Złota rączka 😉

Pisałam Wam ostatnio, że przy dwóch maluchach piorę codziennie lub prawie codziennie. Pralkę mam już wysłużoną, była w mieszkaniu jak się wprowadziliśmy. Płynu do płukania nie pobiera, ale działa. Zawsze są jakieś pilniejsze wydatki.

Od jakiegoś czasu rączka bardzo ciężko chodziła i trzeba było się bardzo natrudzić, żeby pralkę w ogóle otworzyć.

Ja: S pralka się psuje. Te drzwiczki się w końcu połamią. Trzeba się rozejrzeć powoli za nową.
S: Ania, póki pierze niech pierze. Teraz strasznie zły moment. Z kasą w dupie jesteśmy.
Ja: S wiem, ale nigdy nie będzie dobrego momentu, żeby wydać 200 funtów.

Przez kilka kolejnych dni, pogoda dopisywała, a ja prałam. Prałam i prałam i prałam. Tak pięknie schło, że pościele, ręczniki, a nawet tipi dzieciom wyprałam.

W sobotę rano, załadowałam pralkę ciuchami i zajęłam się obiadem. Kiedy wyprała, złapałam za drzwiczki… i rączka została mi w dłoni. Szlag. Cholera jasna. Mogłam poczekać. S by otworzył i byłoby na niego. A tak nie dość, że na mnie to i się przyznać muszę.

Popatrzyłam, pogmerałam i posprawdzałam, czy nie da się jakoś włożyć i udać, że nic nie wiem. Ale nie. Urwałam i już.
Jeszcze kombinowałam z tą rączka, kiedy do kuchni wszedł S.

S: No to pięknie.
Ja: Ale ja przecież nie specjalnie urwałam. Lekko dotknęłam.
S: No ja wiem Ania. Nie Twoja wina.
Ja: I co teraz zrobić? Jak pranie wyjąć?
S: Nie wiem. Popatrzę zaraz. A Ty idź szukać nowej pralki.

O jak ja się ucieszyłam. Niby nieszczęście, ale szczęście. Aż mnie nosiło, a myśli po glowie krzyczały: „W końcu nową kupię. Bajerancką, ale nie za bardzo, żebym obsłużyć umiała. Jakąś taką fajną. I może, żeby miała funkcję bez prasowania. I płyn będzie pobierać”.

Te myśli tak krzyczały, że dopiero po jakimś czasie dotarły do mnie wołania S.

S: Słuchaj Ania. Otworzyłem. Znalazłem sposób i na razie działa. Póki jest możliwość korzystać jeszcze z tej, to korzystaj.
Ja: S, ale mówiłeś, że nową. Ja już wizję miałam. Ucieszyłam się już nawet.
S: Ania, ale teraz jest ciężko kasą. Ta działa. Naprawiłem.

Naprawił.

bty

Zamiennik 😉

Świat oszalał.

Ja Wam to mówię, jako pełnoprawna wariatka. Że oszalał. Na punkcie diet, fit i lajt. Dopóki mnie to nie dotyczyło, to zwyczajnie to olewałam.

Żeby nie było, to ja wcale nie propaguję otyłości i choroby, nie o to mi chodzi. Mi chodzi o bycie sobą, normalną, szczęśliwą. Bez ciągłego gnania, żeby dopasować się wizerunkiem do innych. Odchudzam się, a i owszem, ale najczęściej od poniedziałku, a i nie dłużej niż tydzień.

Gruba byłam zawsze. Od liceum dupa mi rosła, choć teraz tak naprawdę chciałabym być tak gruba jak mi się wtedy wydawało, że jestem . Przed ślubem rzucanie fajek i dieta i do ślubu udało się osiągnąć wagę 65 kg. Pierwszy raz od czasu ukończenia podstawówki.

Potem dwójka dzieci i mi się przytyło. Rozeszło się mi to tu, to ówdzie. Nabrałam masy, puszystości i gabarytów. Ale zaparłam się. Schudłam te 30 kilo po porodach, ale jak ja się katowałam dziewczyny. Nie jadłam, wąchałam tylko, no i ćwiczyłam. Codziennie siłka, bieganie. Dalej mam 28 kg nadwagi, ale na siłkę brakuje już czasu, no i jeść zaczęłam.

No, ale do brzegu.

Kilka dni temu zajrzałam do polskiego sklepu, bo nam się majonez skończył. Od lat używamy Winiary. Przeszłam cały sklep i nie ma. Na sklepie zauważyłam Panią z obsługi:

Ja: Przepraszam, czy jest majonez Winiary?

Dziewczyna na oko 30 lat, wzrost jakieś 170 cm i waga 40 kilo zmierzyła mnie wzrokiem mówiącym: „Taka gruba, a majonezu szuka?”. Ja za to 164 cm wzrostu 88 kg wagi, zmierzyłam ją wzrokiem mówiącym: „Czy ona wie, że ona jest w pasie węższa niż ja w udzie?” .

Eks: Wie Pani, nie ma. Skończył się nam. Ale mamy pyszny jogurt grecki. Można zamienić. Jest bardzo smaczny. Bez tłuszczu i gęsty jak majonez.

Wywaliłam na nią oczy, bo nie do końca zrozumiałam, o co jej chodzi. A słowo zamiennik działa na mnie lekko przerażająco, po tym jak z mąki bezglutenowej kopytka robiłam. Spaliłam garnek, włączyłam alarm przeciwpożarowy i połamałam dwie łyżki tą wielką kopytkę odklejając od dna. Więc już lekko przeczulona pytam.:

Ja: Ale jak to zamienić?

Eks: Zamiast majonezu można wszędzie jogurt dodawać. Do wszystkiego się nadaje.

Ja: A to może Kielecki jest?

Eks: I do sałatek i do zupy.

Ja: A Mosso?

Eks: Zero kalorii. A smak ten sam. Nie poczuje Pani różnicy.

Ja: Ok. A jadła Pani kiedyś parówkę z jogurtem?

Mówię Wam, że świat zwariował.

Nic bez niego 😉

Postanowiłam odciąć pępowinę. Biłam się z myślami kilka dni, ale uważam, że już czas najwyższy. Ciągle wszystko razem. Do sklepu, na zakupy, do lekarzy.

Dość. Musi się nauczyć sam zostawać, bo niedługo będzie problem. Ciężko mi, bo sama też się przyzwyczaiłam, bo nic bez niego.

Jeszcze nie wiem tylko jak to zrobić. Nie chcę, żeby to było zbyt drastyczne. Może przeżyć szok czy traumę. On jeszcze nie do końca wszystko rozumie. Dużo zmian ostatnio i nie chcę żeby czuł się zagubiony.

Ale to już pora. On trochę odpocznie ode mnie, a i ja będę miała chwilę oddechu. Powoli się uda. Najgorzej będzie na początku, ale spróbujemy małymi kroczkami.

Zaczęłam od wczoraj. Wyszłam sama z Bubusią na damski spacer i sesję zdjęciową, a chłopaki zostali sami. Bawiłyśmy się super, a w domu Felutek przywitał nas uśmiechem.

Ja: Felutku jak było z tatusiem?
F: Super mamusiu.

Popatrzyłam na S. Minę miał nieszczęśliwą. Nawet powiedziałabym taką w stronę focha. Naburmuszony patrzył na mnie z pod byka.

Ja: A Ty S, co taki nachmurzony?
S: Dzwoniłem do Ciebie. Czemu nie odebrałaś?
Ja: Nie słyszałam. A co chciałeś?
S: Zapytać o której będziecie, bo długo Was nie było.

Słyszałam o tym. Często się tak zdarza przy przecięciu pępowiny. To tzw. lęk separacyjny 😉.

Bo nie zawsze jest słodko…

Mamy za sobą bardzo trudne dwa miesiące. Najpierw zachorowała Buba. Drugi raz ospa dała nam popalić ze zdwojoną siła. Mała płakała dzień i noc, a my nie spaliśmy i próbowaliśmy jakoś ulżyć jej w cierpieniu. Przez całe dwa tygodnie nosiłam ją w zasadzie bez przerwy. Była u mnie na rękach jakby przyklejona klejem.

Po prawie dwutygodniowym areszcie, udało nam się urwać na spacer i pokorzystać z pogody. I kiedy już wychodziliśmy na prostą i cieszyliśmy się z każdej zagojonej krostki, ospą zaraził się Felutek.

Od razu widać było, że przejdzie jeszcze gorzej niż Buba. Temperatura, wymioty, swędzenie. Tydzień koszmaru dla niego i dla nas. Żeby mu ulżyć smarowaliśmy, głaskaliśmy i nosiliśmy na rękach. Dostał tablet, telewizor i wszystko to, co tylko było go w stanie pocieszyć i odwrócić uwagę od swędzenia.

Po ospie skakaliśmy z infekcji w infekcję, od lekarza do lekarza. Połowa naszego urlopu to był szpital i wizyty prywatne. Felutek płakał. Dużo płakał. Nie spał po nocach, a my padliśmy na pyski. Byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni.

Po kolejnych dwóch tygodniach już dochodził powoli do siebie. Ale jak to na bystrego trzylatka przystało, szybko zaczął wykorzystywać i terroryzować nas płaczem o wszystko. Płakał od rana do nocy, a mi mózg pękał.

Prośby, tłumaczenie, groźby, przekupstwa – nic nie pomagało. Rzucał się i awanturował o każdą głupotę. Trochę z choroby, a dużo przez swobodę jaką dostał.

Byłam zmęczona, naprawdę padnięta. Brakowało mi cierpliwości. Krzyczałam, a potem źle się z tym czułam. I tak w kółko.

W końcu nie wytrzymałam. Godzina 15:00, ja w piżamie, Feluś 20 kg na jednym biodrze, Buba 11 kg na drugim, śmierdząca, spocona i głodna odstawiłam dzieci na podłogę…. i się rozwyłam.

Ale jak. Chyba gdzieś aż z dna niemocy ze mnie zeszło. Wyłam, łkałam, smarkałam. Felutek uspokoił się w sekundę. Przytulił mnie i nic nie mówił, a ja tak wyłam i wyłam. Nie wiem jak długo, ale musiałam się wypłakać.

Buba bawiła się traktorem i zerkała tylko w moją stronę, a Felutek siedział i mnie pocieszał:

F: Mamo, uspokój się już. Już będę grzeczny. Już nie płacz. Ja też nie będę płakać.

Po jakimś czasie mi przeszło, choć było mi smutno i miałam straszne wyrzuty sumienia. Obiecałam sobie, że będę lepsza i bardziej cierpliwa. Pozbierałam się, wstałam z podłogi, a Felutek z poważną miną mówi:

F: Mamusiu nie możesz tak ciągle wyć i wyć, bo będzie Cię głowa bolała i będziesz brzydka.
Ja: Tak synku wiem. Przepraszam, już nie będę. Było mi smutno, ale już wszystko dobrze. Będziesz już grzeczny?
F: Tak.
Ja: To dobrze synku. Bo nie chcę tak wyć i wyć. A już na pewno nie chcę być brzydka.

Pierdoły 😉

Oj, jak mnie czasem wkurza S to masakra jakaś. Uwierzcie mi, że tak samo jak go kocham, tak samo mam ochotę udusić czasem. Bez wyrzutów sumienia żadnych.

A najczęściej to mnie wkurza takimi głupotami. Bo diabeł tkwi w pierdołach. Na poważnie też dość często mnie wkurza, ale taka akurat rola męża i z tym jego obowiązkiem ja nie dyskutuję. Zazwyczaj po prostu przemilczam (około 7 dni).

Pisałam Wam kiedyś, że zawsze po kąpieli zostawia prysznic na górze. Niereformowalny jest. Nie przetłumaczysz mu. Nie dociera zwyczajnie. I to nie tak, że ja jestem jakaś księżniczka i sama sobie zdjąć nie mogę. Mogę, ale muszę wtedy stanąć na brzeg wanny. Na brzeg? Ja? Na sam brzeżek. Ja się na brzeg płytki boję stanąć, z obawy, że wyszczerbię, a co dopiero na wannę.

Druga sprawa która mnie tak irytuje, że aż mnie trzęsie w środku to woda w czajniku. Ja jestem z czajnikiem telepatycznie powiązana i wiem, że jak on gotuje wodę to i ja się zagotuję.

Codziennie rano, schodzi na dół i pstryka czajnik. Zawsze na jedną herbatę! Zawsze no. Nigdy nie sprawdzi wcześniej ile jest wody w czajniku. Jak nie ma i nalewa, to też na styk. Bo wiadomo, że musiałby sekundę dłużej przy zlewie postać. Uwłacza mu to.

O tym, że jak zmywa czy wylewa coś do zlewu i nigdy go nie opłucze, to już nawet wspominać nie będę. Po co sobie klawiaturę strzępić.

Ale są też takie poczynania, o których ja wręcz muszę wspomnieć. Bo pękne normalnie. Otóż codziennie, codziennie, codziennie do późnych godzinach wieczornych, a najczęściej do północy sprzątam kuchnię. Zmywam, opróżniam zmywarkę, myję butelki dzieciom, szoruję kuchenkę i mopuję podłogę.

Lubię rano wstać i móc od razu robić śniadanie, a nie ogarniać syfy dnia poprzedniego. Nie raz marzy mi się, żeby odpuścić i olać, ale potem mam wyrzuty sumienia, że taki bajzel, więc dymam z tym mopem.

Szanowny ostatnio miał na raną zmianę. Zawsze wtedy wstaje o 4:30, je śniadanie (owsiankę najczęściej) ogląda chwilę „Jak to jest zrobione” i wyjeżdża do pracy.

We wtorek rano, schodzę z dzieciakami na dół, zaglądam do kuchni, a tam na umytym blacie, nad zmywarką stoi talerz po śniadaniu.
Ale żem się zagotowała. I nie żebym pamiętała o tym cały dzień, ale jak tylko wrócił to mu mówię:

Ja: Kurde, S powiedz mi proszę, co Tobą kieruje, że Ty się tak zachowujesz? Wytłumacz mi proszę, bo może ja mam za małą głowę i ona nie ogarnia. Jak to się dzieje, ze masz siłę donieść talerz do kuchni i postawić na blacie, ale nie masz już siły tego cholernego talerza do zmywarki wsadzić?
S: Nie wiem no. Śpieszyłem się.
Ja: To wstań proszę te 3 sekundy wcześniej, żeby Ci na to czasu nie zabrakło.
S: Oj weź. Ty też czasem takie rzeczy robisz.
Ja: Ja?? Przykłady? Proszę? Czekam?
S: Nie wiem teraz tak z zaskoczenia.
Ja: To zapisuj sobie.
S: Nie będę Ci konkurencji robić.

Bez skrupułów 😉

Kilka dni temu pojechaliśmy na #zwiedzANKI. Piękna pogoda, Felutek się lepiej czuł więc postanowiliśmy pokorzystać. Mimo, że plecak przyszykowaliśmy wieczorem, to jak zwykle, rano i tak wyruszyliśmy spóźnienie i najpotrzebniejsze rzeczy zbieraliśmy w biegu. Tym razem #zwiedzANKI padły na „Dom motyli”.

Z uwagi na pogodę chciałam, żeby było na zewnątrz, dużo łażenia i atrakcji dla dzieci. Koleżanka mi poleciła  że jest super, wszystko genialnie przygotowane pod dzieci, masa zabawy, a i blisko.

Zajechaliśmy na miejsce, wysiedliśmy z auta, a ja zaczęłam w plecaku szukać kremu z filtrem, bo słonko mimo rannej godziny bardzo mocno grzało.

Ja: Kocie, krem widziałeś?
S: Nie, nie widziałem.

Nie ma. Cholera. Dzieciaki w spodenkach, roznegliżowane. No spalą mi się białasy jak nic. Na terenie był sklep, poszliśmy więc od razu w poszukiwaniu czegoś z filtrem. Nie ma. Skończył się. No szlag. Wiecznie coś. Co robić?

Felutek już podekscytowany oglądał żółwie, Buba bujała nóżkami w wózku, a mnie zżerały wyrzuty sumienia. Od razu miałam jazdy, że na pewno udaru słonecznego dostaną.

S w telefonie sprawdzał już najbliższe sklepy i apteki. Niestety w niedzielę rano wszystko było zamknięte i żeby coś kupić trzeba było wracać do miasta.

Podchodziłam właśnie do Felutka wytłumaczyć, że tata na chwilę pojedzie, a my zostaniemy, kiedy kątem oka zauważyłam kobietę.
Smarowała swoje dzieci! A w ręku trzymała cała butlę kremu. Niewiele myśląc ruszyłam do niej.

Ja: Przepraszam, ja wiem, że nie powinnam, ale zadam głupie pytanie.
K: Słucham.
Ja: Bo ja kremu z filtrem zapomniałam, a w sklepie nie ma. Boję się, że mi się dzieciaki popalą. Czy pożyczy mi Pani troszkę?
K: Pewnie.
Wysmarowałam dzieci i szczęśliwa podziękowałam kobiecie.
S patrzył na mnie tylko, kręcił głową i się uśmiechał. Wiedziałam, że zaraz się odezwie i powie, że przypałowiec jestem i szybciej robię niż myślę.
Ja: Co?
S: Ania, Ty w ogóle nie masz w sobie wstydu. Zero skrupułów.
Ja: Mam Kocie, mam skrupuły. Właśnie, że mam. Bo na ten przykład, to ja też chusteczek mokrych nie wzięłam z domu, a ta kobita miała.

Basen 😉

Ostatnio wybraliśmy się na basen. Od czasu epizodu z pierwszą ospą nie byliśmy, a że dzieciaki uwielbiają się pluskać to postanowiliśmy spróbować znowu.

Sam pomysł bardzo mi się spodobał, bo przed chorobą chodziliśmy regularnie. Gorzej było już tylko z wbiciem się w strój kąpielowy, jednoczęściowy i rozmiar 14. Kiedy to było?

Dobrze, że to guma, więc się jakoś wcisnęłam. Co prawda nie mogłam oddychać, a lajkra piła mnie wszędzie, ale czego się nie robi, żeby uszczęśliwić dzieci.

Wyglądem postanowiłam się nie przejmować, bo w końcu to rodzinne sesje i dzieci nie obchodzi czy mi się wylewa z boku, czy z przodu podwija.

Strój nie leżał na mnie jakoś specjalnie spektakularnie, ale czego z drugiej strony wymagać od 90-ciu kilogramów żywej wagi i od stroju za 5.99.

Olałam fakt, że wyglądam jak wrap. Naciągnęłam tył, naciągnęłam przód i dobra moja. Ważne, że w ogóle pasuje.

W przebieralni cak cak, przebrani my, przebrane maluchy, siku, siku, jeszcze raz siku, prysznic i wchodzimy.

Basen prawie pusty, więc byłam odważniejsza. I trochę mi ulżyło, że się woda nie przelała jak weszłam. Naprawdę się bałam, że fal narobię. Wszystko szło lepiej niż zakładałam.

Tylko nie przewidziałam jednego! To co na sucho się naciągnęło, na mokro może się ściągać.

Jak poślady naciągałam, to cyc na wierzchu. Jak cyc do góry, to majty mnie piły. Masakra jakaś. Dzieci pełno, w tym moich dwójka, a ja na środku basenu w gumę gram.

Ja: Jeju, S mnie się wszystko wylewa. Cyckami świecę, dupa na wierzchu. Stringi mi się robią. Wstyd. Chyba muszę wyjść.

S: Ania, nie przejmuj się. Nikt nie patrzy. Olej to. Nikt tu przecież nie wygląda jak ze „Słonecznego Patrolu”.

Ja: Może i nie, ale ja mam na sobie chyba nawet mniej materiału jak Pamela. A już na pewno więcej skóry.

S: Myszolku, proszę Cię. Jak zwykle przesadzasz. Nikt nawet nie zauważy. Serio, uwierz mi! To naprawdę nie Słoneczny Patrol.

Ja: S, pewnie, że nie „Słoneczny Patrol” , ale raczej też nie „Uwolnić Orkę”.                         

Hobby 😊

Przez ostatnie kilka tygodni dostaję na Instagramie wiadomości typu: „Super profil, bla bla bla, ile udało Ci się zarobić w Internecie?”.

Uznałam, że to pytania zbyt osobiste i nie odpisałam. Szczególnie, że wiem, że pytały osoby, które nigdy nie przeczytały mojego żadnego wpisu.
Wam napiszę jak to jest, bo Wy czytacie.

Jako rekin biznesu, absolwentka zarządzania i osoba znana w nielicznych kręgach za zaradną, w internetach zrobiłam zero. Tzn. w funtach zero, bo w złotówkach to zero. Ba, ja nawet jak na osobę szczodrą przystało, do interesu dokładam. Nie mogę powiedzieć ile, bo kłamać nie chcę, a Szanownemu powiedziałam, że nie dużo. I póki nie dopytuje, to milczę.

Mogłabym zarobić na testowaniu produktów na Insta, ale z moim szczęściem to mi skóra z twarzy zejdzie, albo co gorsza włosy wypadną.
Zgłosiła się do mnie kiedyś klinika „Nowa gęba” zajmująca się operacjami plastycznymi, z propozycją operacji zmniejszenia nosa i promocji w necie. To się nie zgodziłam. Kurde, no bo jak już będę sławna, to długi nos mi będzie potrzebny do zadzierania.

Kiedyś butik z ciuchami zaproponował konkurs i wspólną promocję, ale jak się okazało, że się w żaden ciuch z butiku nie mieszczę to współpraca się rypła.

Do reklamy mnie nikt nie weźmie, bo po pierwsze kamera mnie nie obejmie, a po drugie nie mieli by tyle filtra i pudru, żeby mojego „buraka” zakryć.

Choć ja osobiście widzę się w reklamie. I nie mam z tym problemów, poza tylko tym, żeby byłoby to coś co lubię. Oby tylko nie mówić. Jeść mogę, to akurat umiem wspaniale. Pić też potrafię. Reklamować mogłabym mielonkę tyrolską lub Łomżę miodową. A! No i parówki.

Mogłabym poczytać i poszukać jak można zarobić i co zrobić. Nie mówię, że mi się nie chce. Może jak skończę dwie książki Clarksona, Grę o Tron, Nosowską i Cobena, to się tym zajmę. Chyba, że znowu kupię jakąś nowość.

Fajnie by było nie iść do pracy, siedzieć w domu, nic nie robić. Ale wtedy nie miałabym o czym pisać, a tak proszę. Mam.

Ostatnio chłopak z pracy mówi do mnie:

Chzp: Anna, ale Ty pięknie pachniesz.

Zawstydzona wydukałam podziękowania. A w domu od razu zakręciłam się koło S (w moim odczuciu) seksownie, na co on pyta:

S: Kark Cię boli Ania? Co się tak wyginasz?
Ja: Nic, chciałam żebyś powąchał jak pachnę, bo mi ktoś dziś w pracy powiedział, że ładnie.
S: Ania, ślicznie pachniesz.
Ja: Dziękuję kochanie.
S: Uwielbiam zapach wędzonki.

Widzicie, fajniejsze niż kasa.

0

Tapir 😉

Podzielę, się z Wami dramatem jaki mi się przytrafił na moim urlopie.
Zawsze jak jestem w Polsce, to umawiam się do fryzjera. Mam swoją „Panią”, bardzo miłą i zdolną. I tym razem moja fryzjerka zrobiła mi piękne, różowe, delikatne pasemka. Byłam zachwycona. Pomyślałam nawet, że wszyscy będą patrzeć na włosy i nikt nie zauważy, że jestem gruba.

W dzień wesela szwagierki, umówiona była inna fryzjerka do domu, więc do swojej nie pojechałam. Byłam ostatnia w kolejce, bo próbowałam okiełznać dzieci. Młodą uczesała ślicznie, dziewczyny też, choć muszę uczciwie przyznać, że nie miała dziewczyna ani wizji, ani wyobraźni .

Przyszła moja kolej.

F: Jak Pani chce?
Ja: Chciałabym je jakoś do góry, bo jest gorąco, i żeby mi Buba paluszkami nie wyciągała.

Nie, że byłam od razu źle nastawiona, ale jak zobaczyłam jak mnie tapiruje i tapiruje i tapiruje, to minę miałam nietęgą. Po 10 minutach, jednym tapirze na czubku i głowie w kształcie jajka, lżejsza o 50 zł poszłam na makijaż.
Nie przyglądałam się za bardzo, a wszystkie braki uznałam, że będą mniej widoczne jak dojdzie makijaż. Zaniepokoiło mnie tylko, że S nic nie komentuje. Żadnego ślicznie czy choćby fajnie.

Wątpliwości rozwiała kosmetyczka, która patrzyła na mnie z litością w oczach i pożyczyła mi lokówkę jakbym w „razie czego” potrzebowała.

Wróciłam do domu pięknie umalowana choć dalej z głową jak jajko. Fryzjerka była jeszcze na miejscu, wiec mówię do niej:

Ja: Poprawi mi Pani trochę te włosy? Bo źle wyglądam. Nie podoba mi się.

Po jej trzech fochach, obrazie majestatu i dwóch więcej tapirach wysłałam zdjęcie Majce.
Odpowiedź przyszła natychmiast.

M: Myć.

Wesele jedzie, ja z tapirem, w spodenkach i cała rozmemłana. Co mi pozostało? Najpierw w bek, a potem czesać.

Z pomocą ruszyła szwagierka E. Rozczesała mi pukle i już jajkowa głowa wyglądała dużo lepiej. Lakieru tona, włosy tak naelektryzowane, że światło w łazience się samo zapaliło, a my loki kręcimy. Tą lokówka co mi ją na szczęście kosmetyczka pożyczyła. E skończyła i poleciała się szykować, a ja poszłam pokazać się S.

S: Ania, Super. Teraz jest fajnie. Ślicznie wyglądasz.

Czułam się dużo lepiej, chociaż piękne, różowe pasemka nie wyeksponowały się tak jak bym chciała.
To nie był mój ślub, choć jak każda babka, chciałam wyglądać dobrze.

Więc pamiętajcie dziewczyny, że wybór fryzjera na wesele jest ważny, bo jak Wam jakaś fryz spieprzy, to wszyscy zauważą że jesteście grube.

Davos

Zostawiłaś mnie 😉

Kilka dni temu byłam z Felutkiem i Bubusią u koleżanki synka na urodzinach. M kończył 3 lata i była mała imprezka z grillem.

Były dwie dziewczynki i Felutek jako nieodrodny syneczek tatusia, nie odstępował dziewczyn na krok.
Ale, że było już dość późno, a Bubusia była zmęczona, to po dwóch godzinach musieliśmy wracać do domu.

Ja: Felutku, zbieramy się do domu, bo Bubusia zmęczona
F: Ja nie chcę mamusiu.

Kurde, nie było mowy. Zaparł się. Chciał zostać, a ja nie wiedziałam co zrobić  Z pomocą ruszyła koleżanka.

K: Ania to go zostaw, a ja go potem odprowadzę. To 5 minut raptem.
A: Serio? Ale ja go nigdy nie zostawiałam. Nie wiem jak zareaguje.
K: Nic mu nie będzie. Super się bawi. Idź i nie przeżywaj.

Pożegnałam się, podziękowałam, zapytałam Felutka 1726 razy czy na pewno chce zostać i ruszyłam z Bubusią do domu.
Powiem Wam, że dziwnie mi się szło bez niego. Pusto, cicho. Obracałam się ze sto razy. Czułam się nieswojo. Zadzwoniłam do S.

Ja: Wracam z Bubusią z urodzin, bo bardzo zmęczona. Felutek został.
S: Co Ty gadasz? Serio?
Ja: No tak, dla mnie też szok. Napiszę Ci jak wróci.

Weszłam do domu, od razu odkreciłam wodę do wanny i poszłam na górę po śpiochy dla Buby. Już na górze usłyszałam jego wrzask.
Zbiegłam z Bubusią na dół, otworzyłam drzwi, a na progu koleżanka i Felusiek. Cały zapłakany i w spazmach, wył że go zostawiłam.

Dopadłam do niego i wzięłam w ramiona.

Ja: Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Synku, przepraszam. Nie wiedziałam. Nie chciałam.

Rozpłakałam się. Koleżanka prawie też. Przeprosiłam za kłopot i obiecałam napisać potem. Mały nie odklejał się ode mnie nawet na sekundę. Drzwi nie pozwolił mi zamknąć. Tulił się i łkał.
Zadzwoniłam do S i z płaczem mówię :

Ja: To moja wina, mogłam go nie zostawiać.
S: Ania, spokojnie. Nic się nie stało. On od stycznia ma szkolę i będzie musiał zostawać 3 godziny dziennie. Nie przejmuj się.
Ja: Ja sobie tego nie wyobrażam.
S: Dobrze będzie, będzie miał okres adaptacyjny i będziesz mogła z nim zostawać na początku.
Ja: A nie wiesz ile taki okres adaptacyjny trwa?
S: Nie wiem, zależy od dziecka chyba.
Ja: Po dzisiejszym to mi się wydaje, że u nas będzie trwał ze trzy lata.