Dajcie żyć 😉

Nie wiem jak Wy, ale mi się czasem wydaje, że albo fejsbuk zakłamuje rzeczywistość, albo ze mną jest coś nie tak.

Bo ja nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś kto ma dwójkę małych dzieci codziennie rano:

– wstaje wyspany,

– czyta 100 stron książki o tym jak żyć,

– ćwiczy 45 minut minimum plus 20 minut się rozciąga,

– smaży gofry z mąki razowej

– sam gotuje powiodła, bez cukru – wiadomo,

a potem dopiero idzie budzić dzieci. I oczywiście o wszystkim tym pisze na fejsiku.

Ich dzieci wstają, same się ubierają w koronkowe sukienki, nie brudzą się przy śniadaniu i cały dzień siedzą na dywanie i grają w gry, ale tylko edukacyne, żadnych głupot.
Same się bawią i mama ma czas na uprasowanie ciuchów, pełny makijaż i kawę.

Jak już sobie to wszystko wyobrażę, to zastanawiam się czy to faktycznie ze mną jest coś nie tak.

Codziennie rano, jak słyszę, że maluchy wstały, to z nadzieją w sercu udaję, że śpię, a one się nabiorą. Zawsze liczę, że jeszcze usną, chociaż jeszcze nigdy się tak nie stało. Ale zwyczajnie boję się przegapić szansę jeśli tak kiedyś się stanie.

Z wyra się zwlekam jak zoombie i zastanawiam się, czy to już na pewno była noc, bo jakoś krótko chyba.

Potem jest ubieranie. Na śpiocha jeszcze, ale dzieciakom to nie przeszkadza. Oni są wyspani i od rana wykorzystują nagromadzony przez noc zapas energii.

Więc dramat zaczyna się od jakichś 40 minut przepychanek w stylu: proszę daj nóżkę, nie rób tak, najpierw się ubierzemy, nie idź tam, nie zdejmuj, powiem tatusiowi, uspokój się, nie mam siły tak za Tobą biegać więc przyjdź jak się namyślisz.

Potem jest śniadanie. Czyli kolejny dramat w kilku aktach. „Nie będę jadł, nie jestem głodny, chcę naleśniki”. Są więc naleśniki z dżemem (sklepowym wiadomo) lub jak bardzo głodni i nie protestują to jajko lub parówka.

Po śniadaniu się przebieramy, bo przecież to tu kapło, to tu coś wypadło. Brudni, ale najedzeni, więc to już połowa sukcesu.

Moja kolej. Lecę na górę szybko się ubrać. Przez głowę mi nie przechodzi nawet żeby prasować, no bo i w sumie co? Leginsy?

I kiedy już znajdę chwilę, miedzy zabawą w dinozaury i piżamersów, żeby sobie zrobić kawę, to i tak o niej zapomnę. I stoi tak pół dnia i czeka na podgrzanie w mikrofali.

I kiedy wreszcie ją piję, prawie ciepłą, prawie smaczną, to sobie myślę, że chyba naprawdę muszę wygospodarować czas i faktycznie poczytać, bo nie umiem żyć.

Jak inne oczywiście.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Mam i ja 😁

Kilka dni temu, wieczorem, kiedy maluchy już spały, stałam przy zlewie i zmywałam naczynia. Błądziłam myślami gdzieś daleko i nawet nie zauważyłam, że do kuchni wszedł S.

S: Ania, o czym myślisz?
Ja: Osz kurde, przestraszyłeś mnie.
S: Bujałaś w obłokach.
Ja: O bzie myślałam.
S: Boże Ania, czemu o bzie?
Ja: Bo wszyscy na Insta wystawiają zdjęcia bzu i rzepaku. Właśnie myślałam, że brakuje mi zapachu polskiego bzu.
S: No fakt, bez fajnie pachnie.
Ja: No nic, idę na górę jeszcze pranie poskładać.
S: Ok, a ja śmieci wynieść.

Na górze zajęłam się ciuchami i zapomniałam już o całej rozmowie. Okno w pokoju miałam otwarte i słyszałam jak S gniecie plastikowe butelki i segreguje śmieci. Nawet uśmiechnęłam się pod nosem z tych domowych, swojskich odgłosów i pomyślałam, że tak „brzmi” dom.

Po chwili usłyszałam jakiś dziwny dźwięk na zewnątrz. Jakieś szarpanie jakby, szmotaninę. Przestraszyłam się. Psy sąsiadów zaczęły ujadać i słychać było trzepot skrzydeł spłoszonych gołębi. Zbiegłam na dół. Usłyszałam jeszcze kilka siarczystych przekleństw. Pomyślałam, że ktoś napadł S w ogrodzie. Serce mi waliło, myśli galopowały.

Wpadam z impetem na dół, a w kuchni, odwrócony do mnie plecami, stoi S.

Ja: Jezu, co się stało?

Odwraca się, w ręku cały bukiet pieknego, fioletowego bzu, a na twarzy… szrama.

Ja: Boże S, jaki piękny. Co się stało? Skąd go masz?
S: Od sąsiada skubnąłem, tylko ciemno trochę i chyba się podrapałem.
Ja: Boże, jesteś kochany. To było mega słodkie. Kocham Cię.
S: Ania, ja Ciebie też, ale po rzepak już nie pójdę.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Siusiuuu 😉

Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy z S, że Felutek jest już na tyle dużym chłopcem,że musimy spróbować odpieluszkowania.

Pierwsza próba kilka miesięcy wcześniej okazała się niewypałem, więc tym razem do tematu podeszliśmy spokojniej. Nic nie czytalismy, nie sprawdzaliśmy i nie słuchaliśmy wszystkich radzących, tylko zdaliśmy się na intuicję.

I nie mówię, że to było złe, ale żeby jeszcze to ta właśnie intuicja prała, suszyła i składała pierwsze dwa dni.

Trzeci dzień okazał się przełomowy i Feluś załapał. Cieszyliśmy się jak dzieci, mimo że zdarzały mu się jeszcze wpadki. Problemem okazało się wyjście z domu.

Przez prawie trzy tygodnie jeździliśmy wszędzie z nocnikiem. Do lekarza, na kulki, na spacer. Zawsze pod wózkiem jeździł nocnik.

Kolejnym krokiem było sikanie na stojąco, jak tata. Z tym Felutek szybko się uwinął i teraz już we dwóch bezkarnie leją na deskę.

Problem był na podwórku. Bez toalety, bez nocnika nie było mowy. Nie chciał wysikać się pod krzaczkiem.
Co ja nie wymyślałam. Zbieraliśmy razem liście, kijki, kamyki i prosiłam, żeby obsikał. Mówiłam, że będzie to fajna zabawa. Niby chciał, ale miał blokadę.

Kilka dni temu wchodzę z pracy do domu i od drzwi Feluś melduje:

F: Nasikałem za szopkę.
Ja: Jeju, naprawdę? To wspaniale, bardzo się cieszę.
F: Jak tata.
Ja: Aha.

No i nie wiem czy S chwalić, że nauczył, czy opieprzyć, że leje w ogrodzie.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Hej wesele ❤..

W czasie urlopu w Polsce, mamy wesele w rodzinie S. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, bo spotkamy wszystkich i będzie rewelacyjna impreza, a z drugiej ciągle martwiłam się sukienką.
Ciężko dobrać fason dla kogoś kto waży prawie 90 kilo, talia mu wisi do bioder i ma sylwetkę kołka.

W sklepach nic ciekawego, same letnie kiecki, a jak już coś mi wpadło w oko, to kosztowało milion monet. Z pomocą, jak zwykle w podbramkowych sytuacjach, przyszedł S.

S: Ania, to czemu przez neta nie poszukasz? Jeszcze jest tyle czasu, że zdążysz odesłać w razie czego.
Ja: S, bo ja nie wiem jaki fason, żeby mi fałd i brzucha tak nie było widać.
S: Ania, olej. Zamów taką, jaka Ci się podoba. Nie patrz na fałdki.

Posłuchałam męża (tak, mi też się czasem zdarza) i znalazłam piękną kieckę. A do tego w moim ukochanym kolorze i modnym fasonie. Problemem okazał się rozmiar.

Ja: Znalazłam, chcesz zobaczyć?

Pokazałam, a on uznał, że bardzo fajna i niedroga.

Ja: Ale ja Kocie nie wiem jaki rozmiar. Musiałbyś mnie zmierzyć.
S: To dawaj.

S w wersji optymistycznej uznał, że z centymetrów brakuje mi tylko po 2-3 do rozmiaru 14, więc powinnam zamówić 14-tkę. Szczególnie, że 16-ka nie była dostępna.
Ucieszyłam się bardzo, że widzi mnie mniejszą, niż jestem w rzeczywistości i drugi raz jednego dnia go posłuchałam.

Dostawa była zaplanowana za 4 dni i przez te 4 dni prześladowała mnie myśl, że się nie zapnę. Nie nosiłam rozmiaru 14 od czasu porodu Felusia i jakoś czarno to widziałam.
Po 4 dniach, kiedy kurier ją dostarczył, nawet jej nie rozpakowałam. Czekałam, aż S wróci z pracy, bo wiedziałam, że mnie pocieszy w razie czego.
Jak wrócił i zobaczył, to od razu otworzył paczkę.
Sukienka była piękna. Super materiał, piękny kolor i bardzo na czasie.

S: Nakładaj.
Ja: Dobra, ale pewnie się nie zapnę.

Poszłam do łazienki, odwróciłam się do S plecami, wciągnęłam brzuch co łatwe nie było, stanęłam na palcach (co było głupie) i czekałam. S troszkę się gimnastykował, próbował kilka razy, a raz nawet sapnął.

S: Gotowe.
Ja: Zapiąłeś?
S: Tak.

Szok. Co prawda na wdechu pełnym, bez ruchu i nie było mowy o tańcu, że o jedzeniu już nie wspomnę. Ale wbiłam się! Wyglądałam trochę jak beza, ale co tam. S był zachwycony, a mnie oczarował kolor.

Całej tej sytuacji przyglądał się Felutek, ale nic się nie odzywał. Pytam go więc:

Ja: Felutku jak mama wygląda? Pasuje mi taka kiecka?
F: Nie, zdejmij mamo. Nie pasuje.
Ja: Ale to nie na teraz, to na wesele co Cioci E.
F: Nie pasuje Ci!
Ja: Synku, to co mamie pasuje?
F: Leginsy.

No więc tak, kieckę trzeba odesłać, a ja mam takie pytanie. E, mogę być na Waszym weselu w leginsach? Nie chcę, żeby dziecko straciło poczucie bezpieczeństwa czy stabilizacji, jak się matka raz do roku jak człowiek ubierze.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

#pogadANKI – fryzjer 😊

Feluś ma uraz do fryzjera. Nie wiem skąd mu się to wzięło i dlaczego tak się stało, ale ostatnie pół roku to były walki. Płacz, wrzask i lament jak tylko podchodziliśmy do salonu.
Umawialiśmy fryzjerów do domu, my do domów fryzjerów jeździliśmy. Nic. Bez szans. Wrzask, że nie, że boli. Dramat.

Z uwagi na to, że Felutek jest alergikiem, jest lato i bardzo ciepło, a i włosy ciągle w oczach, należało podjąć pewne kroki.

A, że doszły mnie słuchy, że wiele z Was boryka się z podobnym problemem więc lecimy z pogadANKAmi 😀.

1. PLAN I TAKTYKA.
Przez ostatnie dwa tygodnie codziennie idź na spacer i zajdź pod tego samego fryzjera. Otwieraj drzwi i jeśli dziecko zaczyna płakać: „że nie chce, że boi się pani” , zamykaj drzwi i odchodź. I tak dwa tygodnie.

Sądnego dnia, kiedy zdecydujesz się, że pora pożegnać czuprynę, idź pod te same drzwi. Kiedy dziecko rozpocznie swoją histerię, płacz i opętanie, Ty matka samo zło przystąp do akcji.

2. SPOKÓJ.
Kochanie, uspokój się, jak nie chcesz tutaj, to pójdziemy do innej pani, której się nie boisz. Tamta pani będzie bardzo miła i na pewno ją polubisz.

3. PRZEKUPSTWO. To jeden z najważniejszych punktów.
Obiecuj wszystko co Ci ślina na język przyniesie i jak leci. Ale cały czas nie zapominaj wspominać o włosach.
„Jak zetniesz to kupię Ci jajo i będziesz mógł wybrać sobie jakąś zabawkę na poczcie”.

4. OBIECANKI.
Obiecuj ile wlezie. Niech poniesie Cię fantazja. Wycieczki, psy, lody. W tym punkcie wszystkie chwyty dozwolone.
„Wrócimy do domu, to nalejemy basen w domu i będziesz zjeżdżał ze zjeżdżalni prosto do basenu”.

5. SZANTAŻ EMOCJONALNY.
Nie bójcie się go użyć wszak nasze dzieci trenują go na nas po kilkaset razy dziennie. Zacznij delikatnie „mamusi będzie smutno jak nie obetniesz”, po ostrą amunicję „to ja też będę płakać”.

6. I ostatnie, MYDLENIE OCZU.
Ostatnie, acz bardzo ważne. Ma na celu odwrócić uwagę. Skierować myśli w stronę gier i bajek.
” Mama wzięła tablet i telefon i będziesz mógł oglądać Maszę i Niedźwiedzia”.

Przebrnąłeś już przez wszystkie punkty? Nie pomogło niestety? U fryzjera jest dalej płacz i lament? Wycie, kopanie i szarpanie? Włosy fruwają wszędzie, a fryzjerka zaczyna się modlić?

Przetrwaj. To w najgorszym wypadku 10 minut. A jak maszynką do skóry, żeby na dłużej „starczyło” to i 7 nawet. Trzymaj, nie puszczaj, wyłącz emocje. Jemu nic nie będzie. Chociaż Ty, możesz mieć kilka dodatkowych siniaków.

Po wszystkim rozpogodzi się w sekundę, bo będzie pamiętał wszystko co mu naobiecywałaś. Bo Ty mu mówiłaś, żeby ściąć i ściął, nie mówiłaś, że spokojnie ma przy tym siedzieć.

Więc oto moja najważniejsza rada.
Nie kombinujcie, omińcie wszystkie punkty, bo naobiecujecie, a mimo wycia i histerii i tak pójdziecie na pocztę po traktor i do sklepu po jajo. A resztę popołudnia spędzicie dmuchając ten cholerny basen.

Photo by Iza.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Biała śmierć 😉😂

Ja to taka bezmleczna jestem. Mleko tylko do kawy, śmietana do zupy i ser żółty, ale tylko rozpuszczony. Nic wiecej i w żadnej innej postaci. Uraz mam z dzieciństwa. Przekarmili mnie rodzice. Twarogiem. Fuj. Wstręt mam. Jak byłam mała i chorowałam to rodzice zupę mleczną zawsze we mnie wmuszali. Ogólnie cały nabiał powoduje u mnie odruch wymiotny.

Za to mój S codziennie na śniadanie gotuje sobie owsiankę. Wstaje o 4:30 i przed pracą wsuwa całą michę. Dodaje do niej dwie łyżki dżemu, garść żurawiny i posiekane orzechy. Więc w sumie można powiedzieć, że zjada pół gara, a nie michę.

Ja za to codziennie rano na śniadanie jem parówki i wiem, że jak mój brat to czyta to się teraz za serce trzyma. Ale lubię i już.
S od dłuższego czasu namawiał mnie żebym spróbowała sobie gotować owsiankę rano, że będzie to wartościowe i ciepłe śniadanie.

Kilka dni temu stwierdziłam, że spróbuję. Ogólnie nie wyglądało to tak pięknie jak w jego wypadku, bo przy łobuzach dopiero o 12-tej udało mi się zdjąć ją z gazu. Mleko gotowałam 4 razy, a 2 razy mi wykipiało. Spaliłam też garnek.

No, ale teraz już wiem przynajmniej jaki cel w tym miał mój S. To podstęp był. Knuty miesiącami. Jak zwykle w białych rękawiczkach i bez żadnych dowodów.

On chciał mnie otruć.

Pffffeeee. Masakra jakaś. Przypomniały mi się wszystkie choroby dzieciństwa, język stanął kołkiem, a szczękościsk mam do tej pory. Zadzwoniłam do niego i mówię:

Ja: To najgorsza rzecz jaką w życiu jadłam. Pomijając twaróg. Porażka.
S: Weź Ty. Ja tam lubię. Ty po prostu Ania nie masz wyczucia smaku. Jedz te swoje parówki jak tak.
Ja: Sarkazm jest zbędny S. Żebym ja wyczucia smaku nie miała, to bym z Tobą nie była. A zamiast owsianki to już naprawdę wolę parówki. Tam to przynajmniej wiem co jem.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Ugotowani 😉

Faceci to cwaniaki są. Kombinują i to na wszystkie strony. Ostatnio mój S, też próbował.
W którąś sobotę byliśmy cały dzień poza domem. Obiad zjedliśmy na tzw. „mieście”. Na niedzielę też mieliśmy plany, więc gdy dzieciaki już zasnęły, to zabrałam się za gotowanie zupy. Do kuchni przydreptał Szanowny.

S: Co robisz?
Ja: Zupę na jutro.

Postał, pokręcił się po kuchni, coś tam pobablał pod nosem i w końcu pyta:

S: Pomóc Ci?
Ja: Pewnie, dzięki. Przygotuj garnek i wstaw wodę.
S: Który garnek?
Ja: Ten co zawsze.
S: Czyli?
Ja: Średni z kompletu.
S: A wody ile?

Ha! Cwaniak. Myśli, że mu się uda. Nie ma mowy. Wiem co się święci. Bedzie pytał tak długo i o wszystko, że w końcu się wkurzę i sama zrobię. Nie ma! Ja Ci pokażę.

Ja: Pół garnka.

Patrz no, cały nalał. Haha, no dobrze kombinuje muszę przyznać.

S: I co teraz?
Ja: Wstaw i wrzuć mięso, a potem obierz ziemniaki, proszę.
S: Na który gaz?

No w mordę. Dobry jest. Ja już się zagotowałam. Szybciej jak ta zupa. Ale nie, nie dam się. Odwróciłam się do niego z uśmiechem i mówię:

Ja: Na ten środkowy kochanie.

Stanął jak wryty. Popatrzył na mnie i też się uśmiechnął. A kiedy ja odwzajemniłam uśmiech, on parsknął śmiechem i pyta:

S: Nie udało mi się?
Ja: Niestety nie, ale nieźle Ci szło.
S: No nic trudno, muszę wymyślić coś innego.
Ja: Zdecydowanie. A najlepiej, to już zacznij wymyślać, co jutro ugotujesz na obiad.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Szpieg 😉

Psa chciałam bardzo. I nie tyle dlatego, że strasznie kocham wszystkie, to dla dzieci też chciałam. Żeby rosły z przyjacielem i miały kompana do biegania.
To się S nie zgodził.

S: Ania, to jest olbrzymi obowiązek. Dodatkowe zajęcie. Ty sobie nie zdajesz sprawy.
Ja: S nie mów do mnie jak do dziecka. Przecież wiem. Ale ja bym bardzo chciała.
S: Zima, pada czy wieje, to o 6-tej rano trzeba z psem wyjść.

Marudził i biadolił tak jeszcze kilka dni. Bo i tak już strasznie dużo na głowie mamy, bo to kolejny obowiązek będzie, bo już i tak na nic czasu nie ma.
Odpuściłam. Wiedziałam, że nie wygram.

Aż tu kilka dni temu telefon służbowy z pracy dostał. Przyniósł do domu ucieszony. I jak brał to mu nie przeszkadzało, że to kolejny obowiązek dla mnie. Że ledwo znajduję chwilę, żeby prywatny przegrzebać, a teraz jeszcze służbowy trzeba.

I ja czas muszę znaleźć teraz i wygospodarować. I 6-ta czy nie 6-ta, zima czy wieje, to ja będę musiała wiskać, jak on z psem na spacer pójdzie 😂😂😂.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Pikaczu 😉

Co ja miałam ostatnio, to nie uwierzycie.
Coś mi pika i pika w aucie. I to zawsze jak z zakupów wracam to pika.

Ja: S, no zobacz co on pika, bo mnie to denerwuje. Jechać nie mogę normalnie. Czemu nie pika jak do pracy jadę czy z? Tylko zawsze jak zakupy robię.
S: Ania, ja nie mam pojęcia co Ci tam może pikać.
Ja: Pewnie mnie opieprza, że za dużo wydałam. Taki czujnik wydatków.

I tak kilka razy. Ta sama rozmowa, to samo pikanie.

Ja: S, ale wcześniej tak nie było.
S: A tylko pika, czy coś pokazuje? Może to temperatura?
Ja: S, ja w stresie jadę, ja nie mam czasu się przyglądać. Coś miga też, ale Ty myślisz, że ja jestem głupia jakaś. To nie temperatura kurde. W końcu już lato prawie.
S: Ania, no ja nie mam pojęcia co Ci tam może pikać. No mi nigdy nie pika. Chodź, pokaż może co i jak robisz.
Ja: S, bez jaj. Wrzucam siatki i jadę.
S: A gdzie te siatki wrzucasz?
Ja: No na siedzenie pasażera, bo w bagażniku ostatnio wózek jeździ.
S: Matko jaki głupol. Ania, to że pasy nie zapięte pika.
Ja: Ale ja zawsze zapinam.
S: W siedzeniu pasażera jest czujnik, i jak stawiasz tam siatki, to on myśli, że ktoś jedzie i pasów nie zapiął.
Ja: Weź Ty nie tłumacz mi jak dla debila.

I dobrze, że się wyjaśniło. Niby takie proste, a takie głupie. Tak czy siak mądrzejsze od czujnika wydatków 🤦.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Wielkie i małe powroty ❤️

Dziś będzie trochę inaczej.
Bo czemu niby nie?

Tęsknię za Polską.
Wyjechałam 18.08.2012 roku z myślą o kilku miesiącach. „Potyram troszkę, odkuję się i wrócę”. Zostawiłam chłopaka (K pozdrawiam), zostawiłam rodzinę i zaryzykowałam.

Nie znałam angielskiego. Koka kola, makdonald i łiski to były jedyne słowa jakie znałam po angielsku.
Do dziś pękam ze śmiechu jak sobie przypomnę, że zamiast „jes” , długo mówiłam „ja”. 5 lat niemieckiego zrobiło swoje.

Pomogła mi kuzynka z mężem. Dali mi pokój, załatwili pracę.

Ciężko mi było. Tęskniłam. Za Mają, za rodziną, za chłopakiem, za swoim życiem.
Przyzwyczaiłam się jednak. Zdecydowałam, że zostaję.

Poznałam S.

I dziś po 5 latach, tęsknię chyba jeszcze bardziej niż wtedy.
Za rodzeństwem i rodzicami, za ciotkami, kuzynami i dzieciakami. Za krajem, za językiem. Za świętami i latem. Za smakiem pomidorów, za truskawkami w łubiankach i za łomżą miodową.
Do kina, na koncert czy na ognisko bym poszła.

Brakuje mi teściów. Brakuje mi moich przyjaciółek, brakuje mi moich szwagierek.

Jestem z dużej rodziny, S też. A tu jesteśmy sami.
Mamy znajomych, mamy dom, mamy siebie.
Ale nie mamy tutaj tego klimatu.

Więc wracamy. Nie dziś (S tak powiedział, bo wie, że ja to bym się już zaczęła pakować), nie jutro i nie za rok. Za jakiś czas. Ale obiecał, więc wiem to na pewno. Wracamy.

Do rodziny, do kraju, do rodaków, do siebie.

P.S. LifeWife fani zorganizujemy sobie piknik z morzem wina, będziemy odwalać, a potem ja to wszystko opiszę na blogu i narobię Wam siary 😜
P.S.2. Zabiorę męża na porządny koncert. Pewnie wolałby Metalicę, ale gdzie tam im do Sławomira.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.