Pomówienia. 😜

Z uwagi na to, że cały tydzień pracujemy na zmiany większe sprzątanie i porządki zostawiamy na weekend. Część odwalamy w sobotę, a co zostaje robimy w niedzielę przed obiadem, by później mieć luzy. Żeby móc wyjść na spacer, pobawić się z maluchami czy zwyczajnie powylegiwać choć troszkę.

W tą niedzielę ja jako pierwsza zaklepałam sobie obiad, a chłopakom wyznaczyłam łazienkę do sprzątania. Buba dostała dyspensę, bo była to jej pora drzemki i tylko ona mogła się bezkarnie wylegiwać.

Chłopaki zapatrzeni w cify i inne środki higieny zamknęli się w łazience, a ja kleiłam mielone i podsłuchiwałam.

F: Tato, a czemu my sprzątamy, a nie mama?
S: Bo mamusia gotuje obiad.
F: Ale zawsze ona sprząta.

No proszę, nawet dziecko wie, że matka w tym domu ogarnia wszystko. Ciekawa odpowiedzi S nastawiłam uszu.

F: Nie zawsze Synku, tata też pomaga mamie. I dziś właśnie mamusi musimy pomóc. Żeby szybko skończyć i żeby każdy z nas miał troszkę czasu dla siebie. I wtedy mamusia będzie mogła z nami się pobawić, bo inaczej byłaby zajęta.
F: A ja muszę pomagać?
S: Tak, każdy musi.
F: Ale ja jestem na Ciebie obrażony teraz.
S: Na mnie? Czemu synku?
F: Bo mama by była, jakbyś jej kazał sprzątać z Tobą. A mi się nie chce tak jak mamie i ja teraz jestem obrażony właśnie.
S: Synu, proszę Cię. Nigdy, przenigdy, nie mówi takich rzeczy na głos.

No patrzcie ich. To są kłamstwa, pomówienia jakieś. Ja nigdy się nie obrażam. 😜 Publicznie. 😜

Coraz bliżej Święta… 😉

Ja to mam takiego pierdolca, że mnie ciągnie mocno w deseń festynu. Szczególnie jeśli chodzi o dekoracje w domu.

Naoglądam się katalogów Ikea, zdjęć na Instagramie i niesie mnie. Najgorsze jednak przy tym jest to, że talentu manualnego u mnie brak, artystyczny na minusie, a o wyczuciu smaku czy umiaru nie wspomnę nawet. To znaczy mam pomysł najczęściej. Tylko, że ten pomysł przychodzi z kilkoma na raz i działam natychmiast, bom w gorącej wodzie kąpana, a wyżej wspomninego umiaru mi brak. Jak robię to już po całości.

Szanowny się śmieje, że przez miesiąc dwa czasem, daję mu poczucie bezpieczeństwa i zaczyna w nim kwitnąć myśl, że mi przeszło. I wtedy mi odjebuje, a tą chwilę przerwy nadrabiam, co Szanowny (o zgrozo) nazywa efektem jojo.

Kilka dni temu przeglądając Internet wpadło mi w oko piękne zdjęcie. Konar z drzewa, że w sensie gałąź na ścianie, a na niej wiszące szklane bombki. No rewelacja. Bardzo mi się ten pomysł spodobał i już miałam jego wizję.

Poszłam za szopkę, obszukałam całe drewno, ale nic podobnego nie znalazłam. Postanowiłam poprosić S i oko przymknąć na te miny, ciężkie wzdychanie i zaczepki. Cel uświęca środki, więc potulnie ruszyłam z akcją:

Ja: Kociaku?
S: Co chcesz?
Ja: O. Nic nie chcę. Tak chciałam pogadać.
S: Pewnie o tym co chcesz.
Ja: No dobra, konar mi potrzebny.
S: Ania, nie przy dzieciach.
Ja: Weź Ty. Gałąź, konar, wiecheć jakiś.
S: Zapytam, choć nie wiem czy zaniosę odpowiedź. Po co?
Ja: Na ścianę na korytarzu na górze bym powiesiła, ozdobiła ładnie, fajnie by to wyglądało.
S: Dobrze, jutro poszukam.
Ja: S ja szukałam, nie ma. I czemu jutro.
S: Bo już jest noc?
Ja: S bez przesady, 18 to nie noc, to raptem wieczór. A może byś mi wyłamał, lub wyciął z głogu za szopką.
S: Ania, ale jest ciemno. Co ja tam zobaczę?
Ja: S, ale ja widziałam w necie. No i strasznie mi się podoba. Dziś bym go sobie pomalowała, albo jak byś bardzo mocno chciał to Ty mógłbyś nawet.

Popatrzył na mnie, pokręcił głową i wyszedł.
Zdążyłam tylko zobaczyć światło latarki z okna, bo kurde faktycznie było już dość ciemno. W ogrodzie panowała cisza, choć po chwili słychać było piłę, dwie nerwowo rzucone kurły i jedne „ja pierdzielę”. Tak wypatrywałam Szanownego na zewnątrz, że aż mnie przestraszył jak nacisnał klamkę.

Ja: Kurde, przestraszyłeś mnie. Pokaż szybko.
S: Ania, ostatni raz. Ty masz pierdolca.
Ja: Ale fajny. Super. Bardzo mi się podoba. Pomalujesz mi? Na biało bym chciała.
S: Żartujesz? Jedyne co ja zrobię w tym momencie, to ja Ci kuźwa internet wyłączę.

Witaj szkoło. 😉

Przyszła kryska na matyska. I nie, nie mowa dziś o S. Jemu się upiecze. Felek idzie do przedszkola.

Kilka dni temu, dostaliśmy list z informacją, że Felutek dostał się do przedszkola i w poniedziałek i wtorek z radością czekają na niego na zajęciach adaptacyjnych. Ha. Z tą radością to się jeszcze okaże.

Mimo, że od jakiegoś pół roku oswajaliśmy Felka z przedszkolem, byliśmy kilka razy i często przechodzimy, entuzjazmu specjalnego jednak nie wykazywał.
A w zasadzie ciężko o entuzjazmie jakimkolwiek mówić, bo przez ostatnie pół roku twardo oświadczał, że nie pójdzie.

I kiedy cztery dni przed poruszałam temat, Felek nawet rozmawiać nie chciał.
Wczoraj wysunęłam działo. Jeden z głównych argumentów nieperfekcyjnego rodzica, czyli przekupstowo.

Ja: Tatuś też pójdzie. Zaprowadzi Cię, poczeka na Ciebie i jak wrócisz z tatusiem to wszyscy razem pojedziemy po choinkę.
F: Po choinkę na Święta?
Ja: Tak.

I widać było po nim jak myśli, analizuje. Uśmiech błąkał mu się po ustach i ewidentnie kalkulował korzyści. Popatrzył na mnie i mówi:

F: To zróbmy tak. Jedźmy po choinkę bez szkoły.

Prawie parsnkęłam śmiechem. Taki malutki, a już jaki przebiegły. Nieźle kombinuje.

Ja: Ale wszyscy muszą chodzić do szkoły synku. Mamusia chodziła, babcia chodziła, tatuś chodził.
F: Ale ja chcę zostać z Tobą w domku.
Ja: No, ale jak to? A Tatuś urlop wziął specjalnie, żeby z Tobą iść.
F: To niech idzie. Sam.

Ja to Was pocieszałam we wrześniu? Że będzie dobrze? Kłamcie, a pocieszajcie. 😉

„Narodziny gwiazdy”.

Dziś mam dla Was recenzję.

Ha! Serio. I do tego to będzie recenzja filmu.

Kilka dni temu usłyszałam piosenkę w radiu, która bardzo mnie poruszyła. Śpiewała Lady Gaga choć brzmiała inaczej niż jej wcześniejsze piosenki. Okazało się, że to piosenka z filmu „A star is born” (po polsku tytuł brzmi „Narodziny gwiazdy”).

Znalazłam w sieci i wystartowałam do S z propozycją wyjścia do kina. Źle zaczęłam ewidentnie, mogłam przemilczeć, że to film romantyczny. Ale rypsłam więc Szanowny nonszalancko odmówił.

S: Na babski film to z Eliną idź.

Uczciwie muszę przyznać, że rzadko jego odmowa cieszyła mnie tak bardzo. A w zasadzie nigdy. Bo z kim pójść do kina na babski, romantyczny i wyciskający wszystkie łzy film? Wiadomo, że z przyjaciółką.

Elina bez zbędnych pytań zgodziła się i od razu dogadałyśmy szczegóły. Z uwagi, że ja dysponuję samochodem, postanowiłam po nią pojechać i iść do kina u niej w mieście.

Trasa do niej zajmuje około 20 minut, a że seans zaczynał się o 19-tej, to już o 18-tej porzuciłam wykąpane i nakarmione dzieci i ruszyłam na „randkę”.

I słowo porzuciłam nie jest tu przypadkowe, bo tak się czułam na początku. Otrząsnęłam się jednak. Przez 3 lata tylko raz wyszłam sama, bez S, bez dzieci. 3 lata nie byłam w kinie.

Kupiłam Elinie kwiaty, bo jak randka to randka. Ona kupiła bilety, ale też popcorn i cole, bo dobrze mnie zna.

Film od pierwszych minut dotknął nas do głębi. Piękna muzyka, wzruszające teksty i nieprzerysowane postacie. Historia jakich wiele, a jednak inna. Był śmiech, były łzy. A na koniec to się już kompletnie poryczałyśmy. Dobrze, że miałyśmy zapas chusteczek, chociaż makijaż mogłyśmy sobie darować.

Film był od początku mocno emocjonalny. Uczucia, ich komplikacje i wpieprzanie się osób trzecich. Życie. Niby jakże odmienne od naszego, a jakie podobne.

Po filmie wróciłam do domu, zmyłam resztki tuszu, zdałam relację S, ucałowałam dzieci i doceniłam życie. Spokojne życie.

Film trafił na listę moich ulubionych, czyli tych, które mogę oglądać po kilka razy. Co prawda pierwsze miejsce od kilku dobrych lat niezmiennie jest zajęte, jednak ten film serdecznie polecam.

Muzyka robi w nim kawał dobrej roboty i gwarantuje ciarki. Cała ścieżka dźwiękowa jest genialna.

 

No. To tak jakby ktoś nie wiedział jaki prezent sobie zrobić na Mikołajki. 😉

Pamięć fotograficzna… 😉

Wiecie, że nic tak nie męczy jak rzeczy, których nie kupiliśmy i to czego sobie przypomnieć nie możemy.

Kilkanaście lat temu, mieszkałam z moją siostrą w Warszawie. Ona wynajmowała mieszkanie z narzeczonym, a ja kilka miesięcy mieszkałam z nimi na przyczepkę. Studiowałam, pracowałam, imprezowałam trochę.

Kilka dni temu Szanowny kupił mi moje ukochane perfumy i poinformował, że już ich nie produkują i muszę znaleźć sobie jakieś inne ulubione.

Ja: Kiedyś jak mieszkałam z Mają, to ona miała takie perfumy, które mi się strasznie podobały.

Niewiele myśląc napisałam do siostry.

Ja: Sprawa jest.
M: Co?
Ja: Pamiętasz jak mieszkałyśmy razem, to miałaś kiedyś takie perfumy w czarnym flakoniku.
M: Nie pamiętam.
Ja: Od teściowej dostałaś chyba.
M: Nie pamiętam.To może coś z Avon było?
Ja: Nie, zdecydowanie nie. To były oryginalne perfumy. Bardzo długo pachniały. Taki wyrazisty zapach. Śliczne.

Wysłała mi kilka zdjęć, ale nic nie pasowało.

Ja: To było na Blatona jak mieszkałyśmy.
M: Na Blatona? Ty mnie pytasz o perfumy, których ja używałam 15 lat temu?
Ja: Tak. Szukam dalej.
M: Ja pierdziele. Anka serio?
Ja: Kurde no, bardzo mi się podobały.
M: Dobra. Rozszerzam poszukiwania.

I znowu wysłała mi kilka zdjęć.

Ja: Dupa. Nie, nic nie pasuje. Trudno. Jeszcze popatrzę.
M: Dobra, bo ja film oglądam. A zamiast patrzeć, to szukam czarnych butelek po necie jak debil. Jeszcze mnie do końca nie pojebawszy.

Ale widać było, że i ją to męczyło, bo w między czasie jeszcze pośmieszkowała i wysłała mi dwa zdjęcia z perfumami w czarnych butelkach z podpisem: te są czarne… ale tych nie miałam. 😂😂😂

Po prawie godzinie intensywanego myślenia, przejrzenia 5827730 zdjęć czarnych buteleczek i kiedy mój mózg prawie spłonął zaczęła mi błądzić po głowę nazwa. Znałam szybko w Internecie i wysłałam zdjęcie Majce. Choć prawie byłam pewna, że to te.

M: Kuźwa, tak. Te miałam.
Ja: Zajebiście. Bingo. Tyle godzin poszukiwań i już traciłam nadzieję. A tak mnie męczyło, że myślałam, że ochujam.
M: Bo Ty mnie kuźwa w błąd wprowadziłaś. Te dostałam od R. Choć nie zmiana to faktu, że z 15 lat temu.
Ja: A widzisz? 15 lat minęło, a pamięć dalej jak igła.

Jaka to melodia… 😉

Fascynacja Felka Kazikiem przeszła nasze oczekiwania. Zaskoczył nas tym bardzo. Zapałał do niego miłością tak ogromną, że ciągle go śpiewa pod nosem, nam każe, a do tego nawet Bubę zaczął uczyć.

Doszło do tego, że ostatnio kiedy kręciłam się po przedpokoju, usłyszałam dźwięk otwieranej bramki na górę. Wyjrzałam, zobaczyłam Felusia i zawołałam do niego:

Ja: Feluś? Gdzie idziesz?

Na to mój syn popatrzył na mnie i w odpowiedzi zaśpiewał: „idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę, idę tam gdzie muszę, nie idę gdzie nie muszę, ole”.

Kiedy układał klocki i pytałam czy wszystko dobrze czy się nie zamotał, odśpiewywał: „zagubiłem się w mieście gdzieś daleko od domu”.

Zawsze kiedy wchodził do łazienki jak S pryskał się dezodorantem, zaczynał podśpiewywać „gaz, gaz, gaz na ulicach”.
W aucie też żyć nam nie dawał. Nie zdążyliśmy wsiąść, a już krzyczał:

F: Tato włącz: Maciek jak tylko żartowałem.

Cieszyliśmy się, dopóki nie zaczął pytać. Bo jak zaczął, to już po bandzie:

F: Tato, a czemu Pan Kazik śpiewa: „Nie mów do mnie per Ty pedale”.

Przy kolejnej podróży samochodem mówię do Felka:

Ja: Felusiu tata ma dużo innych, też fajnych piosenek. Włączymy zaraz i zobaczysz czy też lubisz.

S wrzucił usb i zaczął przeglądać pliki. Ale okazało się, że to droga z deszczu pod rynnę. Na wyświetlaczu pojawiła się na pierwszym miejscu Metallica. Kolejne pliki, a w nich Linkin Park, Rammstein i wszystko w podobny deseń też nie nadawały się dla Felcia.
W końcu na wyświetlaczu pojawił się plik Moja muza.

Ja: S to zobacz co masz tam w tym folderze „Moja”.

I kiedy po chwili zawył Enej z „Lili” spojrzałam na S wymownie. On popatrzył na mnie i zmieszany próbował przełączyć. Po chwili w głośnikach zabrzmiał Justin Timberlake.

S: Ania! To Twoja muzyka.
Ja: Dobra dobra. Wydało się. I co puścisz dalej? Bibera?

 

6 lat razem i codziennie się okazuje, że nie znasz człowieka. 😂😂😂😂