Sport ekstremalny 😉😊

Mój mąż pracuje od 6 do 14. Jak wraca z pracy, to ja wychodzę. W tygodniu ciężko nam wyskoczyć nawet na zakupy. Staramy się kupować raz w tygodniu w soboty, a po pieczywo i to co zabraknie jeżdżę z maluchami autobusem.

Na weekendowych zakupach modlę się zawsze, żebym kupiła wszystko, bo z moimi maluchami przejażdżka do miasta zmienia się w wyprawę.

Najpierw się ubieramy. Pierwsza Buba, rach ciach, do wózka i wystawiam do ogrodu. Następny Felutek. Przy jego ubieraniu można użyć tylko ciach. Buty, rękawiczka, druga, jeszcze raz pierwsza, bo mu się zdjęła przypadkiem, druga jeszcze raz, bo paluszki źle powkładał.

Czapka. „Nie chce tą, chce inną”. Inna brudna. Bek. „Chce brudną”. Dobra. Trudno, najwyżej kaptur nałożę. Kurtka, ta to już całkiem umorusana, a przedwczoraj prałam. Szalik. Tak, taki jak tata ma. Tak tatuś na pewno lubi szalik i tak, tatuś się ucieszy, że tak pięknie się ubrałeś.

Gotowy. Sio na dwór. „Nie idź tylko do warzywniaka, bo tam błoto”.
Teraz ja. Wkładam buty. Kurde, skarpety dwie różne. Zresztą, kto mi w kozakach zobaczy. Spodnie. Maaaaamooooo? „Bam zrobiłem”. Szlag, grzebał w błocie w warzywniaku. Spodnie czarne. Szybko przebieram. Buba już się złości, wiec na bluzkę od piżamy nakładam kurtkę, tylko po chleb, mleko i kaszę. Nie będę się przecież rozbierać.

Lecimy na przystanek. Plecy mokre. Przyjeżdża szybko, pakujemy się jakieś 5 minut, kierowca cierpliwie czeka. Ja mniej cierpliwie próbuję postawić gdzieś wózek. Dobra. Jest. Jedziemy.
„Mamooooo? A to? A co to? Maamoooo? A mamusiu? A to?”

Ok. Nasz przystanek. Feluś musi wcisnąć stop. Wysiadamy, chyba jeszcze dłużej niż wsiadaliśmy. Ufff. Udało się. Idziemy po chleb. „Maamoooo pić! Mamo kupa! Mamoooo? Mamo na rączki”. Sklep widać na horyzoncie. Pot po pupie leci, ale trzymam się. Opanowanie level hard. Sklep. „Tataaa lubi koperek. Feluś lubi koperek też. I kiełbaskę lubi jak tata. Mamo jajo chcę. Maaaamooooo…. Jajo”.

Dobra. Szybko. Niech ma to jajo. Po jednym nic mu nie będzie. Teraz chce je jeść! O ludzie. Wózek. Buba. Siaty, a ten się drze jajo. Siadam z nim na murku, z tymi siatami, jak menel trochę i mu pomagam. Pyszka.

Wracamy. Autobus za 10 min.„Mamooo na rączki. Pić. Mamoooo. Buba płacze. Mleczko chce”. Autobus jedzie. Pakujemy się. Dobra, ruszaj pan, bo siły nie mam. Plecy mokre, dupa mokra, ale kiszę się w tej kurtce, bo piżama pod spodem. Jezu, jaka ja głupia. Po co mi to było. Zaraz się ugotuję.

Dobra, wysiadam. Feluś wyje, bo ktoś inny stop wcisnął. Buba zmęczona. Drze się. Biegiem do domu. Rozbieram. Na oślep, bo pot po oczach się leje. Najważniejsze, że dojechaliśmy.

„Maammmmo? Ammm”. Jest pieczywko, więc kanapka. No dobra, a gdzie pieczywo? Siatka cała? Boszzzzzeeeee!!! Nieee. Nie, tylko nie to. Tak. Jednak to! Siatka w autobusie została. 😊

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

 

0 thoughts to “Sport ekstremalny 😉😊”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *