Biegacz 😉

Każdy rodzic wie, że przy takich maluchach jak moje, trzeba bardzo uważać co się mówi. I już nie chodzi o w nerwach rzuconą kurę, czy pośpieszne ja parole, parole, parole. Na wszystko trzeba zważać. I mimo, że czasem gada się, bo wie, że nie słuchają, to dzieci nie słuchają, a słyszą. Jest to taki rodzaj uszkodzenia słuchu, który słyszy wszystko dookoła, oprócz: proszę, daj, przestań.

Uwielbiamy spacery, ale z uwagi na małe problemy techniczne byliśmy prawie dwa tygodnie uwięzieni w domu. Problemy techniczne dotyczyły braku współpracy głównego ogniwa. Czyli zwyczajnie mówiąc, Buba się na mnie obraziła. A konkretnie to na wózek.

Dwa tygodnie nie było szansy nawet jej włożyć do spacerówki, a co dopiero przejść kilka kroków. Jako, że to dość oporna materia (po mamusi), dałam jej czas. Nie zmuszałam, nie próbowałam, nie naciskałam.

Po 2 tygodniach wsiadła sama i zażyczyła sobie spacerku. Ze zmiany frontu najbardziej ucieszył się Felutek, bo też spacery uwielbia. Choć tak naprawdę większość czasu jedzie na podstawce podczepionej do wózka.

Jak Buba już się z wózkiem przeprosiła, to ze spacerem nie czekaliśmy, tylko od razu ruszyliśmy do parku.
Felutek chyba ze strachu przed kolejnym buntem Buby biegł cała drogę i nawet nie myślał o staniu na podstawce.

Ja: Ojeju, ale Ty zasuwasz Felusiu.
F: Szybko biegam.
Ja: No bardzo szybko i z gracją.
F: Bo ja ćwiczę.
Ja: Ćwiczysz synku?
F: Tak mamusiu, ćwiczę.
Ja: Ale czemu?
F: Bo jestem za gruby.

I teraz już wiem, że następnym razem jak S zapyta co odstawiam na macie, to nie mogę powiedzieć, że ćwiczę, bom gruba. Odpowiem, że dokonuje owe akrobacje i figury gimnastyczne w celu ograniczenia mojej puszystości.

LifeWife by Felutek 😉

Felutek załapał fazę na aparat fotograficzny i robienie zdjęć. Byliśmy w spożywczaku i w gazecie wypatrzył jakiś plastikowy aparat. Prosił i prosił, aż w końcu wyżebrał. Ale obiecał, że będzie się cały dzień bawił. I bawił się tak pięknie, że aż nie wierzyłam własnym oczom.

Jak tak na niego patrzyłam, to przypomniało mi się, że mam gdzieś schowany stary aparat. Wiedziałam  że jest na górze, ale nie widziałam go od miesięcy. Szukanie zostawiłam dla S, bo on ma więcej cierpliwości niż ja. Kiedy S wrócił z pracy, to go znalazł (choć nie obyło się bez zbędnych epitetów i nadmiernej gestykulacji) i na rano zostawił Felusiowi.

Felutek oszalał ze szczęścia. Stary soniacz, ale ciągle jary, zdawał się nie brać do siebie upadków, uderzeń i czekoladowych palców. Za to ja do siebie brałam: mamusiu uśmiech, mamusiu stój, mamusiu upozuj.

Pozowałam i uśmiechałam się. Nigdy nie miałam takiej sesji. Nawet Iza nie karze mi się tyle szczerzyć, co Felek.

Śmiechu było co nie miara, a jak wieczorem przeglądaliśmy z S zdjęcia, to albo pękaliśmy z dumy z genialnych ujęć, albo pękaliśmy ze śmiechu z samych ujęć.

Jako matka byłam duma, że tak się wkręcił i nie odpuszczał. Kibicowałam tej trzydniowej pasji. Cieszyłam się, bo w zasadzie nigdy nie miałam tyle zdjęć od pasa w dół.

Felutek sam z siebie był dumny i kazał mi przeglądać każde zrobione zdjęcie.

F: Podoba się mamo?
Ja: Bardzo synku. Masz talent.
F: To stój jeszcze Ci zrobię jak gotujesz.
Ja: Dobrze to rób, już się ładnie uśmiecham.
F: Przy gotowaniu się nie uśmiechaj.
Ja: Czemu Felutku?
F: Bo nie będzie pasować na naszego bloga.

Chodagang 😉

Dwa tygodnie przed wyjazdem na urlop, wbiłam się w strój. Popatrzyłam na siebie w lustrze, wybiłam się ze stroju i w akcie desperacji, wyciągnęłam matę ze schowka i podjęłam 19277009 próbę ćwiczeń. Tym razem musiałam próbować z dziećmi, bo S był w pracy. Może i lepiej, bo nie lubię jak patrzy i się pokłada ze śmiechu, kiedy ja akurat próbuję nie zejść na zawał.

Za to maluchy uwielbiają ze mną ćwiczyć. Po 2 sekundach rozsiadły się na macie i czekały na trening. Niezmiennie od 4 lat wrzuciłam skalpel Ewy, jako że to dla początkujących. Znam już go prawie na pamięć, ale na inny jej trening nigdy się nie odważyłam. Już samo ogladanie mnie boli.

Kiedy zaczęłam to przez pierwsze 3 minuty robiłam wszystko, żeby utrzymać postawę, równowagę i powagę. Próbowałam też nadążyć. Nie za Ewą of kors, bo to niewykonalne, ale za pytaniami Felka.

F: Do kogo ta Pani mówi mamo?
Ja: Do mnie synku.
F: A czemu mówi wdech i wydech?
Ja: Żeby równo oddychać i się tak nie męczyć jak mama.

Maluchy skakały, robiły fikołki, a ja modliłam się w duchu, żeby wytrwać chociaż do 10 minuty i przy okazji któregoś nie zdeptać lub kopnąć.

Felutek wgapiał się w ekran i powtarzał wszystko, a ja próbowałam nie popuścić ze śmiechu. Pomagał mi podnosić nogi, wzdychał, stękał i przy okazji mnie dopingował. Kiedy Ewa zaczęła brzuszki, Felutek z poważną miną popatrzył na mnie i mówi:

F: Mamusiu ćwiczysz?
Ja: Tak, próbuję.
F: To czemu nie robisz jak Pani?
Ja: Bo po tym synku, to by mnie już chyba nie odratowali.

#jestembojesteś ❤️

Patrzy na mnie.
Uwielbiam jego oczy. Niebieskie. Po mnie. Choć kolor ma piękniejszy. Taki intensywny. Zawsze jak patrzy to widzę w jego oczach sztorm. Wzburzone morze, takie piękne i obezwładniające.
Zamyślam się. Trzy lata. Dziś kończy trzy lata…

Nie wiem sama kiedy to zleciało. Patrzę w jego oczy i widzę noworodka. W uszach słyszę słowa lekarzy, które tną jak pociski karabinu. Trafiają prosto w moje serce i rozszarpują je na kawałki: umiera, sepsa, stan krytyczny, zaintubowany.

Nie. Nie. NIE! Koszmar. To mi się śni. To straszny sen. To nie może być prawda. Słyszę w uszach wrzask. Ktoś strasznie płacze. Po chwili dociera do mnie, że słyszę siebie. To ja wyję. Z bólu, bezradności, z przerażenia.

Jestem po cesarce, wiozą mnie do niego… Żebym go zobaczyła… Żebym się pożegnała.

Serce mi pęka. Ale nie wyję. Dotykam inkubatora. Nie żegnam się. Mówię, że ma walczyć. Że jest duży i silny. I da radę. Że jestem z nim i zawsze będę. Że nie może się poddać. Że my walczymy o niego. Że jestem tu i bez niego nie wyjdę. Że tata tu jest. Tata. Twój ukochany tata, który przez 9 mcy ciąży, co wieczór smarował nam brzuch bio-oilem, ten który każdego wieczoru czytał nam bajkę przed snem. Tata, ten dla którego już jesteś najważniejszy na świecie.

I dziś patrzę w te wielkie oczy. Na twarzy błąka się zadziorny uśmiech. Uśmiecha się jak mała szelma. S mówi, że ma to po mnie.
Od razu wiem, że chce się powygłupiać. Rzucam się na niego, chwytam w ramiona i obracam się z nim. Łaskoczę i całuję, a on parska śmiechem. Tak się chichra, że S przychodzi z kuchni posłuchać tego śmiechu. Uwielbiam widzieć ich szczęście.

Mój mały zuch. Mój bohater. Mój waleczny, silny i mądry chłopczyk. Już nie niemowlak, już taki duży.

Od razu wiedziałam, że da radę. Kiedy włożyłam rękę do inkubatora, a on ścisnął mój palec. Wiedziałam, choć pękało mi serce…

Wierzyłam. Modliłam się. Błagałam. Aniele Boży Stróżu mój….

Żałuję, że odebrano nam tą radość narodzin. To szczęście i magię. Żałuję, że tyle wycierpiałeś. Żałuję, że byłam taka zdruzgotana, przerażona, słaba. Ale to już za nami. Dałeś radę. Wszyscy daliśmy.

Najważniejsze, że jesteś. Jesteś. ❤️

Kocham Cię całym sercem. Jesteś moim życiem, radością, moim bohaterem. Dziękuję Ci synku, że się nie podałeś, że byłeś dzielny.
Życzę Ci zdrowia przede wszystkim. Życzę Ci uśmiechu i śmiechu. Żebyś był zawsze już taki pogodny, rozbrajający i zwariowany. Żebyś zawsze kochał siostrę i się nią opiekował. Życzę Ci wspaniałych trzecich urodzin, dużo prezentów i udanych wakacji.

Mam nadzieję, że mimo że czasem mi nie wychodzi, że czasem jest ciężko, że nie daję rady, to Ty wiesz, że i tak Cię kocham. Bezgranicznie, bezinteresownie, całym sercem, każdym milimetrem mojego ciała – kocham Cię.

Wygrałeś życie i zrobimy wszystko, żeby było piękne ❤️

P.s. Słowa do pamietniczka na dziś:
– ubuduj coś ze mną.
– będę pływał z dełfinami.
– no proszę, jak pięknie zjadłem.
P.s.2. Prezent na spółkę z Bubusią. Kochamy Cię córciu.

Krótkie cięcie… 😉

Pisałam Wam już kiedyś, że nasz Felutek ma z fryzjerami na bakier. Nie lubi i już. To znaczy do samych fryzjerów nic nie ma, bardziej do strzyżenia.

Kolejna wizyta jednak zbliżała się nieubłaganie. Włosy miał już naprawdę długie. A do tego po mnie ma tendencję do bycia czupakabrą, więc szalony nieład trzeba było okiełznąć.

Do fryzjera poszliśmy godzinę wcześniej. Żeby się opatrzył, osłuchał i zrelaksował. S był w pracy i jak zwykle najgorszy obowiązek spadł na mnie. Najgorszy, bo Felutek z miejsca zaczął płakać.
Po kilku minutach uspokoił się, usiadł na sofę z moim telefonem, a ja dałam mu czas, żeby się oswajał.

Pani fryzjerka go zaczepiała, tłumaczyła angielskie słówka na polskie i próbowała z nim rozmawiać. Falutek się śmiał i ewidentnie się rozluźniał.

Kilku mężczyzn czekało w kolejce, wszyscy próbowali go zaczepiać i zabawiać, a jeden z nich zapytał:

Facet: Mieszkacie tu blisko?
Ja: Tak.
Facet: Moja dziewczyna jest Polką, mamy 3 letnią dziewczynkę i mieszkamy w okolicy.
Ja: O super. To fajnie byłoby się spotkać, dzieciaki się pozbawią, a my się poznamy i obgadamy Wam facetom tyłki.

Od słowa do słowa, wymieniliśmy się namiarami i postanowiłam do nich napisać, jak tylko wrócę do domu. Zawsze to fajnie poznać przyjazną duszyczkę, szczególnie na obczyźnie.

Feluś popatrzył jak wszyscy ze sobą rozmawiamy, odprężył się i tylko troszeczkę pomarudził. I cięcie się pięknie udało się.

Oczywiście wyglądał cudnie z krótkimi włoskami i nie mogłam się na niego napatrzeć. W domu jak S go zobaczył, też się nim zachwycał.

S: Ania, no i jak było tym razem?
Ja: Dużo lepiej. Poznałam u fryzjera fajnego faceta.
S: Co?
Ja: O cholera, trochę źle to zabrzmiało.
S: Ania, bardzo źle to zabrzmiało. Może zacznij jeszcze raz, tylko dobrze dobierz słowa.
Ja: Do fryzjera przyszedł pewien bardzo nieatrakcyjny dla mnie mężczyzna….. 😉

To co niewypowiedziane… ❤️

Kiedy za każdym razem jak gdzieś wychodzisz, mówi: „napisz jak dojedziesz”.

Kiedy wraca z pracy i pyta: „wykończyły Cię dzieciaki”?

Kiedy nawet jak się kłócicie mówi: „Kocie uspokój się”.

Kiedy sam przypomina Ci, że miałaś iść na paznokcie.

Kiedy je zakalec i mówi, że pyszny.

Kiedy patrzy z zachwytem na dzieci i mówi, że „mają oczy po Tobie”.

Kiedy po kilku godzinach w pojedynkę z dzieciakami podziwia Cię, że tak cudnie sobie radzisz.

Kiedy masuje Ci wieczorem stopy i ogląda po raz 100 Twój ulubiony film.

No i kiedy po okropnym dniu w pracy otwierasz drzwi, a on w progu pyta „różowe czy białe?”

To on Ci mówi Kocham Cię. ❤️

Zasadzimy ziarno 😉

Ogródek taki warzywniak koło domu mamy. W tamtym roku zaczęliśmy, choć plon był marny. Ale S stwierdził, że nie był nawożony i ziemia nie żyzna i za rok będzie lepiej.

Na jesień i wiosnę kopał, nawoził i nawet kompost zbudował. Plany miał na milion warzyw i ziół, ale ja się nie zgodziłam.

Nie tylko z uwagi na lenistwo, ale szkoda mi było miejsca w ogrodzie. Mi wystarczył kawałeczek na koperek, marchewkę i pietruszkę. Świeże warzywa do zupy pod ręką to dla mnie pełnia szczęścia. Ewentualnie troszkę pomidorów i cuknię i na naszą czwóreczkę z palcem w nosie.

Ale S nie odpuszczał, postawił na swoim i nawet kilka krzaków ziemniaków zasadził. Koniec końców wyszło tak, że właśnie ziemniaki i pomidory posadził S, a ja resztę.

No i pomidory i te nieszczęsne ziemniaczki wyrosły piękne. W ogrodzie prezentowały się same pełne, uginające się krzaki. No, a reszta? Reszta troszkę słabiej. A w zasadzie nic więcej nie wyrosło.

Nie wiem czy nasiona miałam jakieś lewe, czy ptaki mi wydziobały, czy wiatr mi je wywiał. Nie wiem. Nie wyszło nic.

S kilka dni chodził i podpytywał.

S: Ania, jak Ty to posiałaś?
Ja: No normalnie. Nie denerwuj mnie nawet. Jak dzik się urabiałam latem z tym zasranym ogródkiem. Podlewanie co wieczór, pielenie cholera, a tu tylko jeden koper i dwa buraki wyszły. Szlag mnie trafia.
S: Ania, ale to w sumie dobrze, że jest ten jeden koper i dwa buraki.
Ja: Czemu niby?
S: Przynajmniej mam pewność, że do tego siania to w ogóle nasion użyłaś.

#pogadANKI: praca 😉

Pracujące weekendy, a do tego pracujące po 12 h…. Kto zna?
Co tu dużo mówić. Pracujących weekendów nie cierpię, ale co zrobić. Samo się nie zarobi.
Każdy mój weekend w pracy jest taki sam i dzieli się na kilka etapów. Zapraszam na moje dwa najdłuższe dni w tygodniu w telegraficznym skrócie.

1. ZAPRZECZENIE.

Budzik nastawiam na 4:45 rano, żeby choć raz się nie spóźnić, ale i tak zawsze wstaje o 5:10. Pobudki dzwonią co 5 minut, a ja ciągle się łudzę, że to jakaś pomyłka. Że np. przez przypadek nastawiam budzik na 23 i nocy wcale jeszcze nie było. W sumie to tak się czuję, jakbym spała tylko godzinę.

Kiedy alarm dzwoni próbuję sama siebie zmusić, żeby jednak wstać i iść. Doszukuję się w sobie pokładów odpowiedzialności, dyscypliny i sumienności. Kiedy jednak ich nie znajduję, przekręcam się na drugi bok i zasypiam spokojnie. Niestety na moją niekorzyść zapominam, że śpię z S. I nie dlatego niekorzyść, że nie jest przyjemnym towarzyszem tych krótkich nocy, a dlatego, że on te pokłady sumienności do pracy to on prawie na wierzchu ma. I mnie budzi. Zawsze kończy się tak samo:

S: Ania, wstawaj. Budzik dzwonił już 6 raz. Spóźnisz się do pracy. A i dzieci zaraz obudzisz.
Ja: Zdążę, ja się nigdy nie spóźniam. A może bym tak nie poszła dziś?
S: Chyba to trochę nieodpowiedzialne zapisać się i nie przyjść.

Wstaję więc, choć przekleństwa kleją się do ust, prawie jak ciepła kołdra do moich pleców.
Tłumaczę sobie, że jednak jestem dorosła i odpowiedzialna, i muszę iść, że na zjedzenie surowego ziemniaka czy proszku do pieczenia jest już za późno.

Ożywiam się troszkę po kawie, co nie zmienia faktu, że dalej mi się strasznie nie chce, co ostentacyjnie demonstruję szefostwu spóźniając się za każdym razem.

2. GNIEW.

Obrażona na cały świat jestem od rana. Naburmuszona i wściekła. Zrzucam to na pobudkę lewą nogą, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, która częścią ciała się z tego wyra zwlokłam.

Zmuszona do zerwania się w środku nocy, staram się mimo wszystko myśleć pozytywnie. Tłumaczę sobie w myślach, że szybko zleci, że to tylko kilka godzin. Staram się myśleć o dobrych stronach, choć naprawdę ciężko je znaleźć.

Nawet się uśmiecham, bo ponoć uśmiech dodaje nam siły. Więc w sumie rżeć ze śmiechu powinnam, bo siła na deficycie. Zła jestem jednak na siebie za pochopność decyzji.

3. DEPRESJA.

Dopada mnie zawsze z nienacka. Bije po głowie myślami: kurde wolny weekend, dzieci i S w ogrodzie biegają, a Ty jak durna w tej lodówce mięsem rzucasz. Co z Ciebie za matka? Na pewno tęsknią strasznie. Płaczą! Jesteś wyzuta z uczuć. Dzieci nie poznają Cię jak wrócisz po tych 12 godzinach.

4. NEGOCJACJE.

Dopada mnie myśl, żeby wyjść wcześniej. Może o 14? Po 8 godzinach jak większość normalnych, jeśli w ogóle tak można nazwać ludzi pracujących w wolny weekend. Negocjuję sama ze sobą, wyciągam plusy i minusy, chociaż ciężko jest znaleźć wady tego planu. Przez myśl mi przechodzi, żeby puścić pawia, że wtedy nie tylko sobie załatwię wolne, ale i wszystkim. I to na 48h.

5. AKCEPTACJA.

Zrezygnowana trwam do tej 18, choć każdy neuron w głowie krzyczy: aleś Ty niemądra. Obiecuję sobie, że to ostatni raz i więcej nie przyjdę. Zagryzam usta i wiem, że dotrwam. Wyjdę stąd na tarczy, choćbym się miała wyczołgać.

 

Miłego wieczoru, należy się ❤️

Nudy… 😉

Wczoraj wieczorem położyłam maluchy spać, a sama zeszłam na dół ogarnąć pobojowisko. S miał drugą zmianę i jak zwykle wracał bardzo późno.

Posprzątałam, umyłam podłogi, ogarnęłam łazienkę i zmęczona, ale dumna z siebie otworzyłam laptopa.
Kilka dni nic nie pisałam i bardzo mnie ciągnęło.

Od ręki zabrałam się za nowy wpis. Dzieciaki smacznie spały, a ja cieszyłam się ciszą i panującym spokojem.
I właśnie to pisałam, że u nas nudy, że niewiele się dzieje. Dużo pracujemy, żeby zapłacić za wakacje i w tygodniu mijamy się w drzwiach.

Żadnych sprzeczek, czy potyczek słownych. Co w sumie mnie zdziwiło, bo nawet za to, że napisałam „że mąża mam pod pantoflem” to mi się upiekło. Coś tam tylko S pod nosem pobączył, że za dużo sobie pozwalam i babram w bombie.

Na zegarze dochodziła 22, a ja kończyłam wpis o nudach, kiedy zadzwonił S.

S: Ania, kluczyk od samochodu zgubiłem.

Najpierw się zdenerwowałam, a potem przeraziłam. 22 w nocy, 20 mil od domu i brak zapasowych kluczyków.

I wiem, że to głupio zabrzmi, ale nagle parsknęłam śmiechem. Przed nosem stanęła mi twarz S i jego tysiące i setki razy wypowiedziane z grobową i karcącą miną: „Ania, nie zgub kluczyka, pamiętaj, że mamy tylko jeden”.

Ja: O cholera. A ja właśnie pisałam, że u nas nudy. A gdzie zgubileś?
S: Żebym wiedział, to bym już znalazł.

Powstrzymałam się od komantarzy, żeby nic nie palnąć, bo S rzadko się wkurza, a brzmiał naprawdę na wściekłego.

Ja: S wróć do biura i zobacz, czy nie wypadły Ci z kieszeni jak siedziałeś. Zerknij, a jak nie będzie to wracaj do domu taksówką, a jutro poszukasz w dzień. Nie denerwuj się, coś się wymyśli.

Rozłączył się wściekły, a ja przeklinałam sama siebie w myślach za tą nudę niby. Bo to zawsze tak jest, jak się coś powie w nieodpowiedniej chwili.
Czemu cholera nie napisałam, że w lotka wygraliśmy.
W tym momencie zadzwonił S:

S: Ania, kurde znalazłem. Ale szczęście, a w zasadzie nawet nie miałem nadziei. Dobrze, że nikt autem nie odjechał z parkingu.

Uff, a jednak lotto. I to podwójny traf. Po pierwsze może nie wygraliśmy kasy, ale kilka setek  za nowy kluczyk mamy zaoszczędzone. A po drugie, bo jak by nie znalazł, to bym nie mogła triumfować.

A tak wyobraźcie sobie, jak to będzie pięknie brzmiało jak ja za każdym razem mu powiem:

„S tylko uważaj i nie zgub kluczyków”.

Fochy 😉

Kilka z Was pytało mnie czy faktycznie jestem fochmistrzem i czy naprawdę tak często się obrażam na S.
Czy często, to trudno mi powiedzieć. Wiem, że statystyczna para „kłóci” się raz dziennie, a ja lubię trzymać się statystyk.

Ogólnie jestem tak zwaną pięciominutówką. W 3 sekundy się rozkręcam, a w 2 mi przechodzi. Po prostu mam bardzo króciutki zapalnik.

Swoje fochy dzielę na kilka rodzajów w zależności od potrzeby. Najczęstszym w użyciu jest foch o nazwie: „Zgaduj zgadula”. To są takie szybciutkie foszki, pomocne, gdy delikatna aluzja nie działa. Najczęściej ich używam w celu okazania niezadowolenia. Jest to dobra metoda, by zwrócić mu uwagę na to, że przeskrobał sobie. Bo uwierzcie mi, że on w większości przypadków nawet nie wie, że zrobił coś źle.

S: Ania, obraziłaś się.
Ja: Nie.
S: Ale za co? Bo nie wiem.
Ja: Domyśl się.

Nie trwa on długo, ale można łatwo dostać kwiaty, bo wiadmomo, że choćby trzy dni myślał to się nie domyśli.

Drugi to jest tak zwany „Oczyszczający”. Czyli ogólne wygadam wszystko co mi leży na wątrobie, samą gadką się nakręcę i przyklepię wszystko małym foszkiem. Z tymi małymi fochami uważam bardzo, bo najczęściej rzucam je tak od niechcenia, a potem nie pamiętam, o co się niby obraziłam. No a wiecie, głupio pytać, więc od razu zaczynam z nim gadać, żeby nie wyszło, że sama nie wiem.

Foch „Wymowny” używam najczęściej, tylko wtedy, kiedy do S już żaden argument nie trafia.

Ja: S, jedziemy na zakupy?
S: Dziś? Tak gorąco.
Ja: Dobra. Nie to nie. Sama pojadę. Autobusem.
S: To auto weź.
Ja: Ale ja chciałam z Tobą.
S: Ania, a za co ta kara?

Wymownie mi powiedział więc i foch będzie wymowny. Ale bardziej w kierunku obrazy majestatu, niż w awanturkę.

Foch to przydatne narzędzie. Ale uczciwie muszę przyznać, że nie szastam nimi na prawo i lewo, bo później traci on swoją moc. Dawkuję po troszku, w zależności od potrzeb. Zostawiam sobie jako alternatywę. Podgrzewam atmosferę w związku, bo wiadomo, że najlepiej później wychodzi godzenie się. Bo po takim fochu, to ja się łaskawie godzę, żeby S mnie (jakby to fikuśnienie zabrzmiało) udobruchał. 😉