Nioniek

Kurde, ale mieliśmy. Nie pisałam Wam wcześniej, bo nie chciałam zapeszać.

Felutka odsmokowaliśmy. Wiem, że jest dużo przeciwników i wielu zwolenników. Nie raz mi się dostało, za to że ciąga „niońka”.

Jest wiele powodów za i wiele przeciw. Po pierwsze daliśmy, bo Felutek urodził się bez odruchu ssania, a po drugie lekarz w szpitalu powiedział nam, że smok dla dziecka to przywilej. No i w sumie to był najlepszy agrument.

Z uwagi na to, że to duży chłopczyk już, niedługo do przedszkola i jeszcze ta alergia nieszczęsna, postanowiliśmy się smoka pozbyć.

Plan zakładał, że zrobimy to w weekend. Dwa całe dni razem mogłoby ułatwić to zadanie i wiadomo, że w kupie siła.

Dwa dni przed już nie mogłam spać, zamartwiałam się jak to będzie, przejmowałam się, że będzie płakać, że mu krzywdę robię. W sobotę rano przecięcie smoka wzięłam na siebie. W sumie nie wiem czemu, ale czułam, że ja to muszę zrobić. Chyba ze względu na to, że to ja byłam najsłabszym ogniwem w całym tym przedsięwzięciu.

Po kilku godzinach, kiedy szliśmy na drzemkę Felutek zapytał o smoka.

F: Mamusiu gdzie nioniek?

Ja: W kuchni leży. Idź sobie weź.

Serce mi waliło jak szalone, dłonie się całe spociły.

F: Mamusiu nioniek się popsuł.

Ja: Ojej, co się stało? Popsuł się? Wyrzuć do śmieci, a jak otworzą sklep to kupimy nowy.

Felutek smoka wyrzucił i do wieczora nie zapytał. My za to z S patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. Dopiero po kąpieli Felutek rzucił:

F: Tatusiu, gdzie nioniek?

S: Wyrzuciłeś synku.

F: Pojedziemy do sklepu kupić?

S: Tak synku, jak otworzą to pojedziemy i kupimy.

Przez pierwsze 3 dni zapytał dwa razy. Chociaż S prawie spalił temat, jak wchodząc na drzemkę z dziećmi rzekł: „Felutku, jaki Ty jesteś już duży chłopiec. Bez pampersa, ścięte włoski i bez nionia”. Jak już powiedział, to go samego zatkało, ale Felutek odpowiedział tylko: „Tak tato”.

Przez tydzień, staraliśmy się omijać sklepy, żeby go nie kusić. Baliśmy się jak zareaguje na to, że Bubusia ciągle ma. A on zwyczajnie mówił, że ona ma dzieciowy.

Tydzień jak na szpilkach, chociaż jak zachorował, to prawie zmiękłam. Więc dobrze, że przecięty został. Nie pytał, nie szukał, nie narzekał.

Dziś tylko do mnie podszedł i z ewidentnym sarkazmem w głosie mówi:

F: No, ciągle zamknięty ten sklep.

Roztargniona 😉

Bo ja Wam nie powiedziałam, że jak ja ten nowy stół kupiłam, to stary jeszcze stał. No i jak ten stary stał, to S się wkurzał, że graciarnia i trzeba go sprzedać.

Po dwóch dniach mówię:

Ja: S, faktycznie mało miejsca z tymi dwoma stołami. Może ten stary rozłożyć i zanieść na górę trzeba, bo nie wiadomo kiedy uda się go sprzedać.

S: Dobrze, zaraz to zrobię.

I faktycznie od razu się zabrał. 6 krzeseł, 4 nogi, blat i dwa przedłużenia wtargał na górę. Sapał, parskał, o dyszeniu nie wspomnę, ale nic nie mówił i na górę go zatargał.

Po dwóch dniach, jak S był w pracy to znalazł się kupiec. Przyjechał koło 12, jak dzieci spały. A, że dzieciaki spały na górze, to stół i krzesła znosił na palcach i po cichutku. Pomogłam mu trochę, bo nie chciałam, żeby obudził dzieciaki. Klient zadowolony, zapłacił i pojechał, a ja usunęłam ogłoszenie i wiadomości z telefonu.

Następnego dnia rano, pojechałam z maluchami na zakupy i miałam dziwne przeczucie, że ktoś mnie śledzi. Jak wracaliśmy to nawet do S zadzwoniłam, że chyba jakieś auto za nami jedzie.

Ja: S, chyba ktoś nas śledzi.

S: Ania, ale kto? Może Ci się wydaje. A jakim autem?

Ja: Nie wiem. Ale takie mam przeczucie.

S: Ania, Ty jesteś taka gapa, że nie wiesz jakie auto jedzie za Toba, a wiesz, że jedzie. Uspokój się i nie panikuj.

Rozłączyłam się zła, bo nie chciałam już słuchać, jaka to roztargniona jestem. Uwierzcie mi, że prawie na zawał padłam jak wchodziłam na podwórko, a auto zatrzymało się pod domem. Wysiada facet. Kurde. Ten od stołu.

Fos: Przepraszam, że ja tak za Panią jeżdżę, ale nie byłem pewny czy to pani.

Ja: A co się stało?

Fos: Nóg od stołu nam Pani nie dała.

Ja: O cholera. Przepraszam. Czemu Pan nie napisał?

Fos: Nic nie szkodzi. Skasowałem wiadomości.

Ja: Ja też. Cholera, strasznie Pana przepraszam.

 

I co? Ja roztargniona? Mówiłam, że za mną jeździ.

#pogadANKI: awantura

Czasem, żeby oczyścić atmosferę w związku, przydaje się awanturka. Mała, szybka i z niczego. I od rozkręcania takiej jestem specjalistką 😛.

Zapraszam na pogadANKI.

Chłop jaki jest, każdy widzi.

Mój często małomówny, zły, bądź zwyczajnie zniecierpliwiony, nie zdaje sobie sprawy, że to nic innego, jak złe emocje. Jeśli zaobserwujesz to u swojego faceta, przejdź do działania. Niech się nie męczy. Niech kilka ciut szybciej i ciut, ciut głośniej wymienionych zdań oczyści atmosferę. Niech powie, co go gniecie i będzie Wam obojgu lżej.
Bywają przypadki, że mężczyzna, mimo Twoich starań nieskorym do kłótni się staje. Podaję kilka sprawdzonych przykładów, jak z jego uników, stworzyć coś na szybko.

S: Ania, a soliłaś ziemniaki?
Ja: A, co nie czuć? Tobie to nigdy nie dogodzisz. To za mało, to za dużo, czemu się ciągle mnie czepiasz. Może sam zacznij gotować i zobaczysz jak to miło, jak Cię z każdej strony będą krytykować. Zastanów sie czasem, bo zamiast docenić, to Ty się jeszcze przypieprzasz.

Szybciutko. Złe emocje z niego zeszły, obiad od razu smakuje i bez grymaszenia.

S: Ania, prosiłem Cię tyle razy, żebyś nie obcinała nic twardego nożyczkami kuchennymi.
Ja: Wstydu nie masz, żeby mi za takie coś, zwrócić uwagę. Raz. Raz tylko ucięłam. Bo Ty myślisz, że ja to cały dzień leżę. I mam tyle czasu, że mogę sobie spacerować po domu w poszukiwaniu sekatorka, bo nie mam nic lepszego do roboty. Najlepiej to kogoś oskarżać. Proszę, może Ty się przyznaj co nożyczkami kroisz? Zawsze wszystko na mnie.

Widzisz, on już teraz wie, że niepotrzebnie Cię atakował. Szybka wymiana zdań podkręciła między Wami atmosferę.

S:Ania ja muszę dziś trawę skosić.
Ja: No proszę, najlepiej to uciec z domu na cały dzień. A ja będę się kisić z dzieckiem na ręku. Sama pozmywam i posprzątam. Bo Ciebie to już naprawdę nic nie interesuje. Sama muszę o wszystkim myśleć.

Nic już nie wisi w powietrzu. Wszystkie niedomówienia wyjaśnione. Kilka zdań, a sprawi, że złe emocje opadają, a Wy macie okazję się pogodzić.

Nie zapominajcie też, że przepraszam nic nie kosztuje. To jedno słowo, a czasem zwyczajnie nie może przejść przez gardło.
Ale spokojnie, nie ma pośpiechu. Odczekajcie ile trzeba, bo w końcu będzie musiał przeprosić. 😂😂😂

Dzień Matki

Kilka dni temu pomyślałam, że muszę zadzwonić do mamy. Trochę z wyrzutem sumienia, bo długo się nie odzywałam. Ciągle coś, ciągle w biegu i jakoś tak zapominałam. Położyłam dzieci na drzemkę i wykręciłam numer.

Ja: Hej Mamo.
M: Ania, dawno się nie odzywałaś. Jak dzieci? Maja mówiła, że Buba miała ospę. Biedna. Boże mój.
Ja: Tak, ale już lepiej. Już krosty schodzą. Przepraszam, że tak dawno nie dzwoniłam, ale nie miałam czasu. Praca, dzieci, blog. I jakoś mi się tak ze wszystkim schodzi.
M: Ania! Blog wspaniały. Super piszesz. Ja wszystkie przeczytałam. I że komuś się nie podoba pisałaś? Ania, pisz dzieciaku. Tak super piszesz. Mi się podoba. Nie patrz na innych.
Ja: Dziękuję mamo. Muszę kończyć kurde, bo Buba się budzi.
M: Ania, Ty książkę powinnaś napisać. Słuchaj mnie. Musisz zebrać te wpisy i w książce wydać.
Ja: Haha, zobaczymy. Zadzwonię potem mamo, bo chyba mi dzieciaki wstają.
M: Dobrze, dobrze Ania, a wyglądasz pięknie. Zdjęcia takie ładne, profesjonalne. Ty się nie odchudzaj i nie katuj. Pięknie wyglądasz. Takie pozy. Jak modelka Wspaniale.
Ja: Haha, dziękuję Mamo.
M: Ja tylko nie umiem tego lajka robić. Ale jak ktoś przyjedzie i mi pokaże, to ja będę każdy i lajkować i co tam trzeba naciskać.
Ja: Nie trzeba mamo. Muszę kończyć, bo dzieciaki słyszę.
M: Taka dumna jestem, że mam taką zdolną córkę. Podziwiam Cię, ja na emeryturze, a na nic czasu nie mam. Biegam z językiem na brodzie
Ja: Haha, to nic takiego. Zadzwonię potem mamo.
M: Ania ja Ci mówię, pisz, bo super i piękna jesteś i zdolna. Nikim się nie przejmuj. Oni Ci zazdroszczą. Bo i mają czego.

I to jest właśnie miłość matki.

Mamo dziękuję Ci za wsparcie, wiarę i kibicowanie. Życzę Ci cudownego Dnia Matki ♥. Kocham Cię .

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Praca wre

Pisałam Wam ostatnio, że od kilku dni trwają prace techniczne na blogu.

Z przyczyn niezależnych ode mnie musiałam zmienić adres strony internetowej. Dalej jestem Life Wife, ale strona internetowa będzie z rozszerzeniem pl. Tak brzmi to po informatycznemu, a po „blondyńskiemu” będzie LifeWife.pl, żeby każdy wiedział od razu, że ja Matka Polka jestem.

Z pracami technicznymi to było tak, że mimo swoich ograniczeń w postaci małego mózgu informatycznego postanowiłam się zaangażować. Dwie noce Iza i T poświęcili, żeby to wszystko przenieść i ustawić. Do zrobienia zostało dużo tak zwanych przez nich „pierdół”. A, że ja w pierdołach to jestem doskonała akurat, to do tematu podeszłam odważnie.

Do 4 rano siedziałam, klikałam, piłam kawę i używałam niewyszukane słownictwo. Nadgoniłam sprawę i dumna z siebie poszłam spać.

O 6 rano obudził mnie dźwięk otrzymanej wiadomości.

T: Ania, robiłaś coś na stronie?

Hmm. W normalnych okolicznościach na pewno z dumą odpisała bym „tak”, ale delikatność pytania i pora, przyhamowały trochę moją pewność siebie. Postanowiłam wybadać temat.

Ja: A co się stało?

T: Wszystkie wpisy się skasowały.

Matko święta, ratunku. Co ja nawyprawiałam? Co robić?

Ja: O cholera, ale jak to?

T: Nie wiem właśnie.

Ja: A da się to jakoś sprawdzić?

T: Nie raczej. Szkoda czasu. Jeszcze raz trzeba zgrać.

Uffff. Blisko było. Uratowana. 

Photo by Iza. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

#pogadANKI: małżeństwo 😊

Pytacie mnie często o sposoby na szczęśliwe małżeństwo.
Postanowiłam, że w dzisiejszych pogadANKAch napiszę Wam kilka rad, które ułatwią Wam życie i sprawią, że będziecie szczęśliwi.

Będę Wam prezentowała spostrzeżenia na naszym przykładzie, żebyście bardziej mogli to sobie później zobrazować.

1. Pierwsza i podstawowa zasada – „przemilczeć”.

Zdarza się tak, że S czasem chce mi za coś zwrócić uwagę, ale postanawia, że jednak sprawę przemilczy.
Zdarza, się też tak, że to ja chcę zwrócić uwagę S i wtedy milczę. W zależności jak bardzo mi na tej uwadze zależy, ale nie dłużej niż 3 dni.

2. Nie przyznawanie się do drobnych przewinień – „zatajanie”.

Nie wypalajcie od razu na dzień dobry, że coś Wam nie poszło:
– Ania, zapomniałem podlać kwiatki jak prosiłaś.
– S jak zjeżdżałam z ronda, to najpierw pomyliłam dwójkę z czwórką, a jak chciałam zredukować na trójkę to mi na jedynkę wskoczyło.

Widzicie teraz, o co mi chodzi? Kwiaty przeżyły, samochód chyba też, a oszczędziliście sobie niepotrzebnego stresu.

3. Nie wyśmiewajcie publicznie swoich słabości – „podśmiechujki”.

Jeśli np. okaże się, że Wasz małżonek mimo swojej doskonałości nie potrafi posegregować prania przed wrzuceniem do pralki, przemilczcie temat i cieszcie się, że w ogóle mu się chciało. Niech Wam nie przyjdzie do głowy, pstryknięcie zdjęcia i wstawianie w internetach w celach śmieszków heheszków.

3. Nie obrażajcie się – „bez fochów”.

Ja: S może być ta sukienka, czy słabo i kupić inną?
S: Hmmm, no może coś innego Ci się jeszcze trafi.

Uspokój się. Chciał być delikatny. Nie doszukuj się tak oczywistych podtektów. Bez fochów, przytupów i wszelakiej złości, doceń fakt, że nie jest skąpcem.

5. Czas na Kawę – „kawosz„.

Pamiętajcie, że jeśli wszystko zawiodło i jednak się pokłóciliście, zawsze możecie zaproponować kawę.
Żaden mąż i ojciec dwójki małych dzieci jeszcze nigdy nie odmówił kawy. Niech więc będzie ona podwaliną, jak fikuśnie by to nie zabrzmiało, do pogodzenia się.

5. Broń ostateczna – „łóżko”.

Jest jedna rzecz jeszcze, której żaden facet nie odmawia i w każdej, nawet najgorszej sytuacji możesz z tej opcji skorzystać. Jest to łóżko. Bo nawet jeśli mąż i ojciec dwójki dzieci, będzie tak na Ciebie zły, że odmówi kawy, to uwierz mi na 100%, że snu nie odmówi.

Proste? Proste. 😊

I żyli długo i szczęśliwie… ❤😊

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Dajcie żyć 😉

Nie wiem jak Wy, ale mi się czasem wydaje, że albo fejsbuk zakłamuje rzeczywistość, albo ze mną jest coś nie tak.

Bo ja nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś kto ma dwójkę małych dzieci codziennie rano:

– wstaje wyspany,

– czyta 100 stron książki o tym jak żyć,

– ćwiczy 45 minut minimum plus 20 minut się rozciąga,

– smaży gofry z mąki razowej

– sam gotuje powiodła, bez cukru – wiadomo,

a potem dopiero idzie budzić dzieci. I oczywiście o wszystkim tym pisze na fejsiku.

Ich dzieci wstają, same się ubierają w koronkowe sukienki, nie brudzą się przy śniadaniu i cały dzień siedzą na dywanie i grają w gry, ale tylko edukacyne, żadnych głupot.
Same się bawią i mama ma czas na uprasowanie ciuchów, pełny makijaż i kawę.

Jak już sobie to wszystko wyobrażę, to zastanawiam się czy to faktycznie ze mną jest coś nie tak.

Codziennie rano, jak słyszę, że maluchy wstały, to z nadzieją w sercu udaję, że śpię, a one się nabiorą. Zawsze liczę, że jeszcze usną, chociaż jeszcze nigdy się tak nie stało. Ale zwyczajnie boję się przegapić szansę jeśli tak kiedyś się stanie.

Z wyra się zwlekam jak zoombie i zastanawiam się, czy to już na pewno była noc, bo jakoś krótko chyba.

Potem jest ubieranie. Na śpiocha jeszcze, ale dzieciakom to nie przeszkadza. Oni są wyspani i od rana wykorzystują nagromadzony przez noc zapas energii.

Więc dramat zaczyna się od jakichś 40 minut przepychanek w stylu: proszę daj nóżkę, nie rób tak, najpierw się ubierzemy, nie idź tam, nie zdejmuj, powiem tatusiowi, uspokój się, nie mam siły tak za Tobą biegać więc przyjdź jak się namyślisz.

Potem jest śniadanie. Czyli kolejny dramat w kilku aktach. „Nie będę jadł, nie jestem głodny, chcę naleśniki”. Są więc naleśniki z dżemem (sklepowym wiadomo) lub jak bardzo głodni i nie protestują to jajko lub parówka.

Po śniadaniu się przebieramy, bo przecież to tu kapło, to tu coś wypadło. Brudni, ale najedzeni, więc to już połowa sukcesu.

Moja kolej. Lecę na górę szybko się ubrać. Przez głowę mi nie przechodzi nawet żeby prasować, no bo i w sumie co? Leginsy?

I kiedy już znajdę chwilę, miedzy zabawą w dinozaury i piżamersów, żeby sobie zrobić kawę, to i tak o niej zapomnę. I stoi tak pół dnia i czeka na podgrzanie w mikrofali.

I kiedy wreszcie ją piję, prawie ciepłą, prawie smaczną, to sobie myślę, że chyba naprawdę muszę wygospodarować czas i faktycznie poczytać, bo nie umiem żyć.

Jak inne oczywiście.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Mam i ja 😁

Kilka dni temu, wieczorem, kiedy maluchy już spały, stałam przy zlewie i zmywałam naczynia. Błądziłam myślami gdzieś daleko i nawet nie zauważyłam, że do kuchni wszedł S.

S: Ania, o czym myślisz?
Ja: Osz kurde, przestraszyłeś mnie.
S: Bujałaś w obłokach.
Ja: O bzie myślałam.
S: Boże Ania, czemu o bzie?
Ja: Bo wszyscy na Insta wystawiają zdjęcia bzu i rzepaku. Właśnie myślałam, że brakuje mi zapachu polskiego bzu.
S: No fakt, bez fajnie pachnie.
Ja: No nic, idę na górę jeszcze pranie poskładać.
S: Ok, a ja śmieci wynieść.

Na górze zajęłam się ciuchami i zapomniałam już o całej rozmowie. Okno w pokoju miałam otwarte i słyszałam jak S gniecie plastikowe butelki i segreguje śmieci. Nawet uśmiechnęłam się pod nosem z tych domowych, swojskich odgłosów i pomyślałam, że tak „brzmi” dom.

Po chwili usłyszałam jakiś dziwny dźwięk na zewnątrz. Jakieś szarpanie jakby, szmotaninę. Przestraszyłam się. Psy sąsiadów zaczęły ujadać i słychać było trzepot skrzydeł spłoszonych gołębi. Zbiegłam na dół. Usłyszałam jeszcze kilka siarczystych przekleństw. Pomyślałam, że ktoś napadł S w ogrodzie. Serce mi waliło, myśli galopowały.

Wpadam z impetem na dół, a w kuchni, odwrócony do mnie plecami, stoi S.

Ja: Jezu, co się stało?

Odwraca się, w ręku cały bukiet pieknego, fioletowego bzu, a na twarzy… szrama.

Ja: Boże S, jaki piękny. Co się stało? Skąd go masz?
S: Od sąsiada skubnąłem, tylko ciemno trochę i chyba się podrapałem.
Ja: Boże, jesteś kochany. To było mega słodkie. Kocham Cię.
S: Ania, ja Ciebie też, ale po rzepak już nie pójdę.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Siusiuuu 😉

Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy z S, że Felutek jest już na tyle dużym chłopcem,że musimy spróbować odpieluszkowania.

Pierwsza próba kilka miesięcy wcześniej okazała się niewypałem, więc tym razem do tematu podeszliśmy spokojniej. Nic nie czytalismy, nie sprawdzaliśmy i nie słuchaliśmy wszystkich radzących, tylko zdaliśmy się na intuicję.

I nie mówię, że to było złe, ale żeby jeszcze to ta właśnie intuicja prała, suszyła i składała pierwsze dwa dni.

Trzeci dzień okazał się przełomowy i Feluś załapał. Cieszyliśmy się jak dzieci, mimo że zdarzały mu się jeszcze wpadki. Problemem okazało się wyjście z domu.

Przez prawie trzy tygodnie jeździliśmy wszędzie z nocnikiem. Do lekarza, na kulki, na spacer. Zawsze pod wózkiem jeździł nocnik.

Kolejnym krokiem było sikanie na stojąco, jak tata. Z tym Felutek szybko się uwinął i teraz już we dwóch bezkarnie leją na deskę.

Problem był na podwórku. Bez toalety, bez nocnika nie było mowy. Nie chciał wysikać się pod krzaczkiem.
Co ja nie wymyślałam. Zbieraliśmy razem liście, kijki, kamyki i prosiłam, żeby obsikał. Mówiłam, że będzie to fajna zabawa. Niby chciał, ale miał blokadę.

Kilka dni temu wchodzę z pracy do domu i od drzwi Feluś melduje:

F: Nasikałem za szopkę.
Ja: Jeju, naprawdę? To wspaniale, bardzo się cieszę.
F: Jak tata.
Ja: Aha.

No i nie wiem czy S chwalić, że nauczył, czy opieprzyć, że leje w ogrodzie.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.

Hej wesele ❤..

W czasie urlopu w Polsce, mamy wesele w rodzinie S. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, bo spotkamy wszystkich i będzie rewelacyjna impreza, a z drugiej ciągle martwiłam się sukienką.
Ciężko dobrać fason dla kogoś kto waży prawie 90 kilo, talia mu wisi do bioder i ma sylwetkę kołka.

W sklepach nic ciekawego, same letnie kiecki, a jak już coś mi wpadło w oko, to kosztowało milion monet. Z pomocą, jak zwykle w podbramkowych sytuacjach, przyszedł S.

S: Ania, to czemu przez neta nie poszukasz? Jeszcze jest tyle czasu, że zdążysz odesłać w razie czego.
Ja: S, bo ja nie wiem jaki fason, żeby mi fałd i brzucha tak nie było widać.
S: Ania, olej. Zamów taką, jaka Ci się podoba. Nie patrz na fałdki.

Posłuchałam męża (tak, mi też się czasem zdarza) i znalazłam piękną kieckę. A do tego w moim ukochanym kolorze i modnym fasonie. Problemem okazał się rozmiar.

Ja: Znalazłam, chcesz zobaczyć?

Pokazałam, a on uznał, że bardzo fajna i niedroga.

Ja: Ale ja Kocie nie wiem jaki rozmiar. Musiałbyś mnie zmierzyć.
S: To dawaj.

S w wersji optymistycznej uznał, że z centymetrów brakuje mi tylko po 2-3 do rozmiaru 14, więc powinnam zamówić 14-tkę. Szczególnie, że 16-ka nie była dostępna.
Ucieszyłam się bardzo, że widzi mnie mniejszą, niż jestem w rzeczywistości i drugi raz jednego dnia go posłuchałam.

Dostawa była zaplanowana za 4 dni i przez te 4 dni prześladowała mnie myśl, że się nie zapnę. Nie nosiłam rozmiaru 14 od czasu porodu Felusia i jakoś czarno to widziałam.
Po 4 dniach, kiedy kurier ją dostarczył, nawet jej nie rozpakowałam. Czekałam, aż S wróci z pracy, bo wiedziałam, że mnie pocieszy w razie czego.
Jak wrócił i zobaczył, to od razu otworzył paczkę.
Sukienka była piękna. Super materiał, piękny kolor i bardzo na czasie.

S: Nakładaj.
Ja: Dobra, ale pewnie się nie zapnę.

Poszłam do łazienki, odwróciłam się do S plecami, wciągnęłam brzuch co łatwe nie było, stanęłam na palcach (co było głupie) i czekałam. S troszkę się gimnastykował, próbował kilka razy, a raz nawet sapnął.

S: Gotowe.
Ja: Zapiąłeś?
S: Tak.

Szok. Co prawda na wdechu pełnym, bez ruchu i nie było mowy o tańcu, że o jedzeniu już nie wspomnę. Ale wbiłam się! Wyglądałam trochę jak beza, ale co tam. S był zachwycony, a mnie oczarował kolor.

Całej tej sytuacji przyglądał się Felutek, ale nic się nie odzywał. Pytam go więc:

Ja: Felutku jak mama wygląda? Pasuje mi taka kiecka?
F: Nie, zdejmij mamo. Nie pasuje.
Ja: Ale to nie na teraz, to na wesele co Cioci E.
F: Nie pasuje Ci!
Ja: Synku, to co mamie pasuje?
F: Leginsy.

No więc tak, kieckę trzeba odesłać, a ja mam takie pytanie. E, mogę być na Waszym weselu w leginsach? Nie chcę, żeby dziecko straciło poczucie bezpieczeństwa czy stabilizacji, jak się matka raz do roku jak człowiek ubierze.

Photo by Iza.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie kopiowanie, dystrybucja, elektroniczne przetwarzanie oraz przesyłanie zawartości bez zezwolenia autora zabronione.