Jaka to melodia… 😉

Fascynacja Felka Kazikiem przeszła nasze oczekiwania. Zaskoczył nas tym bardzo. Zapałał do niego miłością tak ogromną, że ciągle go śpiewa pod nosem, nam każe, a do tego nawet Bubę zaczął uczyć.

Doszło do tego, że ostatnio kiedy kręciłam się po przedpokoju, usłyszałam dźwięk otwieranej bramki na górę. Wyjrzałam, zobaczyłam Felusia i zawołałam do niego:

Ja: Feluś? Gdzie idziesz?

Na to mój syn popatrzył na mnie i w odpowiedzi zaśpiewał: „idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę, idę tam gdzie muszę, nie idę gdzie nie muszę, ole”.

Kiedy układał klocki i pytałam czy wszystko dobrze czy się nie zamotał, odśpiewywał: „zagubiłem się w mieście gdzieś daleko od domu”.

Zawsze kiedy wchodził do łazienki jak S pryskał się dezodorantem, zaczynał podśpiewywać „gaz, gaz, gaz na ulicach”.
W aucie też żyć nam nie dawał. Nie zdążyliśmy wsiąść, a już krzyczał:

F: Tato włącz: Maciek jak tylko żartowałem.

Cieszyliśmy się, dopóki nie zaczął pytać. Bo jak zaczął, to już po bandzie:

F: Tato, a czemu Pan Kazik śpiewa: „Nie mów do mnie per Ty pedale”.

Przy kolejnej podróży samochodem mówię do Felka:

Ja: Felusiu tata ma dużo innych, też fajnych piosenek. Włączymy zaraz i zobaczysz czy też lubisz.

S wrzucił usb i zaczął przeglądać pliki. Ale okazało się, że to droga z deszczu pod rynnę. Na wyświetlaczu pojawiła się na pierwszym miejscu Metallica. Kolejne pliki, a w nich Linkin Park, Rammstein i wszystko w podobny deseń też nie nadawały się dla Felcia.
W końcu na wyświetlaczu pojawił się plik Moja muza.

Ja: S to zobacz co masz tam w tym folderze „Moja”.

I kiedy po chwili zawył Enej z „Lili” spojrzałam na S wymownie. On popatrzył na mnie i zmieszany próbował przełączyć. Po chwili w głośnikach zabrzmiał Justin Timberlake.

S: Ania! To Twoja muzyka.
Ja: Dobra dobra. Wydało się. I co puścisz dalej? Bibera?

 

6 lat razem i codziennie się okazuje, że nie znasz człowieka. 😂😂😂😂

Krótkie nogi… 😉

Kłamstwo ma krótkie nogi. Mimo, że knute i misternie planowane wyjdzie na jaw i zemści się w najmniej oczekiwanym momencie.

Póki jednak się dało to knuliśmy i kłamaliśmy jak na „rodziców samo zło” przystało.

Zawsze przed zasypianiem, już na górze, włączaliśmy dzieciom dobramockę na pół godziny. Pół godziny jednak zawsze było teoretyczne, bo dzieciaki czasem nie dawały za wygraną i najczęściej żebrały o więcej. Ja starałam się nie ulegać, ale S „miękka dupa” owszem. Bywało więc tak, że usypialiśmy maluchy ponad godzinę.

Któregoś wieczora, kiedy dzieciaki łobuzowały i nie reagowały na nasze prośby, S wyłączył telewizor znienacka. Bardzo się zdziwiłam, bo takie „drastyczne” rozwiązania to nie jego świat. Felutek zdawał się myśleć podobnie jak ja, bo zdezorientowany zapytał:

F: Co się stało?

Ja: Telewizor się wyłączył.

F: Włącz.

Nie wiedząc sama do końca co zrobić, rzuciłam nagle, a S podłapał.

Ja: Ale on sam się wyłączył.

S: Sam się wyłączył, sam się włączy.

Bożżżeee, jakie to było fantastyczne kłamstwo. Pyk z ukrycia i cisza. Wyłączał się sam kiedy było trzeba. Jak krzyczeli, jak się bili, jak nie chcieli iść do łóżka, jak my chcieliśmy mieć chwilę spokoju.

Każdego dnia używaliśmy tej samej sztuczki. Było nam z tym tak cudownie, że nawet nie zarejestrowaliśmy kiedy zwyczaj „samowyłańczacza” przeniósł się też na dół, do telewizora w salonie. Cichaczem wyłączaliśmy, żeby pół dnia nie spędzali przed bajkami. Felek zrozumiał, że płacz i terroryzowanie nic nie da, bo telewizor włączy się sam kiedy przyjdzie odpowiedni moment. A Buba z godnością przyjmowała wszystkie braki w „dostawie prądu”. Wszystko szło pięknie, dzieci się nie buntowały, telewizor się wyłączał, radio włączało.

Jednak jak to zwykle bywa właśnie te chwile kiedy wszystko idzie jak z płatka powodują, że traci się czujność. To znaczy my straciliśmy, bo jak się okazało Felek czujny pozostał.

Rozluźnieni rozmową nie zauważyliśmy, że Felek się nam bacznie przygląda. I kiedy zapomniawszy się, wyłączyłam bajkę, Felek otworzył usta, popatrzył na mnie i z niedowierzaniem w głosie powiedział:

F: To Ty wyłączyłaś!

Nie odpowiedziałam, nie chciałam mu w oczy kłamać. Zerknęłam pośpiesznie na S, w poszukiwaniu pomocy. Niestety oczy S również sugerowały niedowierzanie:

S: Ania, a tak było pięknie.

Ja: No wiem, spieprzyłam. Moja wina.

S: Twoja, twoja. Trudno no, nic już nie mówię.

Ja: Dziękuję.

S: Nie ma za co. Wystarczająca nauczka Cię czeka dziś, przy usypianiu.

Pamiętajcie więc, że kłamstwo ma krótkie i koślawe nogi, i nawet jak się po cichu przemknie, to wcześniej czy później tym koślawym kopytem w coś przychrzani.

Fryzjer płakał jak poprawiał 😉

Z tą moją grzywką to ja mam teraz tak przewalone, że chyba nigdy tak nie miałam. Do tego ona jest tak inwazyjna, że S to dopiero ma z nią problem.

Kilka dni temu napisała Iza, że przed moją pracą, uda jej się wpaść na moment na szybkie zdjęcia. Ucieszyłam się bardzo i nawet przez myśl mi przeszło, że może uda nam się samym wyskoczyć, jeśli mam wystarczającą ilość słodyczy w domu, żeby przekupić dzieci.

Napaliłam się bardzo na ten pomysł jak na picie wina wieczorem. Rano po śniadaniu posprzątałam, a potem ukręciłam ciasto na chybcika, żeby faktycznie mieć jakieś argumenty i poleciałam układać włosy.

Nałożyłam tonę żelu i wysuszyłam. Nerw miałam naruszony, bo kuźwa od pierwszych sekund wiedziałam, że nie pójdzie jednak po mojej myśli. W ogóle po żadnej myśli to nie szło. Niewytłumaczalne to dla mnie jest, że tyle tygodni, a ona nawet milimetr nie odrosła. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy nie iść do tej samej babki i nie poprosić, żeby na nogach obcięła. Albo gdzie indziej, gdzie w godzinę mech zarasta. Bo tu trzy tygodnie minęły, a włosy nawet nie drgnęły.

Suszyłam jednak, żelowałam i znowu suszyłam. Prawie ochujałam w tym stresie, bo jak to kuźwa jest, żeby trzy włosy, a w czterech kierunkach sterczały. Żel poprawiłam lakierem, prostownicą, śliną i jednym plaśnięciem w czoło. Nałożyłam czyste leginsy, koszulę i zbiegłam na dół, bo Iza właśnie podjechała.

Od razu się ubrałyśmy, żeby nie tracić czasu, zapakowałam obżarte ciastem dzieci do wózka, bo zostawić się z babcią nie dały i ruszyłyśmy na sesję. Wiało mocno, zimno było i dzieci trochę marudzily, ale byłyśmy zadowolone.

I kiedy wieczorem Iza wysłała kilka zdjęć, poszłam od razu pokazać Szanownemu.

Ja: Iza wysłała kilka zdjęć.
S: A faktycznie. Jak tam było na sesji?
Ja: Fajnie, choć z dzieciakami to nie tak łatwo..
S: Wiem, pokaż te zdjęcia.

Pokazałam mu telefon i patrzyłam jak ogląda.

S: Super wyszły. Fajny klimat, ale chyba grzywki to Ci dzieci ułożyć nie dały.
Ja: Ona tak wygląda ułożona.
S: Haha Ania, nie wiem co powiedzieć.
Ja: Ty już lepiej nic nie mów. Już i tak za dużo powiedziałeś. Nie wiem sama co mam z nią robić.
S: Przestań, w końcu odrośnie.  A może podciąć trzeba jakoś?
Ja: Żartujesz? Kto się teraz kuźwa podejmie?

😉

 

Życie Anki 😉

Cześć jestem Anka i jestem mamą.
Codziennie wstaję o 5 rano i w 90% nie jest to mój wybór. Dobra, bujda w 100% to nie moja decyzja.

Każdy mój poranek, który kończy się mniej więcej w okolicach południa spędzam w piżamie. Jak mam szczęście to zmieniam ją na leginsy z primarka za 3 funty (polecam), a jak nie, to bujam się w niej po domu cały dzień.

Nieodłącznym elementem naszego każdego dnia jest też zupa, bo jest smaczna i zdrowa. Więc w domu zawsze musi być zupa. I już od tej nieszczęsnej 5 rano najczęściej głowie się „jaka zupa dziś?”. Próbuję ją gotować już od rana, między udawaniem Andiego z dinozaurów, a wydłubywaniem ciastoliny z dywanu.
Jeśli uda się ugotować, to lecimy na spacer, bo muszą się maluchy wybiegać przed drzemką.

Idziemy, a w zasadzie ja idę, bo Felek się wlecze i już po 200 metrach spaceru tłumaczy mi, że nie ma już siłki. I najbardziej chciałby żebym go niosła. 20 kilogramowego klocka. Mimo, że wie, że nic nie wskróra, bo miejsce na rękach przez 3 kilometry zajmuje Buba, to próbuje przez ponad godzinę.

Po powrocie gratuluję jemu, że jednak dał radę i sobie, że nie wyplułam płuc. Choć dupę mam mokrą.

Potem usypiam maluchy, które po spacerze odzyskały energię i potrzebują mniej więcej godziny, żeby się wyciszyć. Ważne, że zupę zjedli.

Zostawiam je zakryte, najedzone, śpiące i wykorzystuję ten czas na samotność w toalecie, delektuję się ciszą i gotuję drugie. No bo: „mamo, a dziś nie ma mięska”? Postanawiam się wykpić pierogami z truskawkami z paczki. Najwyżej na kolację będzie parówa, choć Szanowny twierdzi, że z mięsem ma ona niewiele wspólnego.

Wstają. Po godzinie usypiania, 22 minuty drzemki sprawiają, że oczy mi wilgotnieją. Ze szczęścia, że nic nie zdążyłam zrobić, i że resztę dnia mogę być Strażakiem Samem bądź Romeo Pj Mask.

Zapomniałam jeszcze o sprzątaniu, ale to, kuszona chwilą spokoju zostawiam na wieczór po powrocie z pracy.
Wraca Szanowny i prawie tak samo jak maluchy cieszy się z pierogów. Mniej z parówek.

Wychodzę do pracy. Kiedy się przebieram widzę, że te nieszczęsne leginsy zdobi plama po bananie, a środek czoła olbrzymi pryszcz. Uśmiecham się, ściskam poślady i spędzam w pracy 3h.

Kiedy wracam śpią. Szanowny też.
Klnę się za to odłożenie sprzątania i tłukę się w ten durny łeb sięgając po mopa. Dochodzi 22. Idę obudzić Szanownego i dać buziaka dzieciom.

Śpią. Wyglądają jak aniołki. No kto by pomyślał. Serce mi miękkie, a oczy podchodzą łzami. Kocham ich. Wszystkich.

Narzekam? Nie. Pokazuje jak jest naprawdę. I mimo wszystko uwielbiam to życie. Uwielbiam to zamieszanie, ten gwar, ten zapieprz. To moje ulubione z żyć. A miałam ich kilka. Byłam kiedyś singlem, studentem, a nawet bizneswoman.

A teraz jestem mamą i żona.

I to moje ulubione z żyć. ❤️

Na psa urok… 😉

Co to był za dzień.

Wychodzę wczoraj z pracy, a pod bramą czeka S i już przez szybę woła spanikowany:

S: Ania, dzieci zasnęły. Mama z nimi została. Wskakuj szybko, bo musimy jechać do sklepu.
Ja: O losie, po co? Co się stało?
S: Zgubiliśmy Felusiowego pieska.

Uwierzcie mi, mój świat się na chwilkę zatrzymał. Serce zaczęło mi walić i już widziałam rozpacz Felcia. Bo my już mu kiedyś jednego pieska zgubiliśmy. Felek przeżył wtedy dramat, a ja jak się dobrze wsłucham, to jeszcze w uszach słyszę jego płacz. Tamtego nie znaleźliśmy i właśnie tego dostał na pocieszenie.

Wsiadłam szybko do auta, a S ruszył z piskiem opon i starał się w skrócie wyjaśnić przyczyny tej tragedii.

S: Przeszukaliśmy wszystko, ale nigdzie go nie ma. Chyba w sklepie został. Felek szukał z nami, choć ciągle mówi, że gdzieś schował. Zasnął teraz, ciągle o niego pytał więc nie wiem co będzie, jak wstanie.

W sklepie prawie biegiem, od razu dopadliśmy do regału z pieskami. Był. Ostatni.

S: Ania, to na pewno ten? Jakiś podobny, ale inny.
Ja: Tak, to na bank ten. Tylko czysty, temu taki puszysty jeszcze.

Wróciliśmy do domu, obcięliśmy metkę, a w tym czasie teściowa przeczesywała jeszcze salon i znalazła starego. Pod sofą był. Ale skoro mieliśmy dwa, to w między czasie uknuliśmy z S szpetny i niecny plan, żeby Felkowi dać nowego, a starego uprać w końcu i mieć na zmianę.
Dumni z siebie, przybiliśmy piątki, ja schowałam starego psa, nowego postawiłam w salonie na ławie, a S pojechał do pracy.

Kiedy po przebudzeniu z drzemki Felutek od razu zapytał o pieska, z dumą zniosłam go na dół i pokazałam na stolik. Felek zrobił oczy, popatrzył na mnie zdziwiony, popatrzył na pieska i jak nie zapłacze.

F: CO SIĘ STAŁO Z MOIM PIESKIEM?

Kuźwa, poznał. Wpadł w histerię. Biegiem ruszyłam na przedpokój, odszukałam starego i pełna pokory podałam Felkowi wciskając kolejne kłamstwo.

Ja: Jest, jest, tylko mama go poczesała. Już jest Twój piesek. Znalazł się.
F: Gdzie był?
Ja: Pod sofą?
F: A gdzie tamten?
Ja: Ale który?
F: Ten poczesany. Przynieś mi go. Skąd on się tu wziął?
Ja: Przyszedł, bo słyszał, że zgubiłeś pieska. Chciał Ci pomóc szukać, bo to jego brat chyba, bo taki podobny.
F: Fajny jest ten braciszek. Z tym też będę spał i wszędzie chodził.
Ja: Może jeden będzie zostawał i domku pilnował?
F: Nie, dwa będą ze mną chodzić.

Starzy brawo za przebiegłość, plan był prawdziwie misterny i opracowany jak na dwóch geniuszów przystało. Szkoda tylko, że nie zakładał porażki i pilnowania teraz dwóch piesków, a jak widać z jednym był spory problem. Planowanie level expert.

Pod wiatr 😊

Ciężko mi czasem.

Tak zwyczajnie trudno.

Dwójka małych dzieci, praca, dom, gotowanie, sprzątanie i do tego ciągle jakieś remonty. Wiecznie w biegu, wszędzie, zawsze i ze wszystkim na ostatnią chwilę.

Ale mimo tego jestem szczęśliwa. Tak bardzo, jak bardzo bywam zmęczona.

I to nie tak, że się nie wkurzam na Szanownego. Wkurzam milion razy dziennie. Dzieci mi wchodzą na głowę i nie raz na nie nawrzeszczę. Ale mimo tego i z całym tym naszym kramem jestem szczęśliwa.

Dużo łatwiej mi to szczęście było „odnaleźć” jak przestałam porównywać swoje życie i siebie z innymi.

Przestałam wymagać od S, żeby był księciem z bajki, skoro mi samej do bycia księżniczką zupełnie nie po drodze.

Przestałam wychowywać na siłę dzieci na aniołki, skoro sama jestem jak diablica.

Przestałam wymagać od siebie wygladu Barbi, kiedy duchowo szybciej mi do Gessler.

I mimo, że nie raz zaklnę nadeptując na klocek i przedzieram się przez dom jak Bear Grylls przez dżunglę, to wolę taki domowy bajzel niż życie w „muzeum”.

Przestałam porównywać swoje życie. Nie chcę dostawać złota, a w sercu czuć smutek. Wolę usłyszeć „kocham Cię wredoto” i dostać trzy piękne kaktusy niż kupione na kredyt 10000 róż.

Nie marzę już o życiu w bajce, nie marzę o zmianach i o nieosiągalnym. I to nie chodzi o brak ambicji. Chodzi o życie nie na siłę, nie na pokaz. Sięgam po to co mam i to co mam szanuję. Staram się każdego dnia. Każdego dnia dostrzegam małe gesty, małe słowa. Nie oczekuję. Nie czuję się wiecznie zawiedziona i niezadowolona.

Życie jest za krótkie, żeby się dopasowywać do kogoś. Musi pasować Tobie, a nie innym. Lepiej żyć po swojemu nieidealnie, niż sztucznie się wzorując.

Żyj po swojemu. Nie jak wszyscy.

Denerwuj się, nie sprzątaj czasem, jedz pizzę z zamrażarki i pij piwo z butelki, pokłóć się z mężem, wyjedz dzieciom czekoladę, obejrzyj telenowelę.

Bo życie, życie jest nowelą…, a nie harlekinem. 😉

Mój Anioł ❤️

Mało Ją pamiętam. Pamiętam Ją tylko ze szpitala, pogrzebu. Długo miałam do siebie o to żal. Ale ponoć byłam malutka. Miałam 6 lat jak umarła.

Mama bardzo chorowała. Jeździła od lekarza do lekarza. Zmarła na raka w wieku 36 lat. Miała życie przed sobą. Życie z nami. Odeszła i zostawiła tatę, mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Długo nie umiałam zrozumieć swojej straty, choć zawsze byłam mocno spragniona miłości. Tata bardzo się starał, żeby niczego nam nie brakowało. Kocha nas bardzo, wiem to. Ja jego też, choć zawsze trudno nam było wyrazić uczucia.

Brakowało mi słów „kocham Cię”. Siostra i brat starali się całe życie, bym chyba jako najmłodsza wiedziała, że nie jestem sama. Pomagali mi, wyciągali z problemów, pożyczali kasę. I często powtarzali, że kochają.

Tata ożenił się po raz drugi, miałam drugą mamę i rodzina powiększyła się nam o trójkę starszego rodzeństwa. Fajnie było. Miałam dzieciństwo.

Ale cały czas czułam jej brak. Czasem myślałam o tym czy mnie widzi, czy na mnie patrzy.

Kiedy pojawiają się problemy zawsze z „nią gadam”, proszę o pomoc. Proszę, żeby mnie pilnowała. Żebym się w nic nie wpakowała i żeby nade mną czuwała.

Nie raz zastanawiałam się jakby wyglądało moje życie jakby żyła. Jakie byłyby nasze relacje. Czy śmiała by się ze mnie i rodzeństwa jak się wydurniamy i żartujemy? Czy dumna byłaby w wnuka i z 4 wnuczek? Czy dumna byłaby z nas, że sobie daliśmy radę.

I wiecie co, myślę że tak. Myślę, że skoro wyszła za mojego tatę, to miała poczucie humoru, myślę że skoro miała nas trójkę to kochała dzieci i myślę, że patrzy teraz na nas z dumą. Że mimo, że jest daleko to kocha nas tak samo mocno jak my ją. Myślę, że widzi, wspiera i pomaga.

I że wie, że strasznie mi przykro, że Święto Zmarłych spędzę w pracy na obczyźnie. Wybaczy, że nie mogę jej odwiedzić w tym roku na cmentarzu.

I że wie, że zawsze w moim sercu zajmuje miejsce, którego nikt, nigdy nie da rady zastąpić. Kocham Cię mamo. Kiedyś się jeszcze spotkamy i wszystko mi opowiesz. A teraz zerkaj na nas i nas pilnuj. ❤️

Bywa różnie… 😊

Nie lubię jesieni. Już bardziej wolę zimę. Chlapa, deszcz i przesiadywanie w domu jest nie dla mnie. Strasznie mnie taka pogoda wycisza i skłania do przemyśleń. A umówmy się, ja jestem typową blondynką i z myśleniem mi nie do twarzy.

Zdarza mi się takiej zamyślonej pójść do pracy. Od drzwi zostaje zasypana pytaniami: co mi się stało? Czy coś mi dolega? Czy mam jakiś problemy?

Po kilku minutach jest już tylko gorzej. Dostaje mi się, że blogerce nie wypada mieć gorszych dni, i że to jakby nie współgra, że na blogu zawsze śmieszkuję, a w rzeczywistości jestem ponurakiem.

No, ale wiecie, że kto z kim przystaje, taki się staje. A u mnie w pracy ponurak, ponuraka, ponurakiem pogania. Jakby to rozumiem, bo co może być pogodnego i inspirującego w pakowaniu wędliny w chłodni.

Więc odpływam w myślach i mam ochotę wrzeszczeć. Że jestem jak każdy, że miewam gorsze dni, że bywam wkurzona. Nie zawsze chce mi się wygłupiać, zabawiać wszystkich i czasem czuję się zwyczajnie do dupy.

Bo to, że czasem napiszę coś wesołego, nie znaczy, że nie mam problemów. Ja też się martwię rachunkami i opłatami, mój mąż też bywa trudny, a i dzieciom zdarza się dać mi popalić. Czasem po nocy bez snu, całym dniu wrzasków i przekomarzań naprawdę miewam dość. Kiedy po raz 78 kopię w tego samego klocka małym palcem i 13 raz tego samego dnia odkurzam ryż z sofy – miewam dość.

Miewam gorsze dni, miewam gorsze samopoczucie i miewam gorszy wygląd. I czasem mi z tym gorzej, zwyczajnie jest dobrze. Nawet jak pokłócę się z S czy nakrzyczę na dzieci, to mimo, że mi z tym źle, to wiem, że to dobre. Że lepiej mieć swoje zwyczajne i nudne, a czasem nieznośne, ale prawdziwe życie, niż życie na pokaz. Bo ja jak jestem zła, wkurzona i „zagotowana” to sąsiad obok ogrzewanie wyłącza, a drugi odwołuje dostawę węgla na zimę. Nie ukrywam. Nie piszę w tym czasie, że jest git, sztos, cool i mega, nie piszę w tym czasie, że S jest cudny, a dzieci Aniołki. Nie piszę wcale, albo piszę wtedy, że mam zły dzień i nie zawaham się go użyć.

No czasem można, bo czasem wypada, bo to ludzkie. Bo nie ma nic złego w tym, że mimo, że wszystko jest ok, Tobie jest smutno. Bo nie ma nic złego w tym, że czasem masz zwyczajnie chęć ponarzekać. Bo nie ma nic złego w tym, że jesteś czasem zwyczajnie zła.

Ja to rozumiem. Bywa różnie. Czasem bywasz zła za nic, a czasem masz ważny powód. Albo kilka powodów na raz. Bo na przykład spałaś w nocy dwie godziny, rano wyskoczył Ci na czole pryszcz gigant, dostałaś okres i na dokładkę jesteś na diecie.

Możesz być zła. Możesz. Ja pozwalam.

Weź nie pytaj… 😉

Co mi znowu odjebawszy to sama nie wiem. Co mną czasem kieruje? Dopada mnie jakiś impuls i już. Impuls ten trwa chwilę, sekundę może. To takie rażenie jak prądem. Sprawia, że podejmuję istotne i ważne decyzje bez zastanowienia. Sama sobie się potem dziwię. I zastanawiam, tak jak teraz właśnie, co mi odbija. No, bo kuźwa powodowana impulsem to ja mogę buty w minutę kupić, lub eklerkę zeżreć (albo i dwie). Ale nie decydować o swojej przyszłości. A moja właśnie leży na szali.

Ale od początku.

Poszłam z Bubusią do fryzjera. Chciałam jej skrócić grzywkę, bo już była taka długa, że w oczki wchodziła. Felka posadziłam na sofie z moim telefonem, a Bubusię wzięłam na kolana i usiadłam w fotelu. W 3 sekundy było po sprawie. Jedno szybkie cięcie i grzywka była obcięta. I kiedy tak siedziałam na fotelu, a Buba stała przy mnie i podziwiała nową fryzurę w lusterku powiedziałam do Pani fryzjerki.:

Ja: A mogłaby Pani mi też obciąć grzywkę?

Jak tylko te słowa padły z moich ust to już wiedziałam, że to była bardzo zła decyzja. Impulsywna, nieprzemyślana, pochopna.

Obcięła mnie jak Bubę. Jednym cięciem. Na równo. Jakby pod garnek. Wyglądałam jak ten gość z filmu „Głupi i głupszy”. Byłam zła na siebie jak cholera.
Już wyobrażałam sobie jak ta centymetrowa grzywka prezentuje się rano po 3 h snu z maluchami.

Od fryzjera wyszłam ze łzami w oczach i z brzmiącym w uszach śmiechem Felusia: jak Ty wyglądasz mamusiu.
W domu poszłam od razu do łazienki. Próbowałam ją jakoś naciągnąć, prostować i przekładać. Na nic. Wyglądałam jak przychlast. Ostatecznie wzięłam nożyczki i próbowałam sprawę ratować.

I powiem Wam, że chyba się jednak nie udało, bo S jak wrócił z pracy i mnie zobaczył to krzyknął:

S: Boże, Ania co Ci się stało?

Mam nauczkę. Kolejną. Ale z drugiej strony włosy nie zęby. Będzie mnie tu więc trochę mniej. I nie, nie martwcie się, że znikam. Czekam. Aż mi mózg wróci i grzywka odrośnie.

#pogadANKI: siła perswazji 😉

Dostaję od Was wiele wiadomości z zapytaniem jak to robimy, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Jak to się dzieje, że się nie kłócimy i się zawsze dogadujemy.

Pfff. Dziewczyny, nic bardziej mylnego. My się wiecznie sprzeczamy. Czasem tak mnie wkurza Szanowny, że krew mi się gotuje. I tak bardzo jak go kocham, tak samo mocno mam niekiedy ochotę go udusić. I uwierzcie mi, że to jest najbardziej humanitarne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy.

Po 6 latach razem wypracowaliśmy w sobie takie zachowania, które potrafią rozwiązać problem i rozładować atmosferę. Mnie pomaga jak Szanownemu pogrożę, a Szanownemu jak się pośmieję. Podzielę się z Wami jak grozić nie grożąc i jak sprawić by mąż nie zawsze wiedział czy żartujesz czy mówisz serio.

➡️ Są czasami zwykłe niejasności w których rozwiązaniu pomaga uczciwość. Uczciwie zakomunikuj małżonkowi, że to twoje pierwsze małżeństwo i jeszcze nie masz wprawy, ale z każdym następnym będzie już lepiej i łatwiej.

➡️ Czasem przy opornej materii zwaną Szanownym, pomaga delikatna groźba. Kiedy po raz 100 w miesiącu mówisz mu np. nie spóźnij się z pracy, rzuć coś w stylu: nie ręczę za siebie lub czyjaś głowa zaraz poleci.

➡️ Przy wymyślaniu, że nie ma obiadu czy bałagan wszędzie, bądź co gorsza pytania, co robiłaś pół dnia nie nakręcaj się specjalnie, tylko mów prosto z mostu: źle Ci? Bo jeśli tak to zawszę mogę unieszczęśliwiać kogoś innego.

➡️ Ja mam dodatkową opcję i nie waham się z niej korzystać. Często używam ciosów poniżej pasa i ostentacyjnie informuję, że jeśli będzie zadzierał z blogerem to w następnym wpisie będzie miał wszy albo przynajmniej hemoroidy. Ty możesz nastraszyć teściową. Ponoć niektóre bywają gorsze jak wszy i hemoroidy razem wzięte.

Jeśli dalej Szanownym się w głowie przewraca i nie docierają wymienione wyżej subtelne aluzje i siła perswazji to wyciągnijciee działo. Pamiętajcie tylko, że nie można grozić bezpośrednio, nie dajcie się na niczym złapać. Dobierajcie słowa tak, by Szanowny poczuł niepokój, a nie strach. Żeby zrozumiał, że sprawa jest poważna, niecierpiąca zwłoki. Choć w tym wypadku to właśnie te zwłoki macie na myśli.

➡️ Bronią ostateczną jest na luzaku rzucony tekst: „Taki jesteś cwaniak? To ciekawe jak za chwilę, połamaną ręką, wpiszesz w szpitalu w ankiecie pod rubryką stan cywilny: rozwodnik.

I nawet jeśli usłyszysz, że jeżeli się nie uspokoisz to on w tej rubryce równie dobrze może wpisać wdowiec, nie poddawaj się. Zło nie śpi. Niech wie, że ma do czynienia z nieprzewidywalną materią.