Matka Polka 😊

Komplement służy do pochwały i jest z reguły dobry.
A jak się nazywa taki a’la komplement, który miał być powiedziany jako zły, a Ty go traktujesz jako dobry?

Bo na przykład dla mnie zdanie: „Jesteś nienormalna” – to komplement. Nie obraża mnie a wręcz sprawia, że czuję się wyjątkowa. Bo nienormalna znaczy „inna”. A ja nie chcę być jak każdy.

I tak właśnie ostatnio moja znajoma chyba chciała mi dopiec.
Szybka wymiana zdań: pytania o dzieciaki, bloga czyta, ale rzadko, bo nie ma czasu na głupoty.

Ja: A co robisz cały dzień, bo córka chyba w szkole prawda? Pracujesz?
Znajoma: Odpoczywam sobie.
Ja: O fajnie Ci. Masz cały dzień żeby posprzątać czy obiad ugotować.
Znajoma: Ja tam nie gotuję. Najczęściej kupuję coś gotowego. A sprzątać nie lubię.

Przez myśl mi przemknęło, że jakbym takie 8h miała codziennie wolne, to bym nie wiedziała co ze sobą zrobić mam. Jak gotować obiad bez jednego malucha na rękach a drugiego przy nodze? Codziennie nie zastanawiałabym się, czy nie szybciej może będzie kupić nowe mieszkanie, niż sprzątać ten bałagan. Ciasto piekłabym zgodnie z przepisem a nie zgodnie z przepisem plus to, co Felutek dorzuci w między czasie. A wrzaski dzieci? 8 h w ciszy? Odpoczywać? Dziwnie tak trochę. Mogłabym czytać. Ale bez przesady.Więc mówię:

Ja: A ja lubię i gotować i upiec coś maluchom. A jak jakąkolwiek wolną chwilę mam, to ogarniam dom.
Znajoma: Ja to nie jestem taka Matka Polka jak Ty.

Ha! Dziękuję 😊 A ja jestem. I dobrze mi z tym. Chociaż też czasem gotuję coś na szybko, a i sprzątam jak już nie da się przejść. Czasem mam taki bajzel, że nie wiem w co ręce włożyć. Ale lubię zapach pieczonego ciasta, smak kompotu i zachwyt Felutka, jak wyjada jeszcze gorące bułki z blachy. Chcę być i Matką, która da dzieciom wszystko co najlepsze i Polką, bośmy ładne 😉😙.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Kierowca roku 😊😉

Jazda samochodem zawsze była dla mnie wyzwaniem. Podszkoliłam się w prowadzeniu jak mieszkałam w Warszawie i pracowałam jako przedstawiciel handlowy. Na ostatnim roku studiów, co tydzień też śmigałam do Białegostoku i robiłam po 2000 km tygodniowo więc miałam dobry trening.

Gdy przyjechałam do Anglii, każdy samochód z kierownicą po prawej stronie uznawałam za zepsuty.

Kilka razy prawie padłam na zawał, bo myślałam, że auto prowadzi pies albo dwulatek.
Zdarzały się sytuacje, że prawie mnie rozjechali kiedy wchodziłam na pasy, bo lewa wolna.
Za każdym razem kiedy byłam pasażerem wsiadałam po stronie kierowcy.

Za nic nie umiałam się przestawić. No jak można tak jeździć?
Prowadziłam tu dwa razy i to w nocy, jak S pozwolił sobie na małe co nieco 😉.

A kiedy urodził się Felutek, macierzyński się skończył i musiałam wracać do pracy na 12h, auto stało się koniecznością. Nie chciałam jeździć do pracy pociągiem, bo szkoda mi było tej dodatkowej godziny poza domem. Musiałam się odważyć.

W czasie pierwszej jazdy obiłam sobie cała prawą rękę, bo próbowałam biegi zmieniać, a waliłam w drzwi. Jedynka, dobra jest ok, ruszam, dwójka bach w drzwi. Samochód wyje, ja prawie też, tak ręka boli. Po 20 minutach jazdy ręka sina, obolała, a ja w ciężkim szoku.
W trakcie nauki dwa razy S podbiłam oko, tak sięgałam, żeby pas zapiąć.
Najgorsze jednak było patrzenie w lusterko wsteczne, bo za każdym razem waliłam głową w szybę.

Koszmar. Jak można tak samochód popsuć. Czy Anglicy naprawdę muszą robić wszystko na opak? Czy nie można normalnie? Do światła w łazience na sznurek i wykładziny w kuchni przywykłam. Ale ta kierownica po złej stronie? To już przegięcie.

Obijałam krawężniki, obijałam dłonie, obijałam głowę. S cierpliwie znosił wszystkie zadrapania i wygięte błotniki. Nawet tego, że jak ruszałam i uderzyłam w zaparkowane auto sąsiada (no co? stoczył mi się) nie komentował szczególnie.

3 lata prawie minęło i nabrałam trochę wprawy, ale jak ostatnio po zakupach otworzyłam drzwi i wrzuciłam siatki na pedały, to już i S nie wytrzymał i mnie wyśmiał.

S: Ania, tyle czasu i dalej się mylisz
Ja: Nie wiem no, zamyśliłam się.
S: Haha, Ty po prostu nie odróżniasz prawej od lewej.
Ja: A Ty manicure od pedicure i żyjesz!!! Więc milcz.

Kurde, a może by tak sobie czymś na drzwiach zaznaczyć, że po lewo pasażer, po prawo kierowca, a siaty w bagażnik?

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Promocja humoru 😁

Uwaga! Post promowany. Zawiera reklamę, pseudoreklamę i zwykłe lokowanie produktu 😝😝😝.

Rodzina jest dla mnie najważniejsza i zawsze na pierwszym miejscu. Bardzo długo nie było nic na drugim. Ba! Po pierwszym było długo, długo, tak długo nic, że odechciewało się czekać, żeby zobaczyć to drugie.

Jako hobby traktowałam zawsze książki. Kupowałam z zapasem. Papierowe i e-booki. Czytałam nocami i słaniałam się jak zombie w dzień. Do czasu….

Teraz to drugie miejsce rzeczy najważniejszych zajął blog. Kocham to. Uwielbiam pisać. Cieszę się jak dziecko, jak piszecie, że fajnie. Jak śmiejecie się razem ze mną. Piszę dla Was. Z pasji, z miłości, z serca.
S żartuje, że jak napiszę, to od razu mniej gadam 😝.

Ale kilka dni temu się zdołowałam. Przeczytałam komentarz na jakiejś stronie, gdzie dziewczyny pisały o promowaniu blogów. Pisały, że w dzisiejszych czasach treść się sama nie obroni, że ludziom nie wyskakujemy w powiadomieniach, że trzeba zapłacić za promowanie.

Pomyślałam sobie, że w sumie zależy mi bardziej, żeby pisać i żeby Wam się podobało, niż się „zarzynać” i zapłacić za reklamę. Ale do końca dnia niesmak pozostał.

Kiedy S wrócił z pracy zauważył, że jestem zamyślona i czule zapytał co mi jest.
Streściłam mu czego się dowiedziałam, jak sprawy się mają i jak to w rzeczywistości wygląda. Że czasy są takie, iż kasiorka rządzi światem.

Ogólnie rozmawialiśmy o tym jak to ugryźć.
S nic nie powiedział. Wyszedł. Po chwili wraca i mówi:

S: Ania, pytanie brzmi inaczej. Nie pytamy „Jak?”.
Ja: Co?
S: Tak. Nie „Jak?”, tylko „Z czyjej kredytówki? Twojej czy mojej?”

Zwyczajnie, po ludzku – uwielbiam go ❤

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Aż trudno uwierzyć 😉😊

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Ciążę z Felutkiem znosiłam bardzo źle, wymiotowałam do 5-ego miesiąca, a po 5-tym zaczęłam mieć zgagę, bóle brzucha i skurcze. Do porodu szłam z wagą +40 kg. Byłam ogromna. Nie mogłam dosięgnąć rękami swojego pępka. Feluś też wielki był bardzo i strasznie mnie kopał. 4 dni go rodziłam. Stres, nerwy, problemy, łzy i szpitale.

Zaparłam się też, że będę karmić piersią, chociaż mleka nie miałam. Ściągałam, płakałam, ale udało się i 9 miesięcy go cyckałam. Całymi nocami siedziałam przy łóżeczku i sprawdzałam czy oddycha.

Z Bubą też miałam ciężko w ciąży, bo dopadła mnie rwa kulszowa. Ponad 7 miesięcy miałam też mdłości i bóle brzucha. „Przywaliłam” prawie 30 kilogramów i na koniec to już się toczyłam. Byłam ogromna i Buba też się zapowiadała wielka. Poród był o tyle lepszy, bo miałam umówioną cesarkę, ale problemy po porodzie i znowu stres i nerwy.

Tak jak z Felutkiem cierpiałam na brak pokarmu i okropny ból piersi. Płakałam przy karmieniu, tak cycochy bolały. W każdą noc miałam pobudkę co godzinę na karmienie, bo mleka mało.

Znowu sprawdzanie czy oddycha i czy wszystko ok. Ciągłe zamartwianie się, lekarze, diety. Oboje mieli alergie i jeśli chciałam karmić musiałam być na diecie.

I co?
I nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Szok. Aż słów brak. A w zasadzie jednego. Bo i u jednego i drugiego pierwsze wypowiedziane słowo brzmiało: Tata.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Baba jaga 😉

Nic tak nie potrafi zaskoczyć jak życie.

Wiedziałam, że jeszcze w życiu wiele rzeczy może się zmienić. Stać się może coś nieoczekiwanego, niespodziewanego, nieprzypuszczalnego. Coś co wyrwie mnie z butów i pozostawi szczękę gdzieś w okolicy kolan.

Zawsze jak wyobrażam sobie daleką przyszłość, to widzę siebie jako pomarszczoną staruszkę. Dzieci mam odchowane, wnuki też. Spotykamy się wszyscy razem na niedzielne obiady z kawą i ciastem. I na starość w końcu, to nie ja gotuję.

Szanowny przysypia przed telewizorem, a ja siedzę z telefonem w ręku i troszkę ślepawa, próbuję wstawić wpis na blogu o problemach z nietrzymaniem moczu 😉.

Widzę pomarszczoną staruszkę, troszkę wredną, czasem śmieszną, brzydką jak baba jaga i o zapachu zmieszanej naftaliny i whisky. Uwielbiam ten obraz. Wiem, że będę taka i mam tylko nadzieję, że dożyję.

Zawsze w tym obrazie pojawia się też Majka. Tak samo pomarszczona i tylko troszkę bardziej gderliwa. Z tym, że Majka nie ma problemów z molami więc nie śmierdzi naftaliną tylko whisky i fajkami.

I właśnie dziś mnie to życie zaskoczyło. Muszę zmienić w głowie nasz obraz i wyobrażenie, a myślałam, że to niemożliwe. Szczękę podnoszę z ziemi do tej pory. Zaskok. Totalny, niespodziewany, ale bardzo pozytywny.

Majka rzuciła palenie!!!

Więc będzie śmierdzieć tylko whisky. W sumie w ramach motywacji, mogę jej dodać zapach czekolady, niech ma! Nie będę jej na starość żałować ❤.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.