyślunku. Jak tak można?”.

S: Ania, no co?
Ja: Co żeś dzieci nie nakarmił?
S: Ale jak to? Przecież jadły.
Ja: Felek jest głodny.

Zabrałam go na dół, zrobiłam tosty z masełkiem i mleko, a S został na górze i usypiał Bubusię.
Felutek wariował, biegał i mnie zaczepiał, ale z talerza ledwo skubnął.

Ja: Czemu nie jesz synku?
F: Już się najadłem.

Wróciliśmy na górę i po kilku minutach dzieciaki już spały. Na drugi dzień powtórzyła się ta sama historia.

S: Ania, on oszukuje, bo nie chce się kłaść spać. Nie chce jeść na pewno. Zjadł 4 naleśniki. Nie ma szans, żeby był głodny.
F: S on ma 3 latka. On jeszcze nie jest taki przebiegły. Nie umie tak oszukiwać.

I znowu na dół, znowu tosty i znowu na górę. Ale Feluś się buntował, rozrabiał i nie chciał zasnąć. Ciągleccoś wymyślał. A to kupa, a to siku, a na koniec znowu: jestem głodny.

Ja: Synku, dopiero co jadłeś.
F: To pić chcę.
Ja: Proszę pij, mam wodę tutaj.
F: Ale ja chcę na dół jeść i pić.

Po 15 minutach negocjacji, w końcu usnął, a S popatrzył na mnie wymownie.

Ja: No co?
S: Czekam, aż mi przyznasz rację.
Ja: Że niby co?
S: Oskarżyłaś mnie, że dzieci nie karmię.
Ja: Oj bez przesady, Ty od razu takie wielkie słowa używasz. Nie oskarżyłam, tylko przeprowadzałam wywiad środowiskowy.
S: I czy wywiad potwierdził przebiegłość naszego syna?
Ja: Potwierdził.
S: To niech ten wywiad na przyszłość nie daje się tak manipulować.
Ja: I kto to mówi.
S: Ale ja mu się nie daje!
Ja: Już dobra, dobra.

Jemu może i nie… 😉 😂

Bosa noga 😉

Cisza dzień trzeci.

I dobrze. Focha mam i nie zawaham się go użyć. Na S oczywiście, go mam.
Powiedział, że jestem gruba. To znaczy nie dosłownie tak mi w moją ulaną twarz mi powiedział, ale o to mu chodziło.
Przecież ja doskonale wiem co on chce powiedzieć, zanim on w ogóle usta otworzy.

A w tym wypadku niestety otworzył i powiedział, że fajnie by było jakbym była chuda.

Zaczęło się od tego, że byłam z maluchami na zakupach. W sklepie promocje. Bluzki i bluzeczki po 2-3 funty. W szale od wieszaka do wieszaka biegałam, ciuchy piękne, ale wszystko w rozmiarach 6 i 8 czyli S. Ale to wszystko dosłownie.

Chłopakom kupiłam, Bubie kupiłam, a sobie nic. Nic, bo promocje są tylko dla chudych, a my grubasy jak mamy na żarcie to i na ciuchy mieć powinniśmy.

No i niesiona tym irytującym uczuciem niedopasowania, wstąpiłam do sklepu, gdzie rozmiar jest stały. Do obuwniczego. Jak tylko weszłam to je zobaczyłam. Białe trampeczki, piękne, letnie. Moje wymarzone. I wiecie co? Przecenione. Bo to na juniorach, bo ja mam rozmiar buta 5. A na juniorach zawsze taniej. Więc jednak można grubasa ubrać. Troszkę drożej, ale też w promocji.

W drodze powrotnej do domu moje wewnętrzne uczucie szczęścia, zakłócał niepokój jak ja S wytłumaczę kolejną parę butów. Niby mogłabym schować i po jakimś czasie wyjąć, ale szkoda mi było, bo są na teraz. Kombinowałam, wymyśliłam scenariusze, aż zrezygnowana pomyślałam, że zwyczajnie powiem, jak było.

S wszedł do domu akurat, jak mierzyłam.

S: Oho, nowe?

Ja: To nie tak, bo w ciuchowym nic nie było, same rozmiary S i żadnych większych. Więc niechcący zaszłam do butnego, a tam przecenione. Bo to malutkie, rozmiar 5 z juniorów.

S: A jednak warto mieć mały rozmiar.

Ja: Że co? Że niby gruba jestem? Mi tą jedną parę butów wypominasz? Że niby ciuchy by wyszły taniej?

S: Ania ja o stopie pomyślałem.

Ja: Ja już wiem, co Ty pomyślałeś! Akurat dobrze wiem.

Także tak było. Nazwał mnie grubasem. Focha mam. Nie wiem kiedy wybaczę. Może jak mnie przekupi. Ma czym, bo na tej promocji to nie jedna taka śliczna para butów stała.

#pogadANKI: fotki 😉

Dostaję od Was bardzo miłe i piękne wiadomości, o tym, że ładnie wyglądam. Dziękuję Wam bardzo, choć to, że każdemu muszę udowadniać, że ważę 88 kilogramów robi się już męczące.

Piszecie, że po zdjęciach nie widać, że jestem grubasem, że tylko trochę w ramionach jestem przywalona i biceps mam jak u Pudziana. A i nogi balerony. A poza tym to piękna, trochę puszyste kości, ale na pewno nie 88 kilo.

Kochane. Niestety jest to prawda i teraz Wam zdradzę kilka szczegółów co zrobić, żeby na zdjęciach wyglądać szczuplej.
Zapraszam na mały tutorial, czyli #pogadANKI.

1. LICO.

Jest to jedno z najpopularniejszych zdjęć, po którym ciężko jest się zorientować ile kto waży. Ba, jeśli dobrze ustawisz twarz, to sama pomyślisz, że jesteś chuda. Są to zdjęcia mało urozmaicone, ale jest pewne, że nikt nie doszuka się tego, czego nie chcesz pokazać. Co prawda często są to tak zwane selfiacze samojebki, ale najważniejsze to podobać się sobie. Bo jeśli my widzimy w sobie piękno, to każdy zobaczy.

2. KOLOR.

Pamiętajcie, żeby (wbrew pozorom) unikać koloru czarnego. Ten kolor, choćby najbardziej kochany, to nasze przekleństwo. Strzał w kolano. Czarny ponoć wyszczupla więc od razu traficie na linię ognia plotek:

Plotkara 1: Widziałeś Ankę ostatnio?
Plotkara 2: Daj spokój, widziałam. W czarny się ubiera, więc na pewno jest gruba. Bo po co by się na czarno nosiła?Gruba jest, więc się czarnym maskuje. Spasła się, mówię Ci.

Widzicie, ubierajcie się na biało, to się wyszczuplicie w oczach innych.

3. POZA MIMOZA. 

Stój. Na wdechu. Na sztywno. Ale stój. Siedząc brzuch się roluje, dupa rozchodzi, a uda się zlewają, jak fale w czasie sztormu. W tej pozycji ciężko wciągać brzuch, wypchnąć cycka, a i dziubka nie zrobisz, bo powietrze wstrzymujesz.

4. MUCHY W NOSIE.

Głowę trzymaj zawsze wysoko, jakby ciut na foszku, a ciut na ęą damesa. I nie dlatego, że masz muchy w nosie i uważasz się za miss Polonię. Jak zadrzesz nochala i głowę do góry, to 4 podbródków nie widać będzie. Po kilku razach dojdziecie do takiej wprawy, że nawet się Wam kości policzkowe jednym ruchem głowy uda wydobyć.

5. Z-BOCZKU.

Pamiętaj, że będąc bokiem, widać Cię połowę. To najszybsze odchudzanie świata. Przede 88 bokiem 44. Wdech, wdech, wdech, uśmiech, wdech i wydech.

6. KOLE-żanki.

No bo wiecie, co najczęściej w oczy kole? Szczęście. Czyjeś szczęście w oczy kole. Olejcie. Bądźcie sobą, polubcie to jakie jesteście i żryjcie, tzn. żyjcie pełną gębą 😉❤️😛.