#pogadANKI: wyczucie chwili 😉

Dzieci jak wiecie mają swój rytm. Ustalony, wyuczony i konsekwentny, który pozwala Wam cieszyć się chwilą codziennie o 20-tej kiedy śpią, a rano kląć na czym świat stoi, kiedy o 5-tej wstają wyspane.

Do rytmu też dochodzi rutyna. Dzieci lubią rutynę. Wiedzą, że zawsze po kąpieli jest wieczorynka i mycie zębów. Ale wiedzą też, że na każdych zakupach spożywczych wyżebrają jajko niespodziankę.

Dzieci mają też coś takiego, niezwykłego, nieprzewidywalnego i indywidualnego. A mianowicie wyczucie chwili. Coś co wychodzi im doskonale. Mają tę umiejętność we krwi i doskonalą ją z niesamowitą łatwością.

Moje są w tej dzuedzinie mistrzami. Zapraszam na #pogadANKI. 😉

Oto trzy najczęstsze sytuacje, które są nieprzewidywalne w czasie, acz pojawiają się często. Mój Tata zawsze mówi: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. 😉

Ja powiedzenie przerobiłam i w naszym domu używamy: strzeżcie się starzy, zaraz się wydarzy.

1. Prysznic.

Zawsze jak S ma na popołudnie sama kąpię maluchy i układam do snu. Czasem ze swoim prysznicem czekam na niego, ale zdarza mu się bardzo późno wracać, więc ryzykuję i idę sama.

Przed wejściem upewniam się, że smacznie śpią. Oddychają rytmicznie, nawet nie drgną. Śpią jak niedźwiedzie. Przejeżdżający pociąg by nie obudził.

Włączam elektroniczną nianię z kamerą, ustawiam w łazience i odkręcam wodę. Nauczona doświadczeniem prysznic zajmuje mi max. 5 minut.

Najgorzej jeśli muszę umyć włosy. To już nawet nie o estetykę chodzi, ale o higienę zwykłą. Raz można nie umyć, dwa, a nawet trzy razy. Ale w końcu z domu trzeba wyjść, ludziom się pokazać, a głupio jak z włosów tłuszcz kapie jak fluki przy katarze. Muszę więc umyć. Moczę, szampon, pienię i słyszę w niani płacz.

Zawsze. No zawsze. Niezależnie od pory. Zawsze kiedy mam szampon na włosach. Wyczucie chwili. Lecę goła, mokra i zapieniona. Dosłownie zapieniona. Wpadam na górę – śpią.

2. Ciasto

Często jak maluchy mają wspólną drzemkę, to nachodzi mnie taka myśl żeby im upiec ciasto, albo zrobić kluski śląskie lub kopytka. Durna to myśl, bo mogłabym odpocząć, ale jak napisałam wcześniej, nachodzi mnie.

Wszystko szykuję sobie w trakcie i kiedy tylko zasną zbiegam na dół wymieszać. Ręka w ciasto i gniotę, a z góry: „Mamo?”.

I na 99% wiem, że nie muszę lecieć, ale ten 1% krzyczy: „Rusz dupę i leć! Spadną Ci z łózka przez Twoje lenistwo”. Już oczami wyobraźni widzę porozcinane głowy i smarki z płaczu.

Lecę więc. Jak Korzeniowski niby zapieprzam, ale idąc biegnę, bo boję się nakapać. W końcu ręka po łokieć uwalona w cieście. Wpadam – śpią.

3. Kupa.

Zawsze pojawia się wtedy, kiedy jesteś z dwójką w pojedynkę i masz 100% pewność, że jej nie powinno być. Kiedy wychodzisz z lidla objuczona siatami jak wielbłąd, nogą popychasz wózek, a z mroku wyłania się: „Mamo chcę kupę”.

Toaleta jedynka, nie ma miejsca na wózek, że o Tobie i siatach nie wspomnę. Czesto też zdarza się w autobusie. Jest to jedno zdanie, które wypowiedziane w niewłaściwym czasie, potrafi w sekundę zalać mi plecy zimnym potem i pozwala zacząć panikować. Panikować!!!

Dobrym miejscem jest też kościół czy autostrada. Na autostradzie to ja lubię nawet, bo śmiesznie jest widzieć, jak S kombinuje z potem na czole. Najczęściej kończy się to fałszywym alarmem, ale zawsze się boję, że jak nie zareaguję to dopiero będzie plama. 😜😉

Chwytamy chwile 😉

Wstałam ostatnio rano, po całych 4 godzinach snu, zmęczona, z bólem głowy jak po ciężkim kacu i ledwo przytomna. I nagle w moim półprzytomnym mózgu zaczęła się kołatać myśl. Najpierw delikatnie, obijała się o potylicę, by po chwili przywalić z pełną mocą.

Urlop! Potrzebujemy urlopu! Kilka dni odpoczynku, oderwania się, odsapnięcia. Bez stresu, lekarzy i pracy.

Ta myśl właśnie pozwoliła mi się zerwać z wyra, pójść ochoczo do pracy i wymyślić plan działania.
Plan działania był mi potrzebny, bo już w myślach słyszałam głos rozsądku, który dziwnym zbiegiem okoliczności należał do S i mówił: „Ania, opanuj się. Nas na to nie stać”.

Policzyłam, pokalkulowałam i pokombinowałam, że jak przez najbliższe tygodnie wezmę nadgodziny w weekendy i swoje oszczędności (typu zaskórniak) przeznaczę na wyjazd to coś skromnego i bez szaleństw, ale zarezerwować się uda. A jakby udało się od S wyciągnąć jego zaskórniaki, to jakoś byśmy dali radę. I może wystarczyłoby na jakieś drobne szaleństwo.

Naszprycowana argumentami jak dobry bigos mięsem, postanowiłam działać.

Ja: S nam jest urlop potrzebny. Bo padamy na cycki. To były ciężkie 2 miesiące. Nie mamy siły, za to ciągle się złościmy. Brakuje nam cierpliwości. Musimy odpocząć. Życie nam przez pale przecieka. Pora, żeby chwytać chwile.  Cieszyć się sobą i dziećmi. Ciągle w biegu, mijamy się w drzwiach i nie mamy na nic czasu. Może pora troszkę pożyć?

S: Tak, zgadzam się, może uda się gdzieś pojechać na 2 czy 3 dni.
Ja: A może byśmy polecieli do Hiszpanii albo Grecji na tydzień.
S: Marzenia. Nie stać nas.
Ja: S ja policzyłam, pokombinowałam i na tydzień w jakimś niedrogim hotelu byśmy dali radę.
S: Ania, no nie wiem. Mamy takie wydatki. Może uda się gdzieś tu na dłuższy weekend wyjechać.
Ja: S i wydany 400 funtów na 3 dni, a ja dalej będę stała w garach. A jak polecimy to nie będziemy się tydzień martwić, co na obiad i kto zmywa.
S: Ania.
Ja: 7 dni razem, non stop, bez pracy i zmartwień.
S: Ania, no jest to kuszące.

S się zamyślił i wiedziałam, że to jest pora, żeby wyciągnąć z kieszeni ostatni, acz najważniejszy argument.

Ja: Pospalibyśmy. Pomyśl, oni spać i my spać, bo nie trzeba gotować i sprzątać. Ba! Oni na drzemkę i my z nimi. To byłoby 7 przespanych nocy. Może nawet po 7 godzin snu dziennie.
S: Bukuj.

Truskawkowe pole 😉

Kilka dni temu pojechaliśmy na farmę zrywać truskawki. Super miejsce. Dostajesz koszyk w rękę, idziesz na pole, zrywasz ile chcesz i jakie chcesz, a przy wyjściu płacisz.

Dzieciaki były zachwycone. Felutek zrywał truskawy do wiadra, a Bubusia wyjadała prosto z krzaka. S rył między pędami jak ryjówka, a ja sama nie mogłam uwierzyć, że można z niczego, zrobić tak fajną atrakcję dla całej rodziny.

Nazbieraliśmy całe wiadro i poszliśmy się rozejrzeć po farmie, bo stał szyld, że można było zbierać też maliny, porzeczki i inne pyszności.

Kiedy przeszliśmy przez plantację truskawek i weszliśmy na podwórko gospodarcze, w oczy rzucił się olbrzymi traktor.

Felutek: Wow, tatusiu patrz jaki wielki. Możemy zobaczyć?
S: Nie synku, to teren prywatny.

Rozejrzałam się za informacją, że właśnie wtargneliśmy na czyjeś podwórko, za bramą, czy choćby za psem. Nic. Teren otwarty. Żadnych znaków, zakazów.

Ja: S, ale tu nigdzie nie jest napisane, że nie można.
S: Ania, ale tu są warsztaty, magazyny. Nie wiem czy ludzie sobie życzą, żebyśmy im tu łazili.
Ja: S my tym ludziom po polu chodzimy, ich truskawki zbieramy, naprawdę myślisz, że ciągnik nam zabronią zobaczyć. Zawsze można spytać.
S: Ania po pierwsze to traktor. Po drugie kogo? Tyle ludzi tu chodzi, że nie wiadomo kto to kto.
Ja: Ty jak zawsze wymyślisz.
S: A Ty jak zawsze się wszędzie wpychasz.

Stoimy tak na środku gospodarstwa i prawie się kłócimy.

Ja: Pamiętaj, że zawsze warto zapytać. Najwyżej odmówią. Nic nie tracisz, a możesz skorzystać.

I w tym momencie przeszedł koło nas pracownik farmy. Spojrzałam na S wymownie i prawie popchnęłam go w jego stronę. S na lekkim fochu, ale poszedł i zapytał. Wraca i mówi do Felusia.

S: Idziemy na traktor synku?
F: A można?
S: Pewnie synku, tatuś zapytał i Pan nam pozwolił. Zawsze warto zapytać, to nic nie kosztuje. I zawsze jak ktoś coś załatwi, albo się postara to ładnie jest powiedzieć dziękuję. Wiesz synku?

F: Wiem tato… Dzięki mamusiu.

Złota rączka 😉

Pisałam Wam ostatnio, że przy dwóch maluchach piorę codziennie lub prawie codziennie. Pralkę mam już wysłużoną, była w mieszkaniu jak się wprowadziliśmy. Płynu do płukania nie pobiera, ale działa. Zawsze są jakieś pilniejsze wydatki.

Od jakiegoś czasu rączka bardzo ciężko chodziła i trzeba było się bardzo natrudzić, żeby pralkę w ogóle otworzyć.

Ja: S pralka się psuje. Te drzwiczki się w końcu połamią. Trzeba się rozejrzeć powoli za nową.
S: Ania, póki pierze niech pierze. Teraz strasznie zły moment. Z kasą w dupie jesteśmy.
Ja: S wiem, ale nigdy nie będzie dobrego momentu, żeby wydać 200 funtów.

Przez kilka kolejnych dni, pogoda dopisywała, a ja prałam. Prałam i prałam i prałam. Tak pięknie schło, że pościele, ręczniki, a nawet tipi dzieciom wyprałam.

W sobotę rano, załadowałam pralkę ciuchami i zajęłam się obiadem. Kiedy wyprała, złapałam za drzwiczki… i rączka została mi w dłoni. Szlag. Cholera jasna. Mogłam poczekać. S by otworzył i byłoby na niego. A tak nie dość, że na mnie to i się przyznać muszę.

Popatrzyłam, pogmerałam i posprawdzałam, czy nie da się jakoś włożyć i udać, że nic nie wiem. Ale nie. Urwałam i już.
Jeszcze kombinowałam z tą rączka, kiedy do kuchni wszedł S.

S: No to pięknie.
Ja: Ale ja przecież nie specjalnie urwałam. Lekko dotknęłam.
S: No ja wiem Ania. Nie Twoja wina.
Ja: I co teraz zrobić? Jak pranie wyjąć?
S: Nie wiem. Popatrzę zaraz. A Ty idź szukać nowej pralki.

O jak ja się ucieszyłam. Niby nieszczęście, ale szczęście. Aż mnie nosiło, a myśli po glowie krzyczały: „W końcu nową kupię. Bajerancką, ale nie za bardzo, żebym obsłużyć umiała. Jakąś taką fajną. I może, żeby miała funkcję bez prasowania. I płyn będzie pobierać”.

Te myśli tak krzyczały, że dopiero po jakimś czasie dotarły do mnie wołania S.

S: Słuchaj Ania. Otworzyłem. Znalazłem sposób i na razie działa. Póki jest możliwość korzystać jeszcze z tej, to korzystaj.
Ja: S, ale mówiłeś, że nową. Ja już wizję miałam. Ucieszyłam się już nawet.
S: Ania, ale teraz jest ciężko kasą. Ta działa. Naprawiłem.

Naprawił.

bty

Zamiennik 😉

Świat oszalał.

Ja Wam to mówię, jako pełnoprawna wariatka. Że oszalał. Na punkcie diet, fit i lajt. Dopóki mnie to nie dotyczyło, to zwyczajnie to olewałam.

Żeby nie było, to ja wcale nie propaguję otyłości i choroby, nie o to mi chodzi. Mi chodzi o bycie sobą, normalną, szczęśliwą. Bez ciągłego gnania, żeby dopasować się wizerunkiem do innych. Odchudzam się, a i owszem, ale najczęściej od poniedziałku, a i nie dłużej niż tydzień.

Gruba byłam zawsze. Od liceum dupa mi rosła, choć teraz tak naprawdę chciałabym być tak gruba jak mi się wtedy wydawało, że jestem . Przed ślubem rzucanie fajek i dieta i do ślubu udało się osiągnąć wagę 65 kg. Pierwszy raz od czasu ukończenia podstawówki.

Potem dwójka dzieci i mi się przytyło. Rozeszło się mi to tu, to ówdzie. Nabrałam masy, puszystości i gabarytów. Ale zaparłam się. Schudłam te 30 kilo po porodach, ale jak ja się katowałam dziewczyny. Nie jadłam, wąchałam tylko, no i ćwiczyłam. Codziennie siłka, bieganie. Dalej mam 28 kg nadwagi, ale na siłkę brakuje już czasu, no i jeść zaczęłam.

No, ale do brzegu.

Kilka dni temu zajrzałam do polskiego sklepu, bo nam się majonez skończył. Od lat używamy Winiary. Przeszłam cały sklep i nie ma. Na sklepie zauważyłam Panią z obsługi:

Ja: Przepraszam, czy jest majonez Winiary?

Dziewczyna na oko 30 lat, wzrost jakieś 170 cm i waga 40 kilo zmierzyła mnie wzrokiem mówiącym: „Taka gruba, a majonezu szuka?”. Ja za to 164 cm wzrostu 88 kg wagi, zmierzyłam ją wzrokiem mówiącym: „Czy ona wie, że ona jest w pasie węższa niż ja w udzie?” .

Eks: Wie Pani, nie ma. Skończył się nam. Ale mamy pyszny jogurt grecki. Można zamienić. Jest bardzo smaczny. Bez tłuszczu i gęsty jak majonez.

Wywaliłam na nią oczy, bo nie do końca zrozumiałam, o co jej chodzi. A słowo zamiennik działa na mnie lekko przerażająco, po tym jak z mąki bezglutenowej kopytka robiłam. Spaliłam garnek, włączyłam alarm przeciwpożarowy i połamałam dwie łyżki tą wielką kopytkę odklejając od dna. Więc już lekko przeczulona pytam.:

Ja: Ale jak to zamienić?

Eks: Zamiast majonezu można wszędzie jogurt dodawać. Do wszystkiego się nadaje.

Ja: A to może Kielecki jest?

Eks: I do sałatek i do zupy.

Ja: A Mosso?

Eks: Zero kalorii. A smak ten sam. Nie poczuje Pani różnicy.

Ja: Ok. A jadła Pani kiedyś parówkę z jogurtem?

Mówię Wam, że świat zwariował.

Nic bez niego 😉

Postanowiłam odciąć pępowinę. Biłam się z myślami kilka dni, ale uważam, że już czas najwyższy. Ciągle wszystko razem. Do sklepu, na zakupy, do lekarzy.

Dość. Musi się nauczyć sam zostawać, bo niedługo będzie problem. Ciężko mi, bo sama też się przyzwyczaiłam, bo nic bez niego.

Jeszcze nie wiem tylko jak to zrobić. Nie chcę, żeby to było zbyt drastyczne. Może przeżyć szok czy traumę. On jeszcze nie do końca wszystko rozumie. Dużo zmian ostatnio i nie chcę żeby czuł się zagubiony.

Ale to już pora. On trochę odpocznie ode mnie, a i ja będę miała chwilę oddechu. Powoli się uda. Najgorzej będzie na początku, ale spróbujemy małymi kroczkami.

Zaczęłam od wczoraj. Wyszłam sama z Bubusią na damski spacer i sesję zdjęciową, a chłopaki zostali sami. Bawiłyśmy się super, a w domu Felutek przywitał nas uśmiechem.

Ja: Felutku jak było z tatusiem?
F: Super mamusiu.

Popatrzyłam na S. Minę miał nieszczęśliwą. Nawet powiedziałabym taką w stronę focha. Naburmuszony patrzył na mnie z pod byka.

Ja: A Ty S, co taki nachmurzony?
S: Dzwoniłem do Ciebie. Czemu nie odebrałaś?
Ja: Nie słyszałam. A co chciałeś?
S: Zapytać o której będziecie, bo długo Was nie było.

Słyszałam o tym. Często się tak zdarza przy przecięciu pępowiny. To tzw. lęk separacyjny 😉.

Bo nie zawsze jest słodko…

Mamy za sobą bardzo trudne dwa miesiące. Najpierw zachorowała Buba. Drugi raz ospa dała nam popalić ze zdwojoną siła. Mała płakała dzień i noc, a my nie spaliśmy i próbowaliśmy jakoś ulżyć jej w cierpieniu. Przez całe dwa tygodnie nosiłam ją w zasadzie bez przerwy. Była u mnie na rękach jakby przyklejona klejem.

Po prawie dwutygodniowym areszcie, udało nam się urwać na spacer i pokorzystać z pogody. I kiedy już wychodziliśmy na prostą i cieszyliśmy się z każdej zagojonej krostki, ospą zaraził się Felutek.

Od razu widać było, że przejdzie jeszcze gorzej niż Buba. Temperatura, wymioty, swędzenie. Tydzień koszmaru dla niego i dla nas. Żeby mu ulżyć smarowaliśmy, głaskaliśmy i nosiliśmy na rękach. Dostał tablet, telewizor i wszystko to, co tylko było go w stanie pocieszyć i odwrócić uwagę od swędzenia.

Po ospie skakaliśmy z infekcji w infekcję, od lekarza do lekarza. Połowa naszego urlopu to był szpital i wizyty prywatne. Felutek płakał. Dużo płakał. Nie spał po nocach, a my padliśmy na pyski. Byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni.

Po kolejnych dwóch tygodniach już dochodził powoli do siebie. Ale jak to na bystrego trzylatka przystało, szybko zaczął wykorzystywać i terroryzować nas płaczem o wszystko. Płakał od rana do nocy, a mi mózg pękał.

Prośby, tłumaczenie, groźby, przekupstwa – nic nie pomagało. Rzucał się i awanturował o każdą głupotę. Trochę z choroby, a dużo przez swobodę jaką dostał.

Byłam zmęczona, naprawdę padnięta. Brakowało mi cierpliwości. Krzyczałam, a potem źle się z tym czułam. I tak w kółko.

W końcu nie wytrzymałam. Godzina 15:00, ja w piżamie, Feluś 20 kg na jednym biodrze, Buba 11 kg na drugim, śmierdząca, spocona i głodna odstawiłam dzieci na podłogę…. i się rozwyłam.

Ale jak. Chyba gdzieś aż z dna niemocy ze mnie zeszło. Wyłam, łkałam, smarkałam. Felutek uspokoił się w sekundę. Przytulił mnie i nic nie mówił, a ja tak wyłam i wyłam. Nie wiem jak długo, ale musiałam się wypłakać.

Buba bawiła się traktorem i zerkała tylko w moją stronę, a Felutek siedział i mnie pocieszał:

F: Mamo, uspokój się już. Już będę grzeczny. Już nie płacz. Ja też nie będę płakać.

Po jakimś czasie mi przeszło, choć było mi smutno i miałam straszne wyrzuty sumienia. Obiecałam sobie, że będę lepsza i bardziej cierpliwa. Pozbierałam się, wstałam z podłogi, a Felutek z poważną miną mówi:

F: Mamusiu nie możesz tak ciągle wyć i wyć, bo będzie Cię głowa bolała i będziesz brzydka.
Ja: Tak synku wiem. Przepraszam, już nie będę. Było mi smutno, ale już wszystko dobrze. Będziesz już grzeczny?
F: Tak.
Ja: To dobrze synku. Bo nie chcę tak wyć i wyć. A już na pewno nie chcę być brzydka.

Pierdoły 😉

Oj, jak mnie czasem wkurza S to masakra jakaś. Uwierzcie mi, że tak samo jak go kocham, tak samo mam ochotę udusić czasem. Bez wyrzutów sumienia żadnych.

A najczęściej to mnie wkurza takimi głupotami. Bo diabeł tkwi w pierdołach. Na poważnie też dość często mnie wkurza, ale taka akurat rola męża i z tym jego obowiązkiem ja nie dyskutuję. Zazwyczaj po prostu przemilczam (około 7 dni).

Pisałam Wam kiedyś, że zawsze po kąpieli zostawia prysznic na górze. Niereformowalny jest. Nie przetłumaczysz mu. Nie dociera zwyczajnie. I to nie tak, że ja jestem jakaś księżniczka i sama sobie zdjąć nie mogę. Mogę, ale muszę wtedy stanąć na brzeg wanny. Na brzeg? Ja? Na sam brzeżek. Ja się na brzeg płytki boję stanąć, z obawy, że wyszczerbię, a co dopiero na wannę.

Druga sprawa która mnie tak irytuje, że aż mnie trzęsie w środku to woda w czajniku. Ja jestem z czajnikiem telepatycznie powiązana i wiem, że jak on gotuje wodę to i ja się zagotuję.

Codziennie rano, schodzi na dół i pstryka czajnik. Zawsze na jedną herbatę! Zawsze no. Nigdy nie sprawdzi wcześniej ile jest wody w czajniku. Jak nie ma i nalewa, to też na styk. Bo wiadomo, że musiałby sekundę dłużej przy zlewie postać. Uwłacza mu to.

O tym, że jak zmywa czy wylewa coś do zlewu i nigdy go nie opłucze, to już nawet wspominać nie będę. Po co sobie klawiaturę strzępić.

Ale są też takie poczynania, o których ja wręcz muszę wspomnieć. Bo pękne normalnie. Otóż codziennie, codziennie, codziennie do późnych godzinach wieczornych, a najczęściej do północy sprzątam kuchnię. Zmywam, opróżniam zmywarkę, myję butelki dzieciom, szoruję kuchenkę i mopuję podłogę.

Lubię rano wstać i móc od razu robić śniadanie, a nie ogarniać syfy dnia poprzedniego. Nie raz marzy mi się, żeby odpuścić i olać, ale potem mam wyrzuty sumienia, że taki bajzel, więc dymam z tym mopem.

Szanowny ostatnio miał na raną zmianę. Zawsze wtedy wstaje o 4:30, je śniadanie (owsiankę najczęściej) ogląda chwilę „Jak to jest zrobione” i wyjeżdża do pracy.

We wtorek rano, schodzę z dzieciakami na dół, zaglądam do kuchni, a tam na umytym blacie, nad zmywarką stoi talerz po śniadaniu.
Ale żem się zagotowała. I nie żebym pamiętała o tym cały dzień, ale jak tylko wrócił to mu mówię:

Ja: Kurde, S powiedz mi proszę, co Tobą kieruje, że Ty się tak zachowujesz? Wytłumacz mi proszę, bo może ja mam za małą głowę i ona nie ogarnia. Jak to się dzieje, ze masz siłę donieść talerz do kuchni i postawić na blacie, ale nie masz już siły tego cholernego talerza do zmywarki wsadzić?
S: Nie wiem no. Śpieszyłem się.
Ja: To wstań proszę te 3 sekundy wcześniej, żeby Ci na to czasu nie zabrakło.
S: Oj weź. Ty też czasem takie rzeczy robisz.
Ja: Ja?? Przykłady? Proszę? Czekam?
S: Nie wiem teraz tak z zaskoczenia.
Ja: To zapisuj sobie.
S: Nie będę Ci konkurencji robić.

Bez skrupułów 😉

Kilka dni temu pojechaliśmy na #zwiedzANKI. Piękna pogoda, Felutek się lepiej czuł więc postanowiliśmy pokorzystać. Mimo, że plecak przyszykowaliśmy wieczorem, to jak zwykle, rano i tak wyruszyliśmy spóźnienie i najpotrzebniejsze rzeczy zbieraliśmy w biegu. Tym razem #zwiedzANKI padły na „Dom motyli”.

Z uwagi na pogodę chciałam, żeby było na zewnątrz, dużo łażenia i atrakcji dla dzieci. Koleżanka mi poleciła  że jest super, wszystko genialnie przygotowane pod dzieci, masa zabawy, a i blisko.

Zajechaliśmy na miejsce, wysiedliśmy z auta, a ja zaczęłam w plecaku szukać kremu z filtrem, bo słonko mimo rannej godziny bardzo mocno grzało.

Ja: Kocie, krem widziałeś?
S: Nie, nie widziałem.

Nie ma. Cholera. Dzieciaki w spodenkach, roznegliżowane. No spalą mi się białasy jak nic. Na terenie był sklep, poszliśmy więc od razu w poszukiwaniu czegoś z filtrem. Nie ma. Skończył się. No szlag. Wiecznie coś. Co robić?

Felutek już podekscytowany oglądał żółwie, Buba bujała nóżkami w wózku, a mnie zżerały wyrzuty sumienia. Od razu miałam jazdy, że na pewno udaru słonecznego dostaną.

S w telefonie sprawdzał już najbliższe sklepy i apteki. Niestety w niedzielę rano wszystko było zamknięte i żeby coś kupić trzeba było wracać do miasta.

Podchodziłam właśnie do Felutka wytłumaczyć, że tata na chwilę pojedzie, a my zostaniemy, kiedy kątem oka zauważyłam kobietę.
Smarowała swoje dzieci! A w ręku trzymała cała butlę kremu. Niewiele myśląc ruszyłam do niej.

Ja: Przepraszam, ja wiem, że nie powinnam, ale zadam głupie pytanie.
K: Słucham.
Ja: Bo ja kremu z filtrem zapomniałam, a w sklepie nie ma. Boję się, że mi się dzieciaki popalą. Czy pożyczy mi Pani troszkę?
K: Pewnie.
Wysmarowałam dzieci i szczęśliwa podziękowałam kobiecie.
S patrzył na mnie tylko, kręcił głową i się uśmiechał. Wiedziałam, że zaraz się odezwie i powie, że przypałowiec jestem i szybciej robię niż myślę.
Ja: Co?
S: Ania, Ty w ogóle nie masz w sobie wstydu. Zero skrupułów.
Ja: Mam Kocie, mam skrupuły. Właśnie, że mam. Bo na ten przykład, to ja też chusteczek mokrych nie wzięłam z domu, a ta kobita miała.

Basen 😉

Ostatnio wybraliśmy się na basen. Od czasu epizodu z pierwszą ospą nie byliśmy, a że dzieciaki uwielbiają się pluskać to postanowiliśmy spróbować znowu.

Sam pomysł bardzo mi się spodobał, bo przed chorobą chodziliśmy regularnie. Gorzej było już tylko z wbiciem się w strój kąpielowy, jednoczęściowy i rozmiar 14. Kiedy to było?

Dobrze, że to guma, więc się jakoś wcisnęłam. Co prawda nie mogłam oddychać, a lajkra piła mnie wszędzie, ale czego się nie robi, żeby uszczęśliwić dzieci.

Wyglądem postanowiłam się nie przejmować, bo w końcu to rodzinne sesje i dzieci nie obchodzi czy mi się wylewa z boku, czy z przodu podwija.

Strój nie leżał na mnie jakoś specjalnie spektakularnie, ale czego z drugiej strony wymagać od 90-ciu kilogramów żywej wagi i od stroju za 5.99.

Olałam fakt, że wyglądam jak wrap. Naciągnęłam tył, naciągnęłam przód i dobra moja. Ważne, że w ogóle pasuje.

W przebieralni cak cak, przebrani my, przebrane maluchy, siku, siku, jeszcze raz siku, prysznic i wchodzimy.

Basen prawie pusty, więc byłam odważniejsza. I trochę mi ulżyło, że się woda nie przelała jak weszłam. Naprawdę się bałam, że fal narobię. Wszystko szło lepiej niż zakładałam.

Tylko nie przewidziałam jednego! To co na sucho się naciągnęło, na mokro może się ściągać.

Jak poślady naciągałam, to cyc na wierzchu. Jak cyc do góry, to majty mnie piły. Masakra jakaś. Dzieci pełno, w tym moich dwójka, a ja na środku basenu w gumę gram.

Ja: Jeju, S mnie się wszystko wylewa. Cyckami świecę, dupa na wierzchu. Stringi mi się robią. Wstyd. Chyba muszę wyjść.

S: Ania, nie przejmuj się. Nikt nie patrzy. Olej to. Nikt tu przecież nie wygląda jak ze „Słonecznego Patrolu”.

Ja: Może i nie, ale ja mam na sobie chyba nawet mniej materiału jak Pamela. A już na pewno więcej skóry.

S: Myszolku, proszę Cię. Jak zwykle przesadzasz. Nikt nawet nie zauważy. Serio, uwierz mi! To naprawdę nie Słoneczny Patrol.

Ja: S, pewnie, że nie „Słoneczny Patrol” , ale raczej też nie „Uwolnić Orkę”.