2:1 😉

Stosunek do piłki nożnej zawsze miałam przerywany. Dzieci z tego nie było, ale adrenalinka i owszem.

To nie jest tak, że ja jestem typowym laikiem czy ignorantem. Swego czasu kibicowałam i podstawowe pojęcia takie jak: piłka, murawa czy bramka znam.

Od kiedy sięgam pamięcią to zawsze ja pałałam większą miłością do piłki, niż ona do mnie. Od małego, kiedy pod blokami kopaliśmy w gałę, to ja zawsze ku uciesze chłopaków w ryło dostałam.

W czasach mojej spektakularnej młodości, mój dobry kolega zaraził mnie miłością do Legii. I miłość ta trwała do póki dopóty na Żylecie serpentyną w sam środek czoła nie wyrwałam. Ponoć tak się robi oprawę. Sentyment do Legii i szrama na czole pozostały mi do dziś, a do tego i wspomnienia mam piękne.

O mundialu dowiedziałam się, że jest, kilka godzin przed meczem z Senegalem. Telewizji nie oglądam, radia nie słucham, oderwana od rzeczywistości i mózgiem dzieciom, nie orientowałam się w temacie.

Za to od rana na Insta i Fejsie dominowały barwy narodowe. Dzieci przebrane, matki przebrane, koty przebrane. Poruszona rzuciłam się na swoje maluchy w celu ozdoby. Moje się przebrać jednak nie dały, za to drapały jak koty.

Dobra, nie to nie. Chociaż popatrzę chwilę, może się uda. Pół godziny przed meczem włączyłam telewizor z zamiarem nie przegapienia. Okazji nie przegapił Felutek i wyżebrał bajki. I kiedy tak patrzyłam na niego, w ten piękny dzień, przed telewizorem, to stwierdziłam, że na zdrowie wszystkim wyjdzie, jak pójdziemy na spacer.

Felek hulajnogą, Buba rowerkiem, ja nogami. Ze spaceru wróciłam spocona bardziej niż Lewy po meczu. No, bo wiadomko, że hulajnoga i rowerek to sprzęt pożądany i ciekawy, ale szybko nudzący. Matka chętnie zawsze dla zdrowotności ponosi. Ponosiłam i dzieci i sprzęt.

Plac zabaw, zjeżdżalnie, półtorej godziny szaleństw i biegania od jednego do drugiego. W drodze powrotnej nogą kopałam rowerek, Bubę za rączki prowadziłam, a Felutka błagałam, żeby jechał bądź chociaż pchał.

Dotarliśmy do domu. Włączyłam telewizor. Wynik. Przegrali. I szkoda mi było. Bo wiedziałam jak się poczuli.

Biegali 90 minut, w sumie to nie wiedomo za czym, jeden drugiego szarpał i źle krył, spalili milion kalorii, spocili się jak szczury, dźwigali wszystko na swoich barkach, a nikt nie powiedział dziękuję. A choćby nie wyszło, to dziękuję wypada powiedzieć.

Bo my jak weszliśmy do domu i Felutek w końcu zobaczył moją fioletową, zalaną potem twarz, zapytał z przerażeniem:

F: Mamusiu, co się stało.

To ja bez sarkazmu i szydery, resztką sił wyszeptałam: „Nic się nie stało”.

Ania

Lat: 35 (o matko) 😊 Stan cywilny: mężatka, (bo podkusiło)😊 Stan dzieciowy: sztuk 2 Hobby: lubię czytać, lubię pisać, ale najbardziej lubię czytać to, co napisałam 😛 Wady: uparta, nerwowa, gderająca, niecierpliwa. Zalety: łatwość w znajdowaniu wad 😊 Mocna strona: poczucie humoru Słabości: wiśnie w czekoladzie i siostra 😊 Nowy rok, nowa ja 😊. Tak to się zazwyczaj zaczyna. Długo o tym myślałam, gdybałam, wymyślałam scenariusze. I nagle, bach. Kiedy jak nie teraz 😊. I oto jestem 😊

4 thoughts to “2:1 😉”

  1. Oglądałam mecz jednym okiem spiąć drugim lukajac na tv w pełni otwierałam gdy bramki padały szkoda że tak mało na stronę Senegalu córka stwierdziła że już nie obejrzy meczu po takiej porażce😁 a ja dodam trochę leniwi nasi byli choć gdyby nie samobój byłby remis więc wierzę w drużynę i odbija w meczu niedzielnym choć mąż powiedział że Senegal przed meczem miał odprawiane modły szamana więc może my takiego szamana zorganizuj.y naszej drużynie pozdrawiam. Wpis o aucie boski 😃😁

    1. Ja nie oglądałam więc nie wiem kochana. Kibicuje im zdalnie 😉 cieszę się, że o aucie Ci się podobał. Miłego dnia ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *