Bo nie zawsze jest słodko…

Mamy za sobą bardzo trudne dwa miesiące. Najpierw zachorowała Buba. Drugi raz ospa dała nam popalić ze zdwojoną siła. Mała płakała dzień i noc, a my nie spaliśmy i próbowaliśmy jakoś ulżyć jej w cierpieniu. Przez całe dwa tygodnie nosiłam ją w zasadzie bez przerwy. Była u mnie na rękach jakby przyklejona klejem.

Po prawie dwutygodniowym areszcie, udało nam się urwać na spacer i pokorzystać z pogody. I kiedy już wychodziliśmy na prostą i cieszyliśmy się z każdej zagojonej krostki, ospą zaraził się Felutek.

Od razu widać było, że przejdzie jeszcze gorzej niż Buba. Temperatura, wymioty, swędzenie. Tydzień koszmaru dla niego i dla nas. Żeby mu ulżyć smarowaliśmy, głaskaliśmy i nosiliśmy na rękach. Dostał tablet, telewizor i wszystko to, co tylko było go w stanie pocieszyć i odwrócić uwagę od swędzenia.

Po ospie skakaliśmy z infekcji w infekcję, od lekarza do lekarza. Połowa naszego urlopu to był szpital i wizyty prywatne. Felutek płakał. Dużo płakał. Nie spał po nocach, a my padliśmy na pyski. Byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni.

Po kolejnych dwóch tygodniach już dochodził powoli do siebie. Ale jak to na bystrego trzylatka przystało, szybko zaczął wykorzystywać i terroryzować nas płaczem o wszystko. Płakał od rana do nocy, a mi mózg pękał.

Prośby, tłumaczenie, groźby, przekupstwa – nic nie pomagało. Rzucał się i awanturował o każdą głupotę. Trochę z choroby, a dużo przez swobodę jaką dostał.

Byłam zmęczona, naprawdę padnięta. Brakowało mi cierpliwości. Krzyczałam, a potem źle się z tym czułam. I tak w kółko.

W końcu nie wytrzymałam. Godzina 15:00, ja w piżamie, Feluś 20 kg na jednym biodrze, Buba 11 kg na drugim, śmierdząca, spocona i głodna odstawiłam dzieci na podłogę…. i się rozwyłam.

Ale jak. Chyba gdzieś aż z dna niemocy ze mnie zeszło. Wyłam, łkałam, smarkałam. Felutek uspokoił się w sekundę. Przytulił mnie i nic nie mówił, a ja tak wyłam i wyłam. Nie wiem jak długo, ale musiałam się wypłakać.

Buba bawiła się traktorem i zerkała tylko w moją stronę, a Felutek siedział i mnie pocieszał:

F: Mamo, uspokój się już. Już będę grzeczny. Już nie płacz. Ja też nie będę płakać.

Po jakimś czasie mi przeszło, choć było mi smutno i miałam straszne wyrzuty sumienia. Obiecałam sobie, że będę lepsza i bardziej cierpliwa. Pozbierałam się, wstałam z podłogi, a Felutek z poważną miną mówi:

F: Mamusiu nie możesz tak ciągle wyć i wyć, bo będzie Cię głowa bolała i będziesz brzydka.
Ja: Tak synku wiem. Przepraszam, już nie będę. Było mi smutno, ale już wszystko dobrze. Będziesz już grzeczny?
F: Tak.
Ja: To dobrze synku. Bo nie chcę tak wyć i wyć. A już na pewno nie chcę być brzydka.

Ania

Lat: 35 (o matko) 😊 Stan cywilny: mężatka, (bo podkusiło)😊 Stan dzieciowy: sztuk 2 Hobby: lubię czytać, lubię pisać, ale najbardziej lubię czytać to, co napisałam 😛 Wady: uparta, nerwowa, gderająca, niecierpliwa. Zalety: łatwość w znajdowaniu wad 😊 Mocna strona: poczucie humoru Słabości: wiśnie w czekoladzie i siostra 😊 Nowy rok, nowa ja 😊. Tak to się zazwyczaj zaczyna. Długo o tym myślałam, gdybałam, wymyślałam scenariusze. I nagle, bach. Kiedy jak nie teraz 😊. I oto jestem 😊

2 thoughts to “Bo nie zawsze jest słodko…”

  1. Syn nauczył się że mama też ma granicę wytrzymalosci, brawo za to że pokazałaś nie ukrylas nawet tych przykrych emocji. W wychowaniu dzieci ważna jest jest rozmowa o emocjach nawet tych przykrych dla nas, ważna jest rozmowa o naszych niedoskonalosciach, na etapie starszych dzieci takie rozmowy będą wracały. Jednak jesteśmy tylko ludźmi którzy mogą pracować nad swoimi słabościami. Super historia dużo buziaków 😙😙😙 i wytrwałości na kolejne lata 😊😍

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *