Empatia 😊

Dziś do mnie dotarło, że nasza rodzina ma problem z empatią.

Kilka miesięcy temu T miał problem z kolanem. Musiał przejść zabieg, który szybko postawił go na nogi. Nie było to nic skomplikowanego i T po miesiącu był jak nowy.

Jak się dowiedział, że z Bubą będę miała cesarkę, to zadzwonił i mówi:

T: Jak tam? Przygotowana? Maja z Tobą idzie?
Ja: Tak. Idzie, idzie. Ale mimo wszystko boję się trochę.
T: Ania, bez przesady. Ja miałem operację na kolano, a Ty to zwykły zabieg będziesz miała.

Po jakimś czasie T wysyłał zdjęcia, że leży, że ma grypę i bardzo źle się czuje. Zasypałyśmy go z Majką tekstami w stylu: „Oj biedny, jak do wieczora przeżyjesz, to żona Ci bańki postawi”, „Masz 36,7? Dzwonić na pogotowie?”

Kilka tygodni temu, napisał kuzyn, że żona w szpitalu, że plecy bolą. Od razu do niej napisałam:

Ja: Co tam? Jak się czujesz? Co w te plecy? Zwyrodnienie jakieś?
A: Trochę lepiej. Tak, jakieś zwyrodnienie.
Ja: A, to możemy od dziś mówić na Ciebie, że jesteś zwyrodnialcem lub zwyrolem?
A: Haha możecie Ania.

Kalejny raz, kiedy Majki R, miał nogę w gipsie to śmialiśmy się, że jest Gipsy King.

I tak ciągle, podśmiechujki ze wszystkiego 😂😂😂.

Ale dopiero dziś to do mnie dotarło.

Piszę do brata, że głowa już kilka dni mnie mocno boli. I wiecie co on na to?

T: Biedny S.

😂😂😂😂

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Dokąd zmierza świat 😊😉

Przeraża mnie to trochę. Zaczynam bać się o swoją przyszłość.

Mama nasza zawsze była troszkę na bakier z techniką. Miała komórkę i jeśli coś chciała, to puszczała sygnał, a my oddzwanialiśmy.
Kilka miesięcy temu dostaję wiadomość:

M: ANIATUMAMAMAMNOWYTELEFONNIEWIEMGDZIESIEROBIPRZERWE
Ja: Mamo, tu Ania. Przerwa jest w „0”.
M: ANIA.CHYBA.NIE.NIE.UMIEM.ZNALEŹĆ.
Ja: Mamo, to spróbuj w gwiazdce.
M: ANIA JUŻ MAM DZIĘKUJĘ UCZĘ SIE PISAĆ
Ja: Nie ma za co Mamo. Zmień sobie jeszcze litery na małe.
M: °¢^¢]€×€}¢}¢[€{|{|}¢[€]¢{¢

Znaczy coś jej nie poszło. Zadzwoniłam i wytłumaczyłam jak to zmienić.
Z czasem mama się wprawiła i pisała do każdego.

Kilka tygodni temu dzwoni ktoś na Messengera. Odbieram zdzwiona i pytam:

Ja: Halo?
M: Ania? Haha udało mi się!
Ja: No super mamo.
M: I sama wykombinowałam. Maja mi tylko powiedziała, żeby dzwonić jak zielona kropka. Cieszę się, że mogę Cię zobaczyć.
Ja: Świetnie sobie radzisz.
M: Ania, a u mnie w okienku tylko moje czoło widać. Wiesz jak to zmienić.
Ja: Mamo, głowę odsuń.
M: Aaaa, no widzisz. To ja zawsze mogę dzwonić jak zielone?
Ja: Teoretycznie tak mamo, ale my mamy aplikacje w komórkach i ona ciągle się na zielono świeci.
M: Jak to w komórkach? To ja też tak mogę?
Ja: Nie mamo. Ty masz inny model.

Okłamałam trochę. Nawet nie wiem jaki model ma, ale znając mamę, jakby miała w komórce, to o 5 rano by dzwoniła, bo wtedy „jest najluźniejsza”. A komputera nie chce jej się tak rano włączać.

Szybko! Muszę wszystkich ostrzec, żeby utrzymać tą samą wersję 😝😝😝.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Cudowne ozdrowienie 😉

Angielska służba zdrowia mnie siłą perswazji wyleczyła. Noga nie boli… ze strachu chyba.

Pisałam Wam, że dostałam skierowanie na usg. Sądnego dnia pojechałam do szpitala, zarejestrowałam się i wtedy się zaczęło.

Pokulałam do wskazanej na liście i oddalonej o kilometr kliniki. Zgłosiłam przybycie i zajęłam miejsce w poczekalni. Po pół godzinie czekania zaproszono mnie do kliniki. Przyszedł pan pielęgniarz, odebrał ode mnie list od mojego lekarza pierwszego kontaktu i zaprowadził do pokoju zabiegowego.

Myślę sobie ufff, uwinęli się dziś. Ale pan niestety mnie tylko zważył (czym zepsuł mi tylko humor) i zmierzył, po czym wyszedł. Kazał czekać. Po 15 minutach wrócił z niebieską karteczką i wysłał mnie do rejestracji. Rejestracja na innym oddziale, ale pokulałam, bo co robić. Odczekałam swoje w kolejce. Pani w rejestracji to na mnie, to na kartkę i mówi, że to nie tu. Mam wracać. Kulam z powrotem. Czekam. Pokazuję kartkę. Mówią, że tam. Iść jeszcze raz. Noga odpada, ja kulam, ale trzymam nerwy na wodzy. Podaję kartkę w rejestracji. Pani sprawdza jeszcze raz, klika coś i mówi, że wracać, że dadzą teraz zieloną taką samą i z zieloną do niej znowu. Poważnie? Kulam w jedną, w drugą się już czołgam. Przynoszę zieloną. Czekać. Na stojąco. W końcu to niedorzeczne, żeby w przychodni ortopedycznej krzesła były potrzebne.

Przychodzi Pani, zabiera do przebieralni, każe się przygotować do rentgenu. Na nic tłumaczenia, że ja nie na rentgen tylko usg. Pani mówi, że lekarz kazał i już. Z tym, że ja od dwóch godzin na oddziale, a lekarza nie widziałam. Rentgen wyszedł dobrze. Iść do okienka. Po zieloną kartkę z pieczątką. Dają i każą wrócić do kliniki. Czołgam się. W klinice tłok. Każą czekać. Szlag mnie trafia. Pochodziłabym w nerwie, ale noga boli. Wywołują. Wchodzę. Czekać. Już lekarz idzie. Po 20 minutach przychodzi, maca kolano i mówi, że rentgen nic nie pokazał. Trzeba usg. No brawo geniuszu. Gdzie mam iść? Z niebieską kartką do rejestracji.

Bossszzzzzze!! Naprawdę? Wlokę się. Czekam, bo kolejka. Zabijam wzrokiem. Podchodzę do rejestracji i podaję kartkę. Pytam gdzie iść na to usg? Pani w rejestracji widzi, że zionę ogniem (jestem już w końcu u niej chyba piąty raz), odsuwa się i po cichutku mówi, że to nie od ręki robią. List przyjdzie. Czekać. Wizyta za około 6 tygodni.

Wracam do auta na parking. Nie kuleję. Noga się już poddała 😉.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Historia histerii 😉

Mieliście kiedyś taką sytuację, że nie wiedzieliście, czy śmiać się czy płakać?
Ja do takiej sama doprowadziłam.

Mój Synek ma trochę ponad dwa latka i uwielbia pluszaki. Ma ich dużo i wszystkimi się bawi. Karmi je, maluje z nimi, zabiera ze sobą na spacer czy na zakupy. Jeden, brązowy miś, jest jego ulubionym. Wszędzie go ze sobą „targa”.
No i właśnie, po tych wędrówkach miś był umorusany okrutnie. Myślę sobie, Feluś pójdzie spać, to wrzucę go do pralki i troszkę odświeżę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Miś mieszał się z ręcznikami i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że synek obudził się wcześniej.

Wchodzi do kuchni, patrzy na pralkę, na mnie, znowu na pralkę i ….. w bek.
Rozpłakał się strasznie. Szarpał za pralkę, dotknąć się nie dał. No histeria po prostu. Patrzę na pralkę – 14 min zostało, a wrzask w kuchni taki, jakby go ze skóry obdzierali.

Zwabiona krzykiem do kuchni wpada teściowa. Ocenia sytuację i mówi:

T: Ania, nic mu nie będzie.
Ja: Mamo, a jak on jakąś traumę będzie miał?

Z tego żalu nad kurdupelkiem też się rozpłakałam. Przez łzy skasowałam pranie i otworzyłam pralkę. Pół kuchni zalałam. Grzebię w tym praniu chlipiąc i szukam tego misia.

Misiek wyglądał jakby go pies zjadł i wyrzygał. Mokry taki, ciężki i kapiący.
Kiedy synek już go dojrzał i zobaczył, że mu go podaję, zaczął się śmiać przez łzy.

Bierze go w ręce, woda kapie, on mokry, ja mokra, kuchnia pływa, a on… a on mi podaje go z uśmiechem i mówi: „Mama suszyć misia!!!” i wkłada do pralki z powrotem.

😁😂😂

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Kocham Cię S 💕

Za nami wiele trudnych chwil,
Przetrwamy jeszcze nie jedną.
Porażki, upadki, niepowodzenia,
Przy naszej miłości bledną.

Wspierasz we wszystkim co robić chcę,
Na wszystko patrzysz z miłością,
Każdy dzień z Tobą spędzać razem
I jesteś dla mnie radością.

Choć nieraz kłótnie dzielą nas,
Stres, nerwy i zmęczenie,
Ty ze spokojem znosisz to,
Nawet codzienne „fuczenie”.

Chcę Ci powiedzieć, że kocham Cię
I nigdy nie przestanę,
Najlepszym mężem na świecie jesteś,
I zawsze przy Tobie zostanę.

P.S.
I jeśli przez myśl przeszło Ci
Walentynek nie świętować
To muszę bardzo zmartwić Cię
Będziesz Ty tego żałować 😂😂😂

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Guru 😊

Piękną pogodę mieliśmy ostatnio. Niby zima, a 15 stopni. Jak są takie dni kiedy nie pada, to spędzamy je całe na podwórku. Feluś szaleje w ogrodzie, a Buba drzemie sobie w wózeczku.

Zawsze pstrykam dzieciakom fotki i na bieżąco transmituję Majce.
Tak też było i tym razem.

Wysłałam kilka zdjęć jak Feluś kopie koparką w doniczkach z kwiatami, jak szaleje z grabkami i jak zjeżdża na zjeżdżalni. Wysłałam też kilka zdjęć śpiącej Buby.

Po kilku sekundach dostaje odpowiedź, że Felusio super, świetny, ale…

M: Ania, dlaczego Buba bez czapki?
Ja: Maja, bo u nas cieplutko i ona ma kombinezon i kaptur. Nie chce jej przegrzewać.
M: Anka, ale to jest zima i dziecko musi mieć czapkę.
Ja: Maja, no ale ona ma kaptur.
M: I uszy na wierzchu!!!
Ja: No dobra.
M: Zrobisz jak zechcesz, ale masz robić jak ja Ci mówię!
Ja: Dobra już, dobra.
M: Ja nie chcę tylko, żeby się przeziębiła.

Pożegnałam się z siostrą oschle, odłożyłam telefon zła, a wieczorem żalę się S.

Ja: Ona mi ciągle mówi co mam robić. Przecież ja jej nie przeziębię. Ciepło było…

I w tym momencie mój wywód przerwało pojedyncze kaszlnięcie Buby. Najpierw zamarłam. S dostrzegł panikę i strach w moich oczach i mówi:

S: Ania, spokojnie. To jedne kaszlnięcie.
Ja: Ludzie. Majka mnie zabije!!!
S: Spokojnie, nawet jeśli Buba się rozchoruje, to jej najwyżej nie powiemy.

Ufff, pupusię mi mąż uratował 😜😜.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Różowe love 😍

Dziś będzie sentymentalnie.

W końcu wkrótce Walentynki, miłość czuć w powietrzu, a od różowych i czerwonych serduszek mdlić ciutkę zaczyna 😝.

S poznałam w swojej pierwszej pracy w Anglii. Nasze pierwsze spotkanie można zaliczyć do bardzo nieudanych 😊.

Po wstępnej prezentacji przez znajomych i zamienieniu kilku zdań, ja oceniłam S jako „cham straszny”, a on mnie „bez szału” (oczywiście za plecami 😝).
Prawda była to, ale tylko połowiczna, bo S straszny potrafi być do dziś 😜😜😜.

Przez kilka kolejnych dni S pomagał mi się zaaklimatyzować w nowej pracy, a ja próbowałam dogadać się ze wszystkimi na migi.
Taka byłam zajęta, że nie zauważyłam, że S pracował na innym dziale, a mimo to ciągle mi pomagał. Po kilku dniach doszło do mnie, że koledzy przezywają go „elektron” , bo ciągle się kręcił w pobliżu.

W pracy dużo rozmawialiśmy. Na początku o głupotach, książkach, jedzeniu. Z tygodnia na tydzień tematy robiły się poważniejsze i dotyczyły rodziny, rozważań i celów.
Popołudniami S do mnie dzwonił i każdego dnia gadaliśmy jeszcze przez telefon po kilka godzin. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że S zabulił wtedy za rachunek prawie 100 funtów 😱😱😱.

S długo próbował mnie namówić na grilla albo na piwo. Po jakimś czasie mu uległam i którejś soboty szykowałam się do wyjścia. Umówiliśmy się, że S po mnie przyjedzie i zwiedzimy kawałek miasta.
Na randkę wyczekiwałam z bijącym sercem, spoconymi dłońmi i strasznym zdenerwowaniem.
Przyjechał na czas, wsiadłam do samochodu i wszystkie nerwy mnie opuściły. Poszliśmy na piwo, gadaliśmy, śmialiśmy się i dużo żartowaliśmy. S pokazał mi kilka fajnych miejsc i wracając do samochodu zatrzymaliśmy się pod katedrą. Popatrzyłam na S z zauroczeniem w oczach i mówię:

Ja: S to była fantastyczna randka.
S: Ania, ale to nie była randka.

I tak to się właśnie zaczęło 😂😂😂.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Photo by Iza 😍

Jestem genialna 😉. No dobra, prawie genialna. Tylko przy tym, lekko opóźniona też. O jakiś miesiąc, mniej więcej.

Jak już Wam pisałam, to MumMe doradziła mi kilka rzeczy. Jedne ogarnęłam od ręki, a nad innymi dumałam. Rozmyślałam nad zdjęciami. Czy z bezpłatnego banku, czy samej robić. Ale samej to trzeba mieć czas. Dobra, czas może bym i znalazła, bo w końcu 4 godziny snu to zbędny luksus. Ale do zdjęć trzeba mieć oko i wyczucie. Po zdjęciu od razu widać, czy ktoś ma talent. Po moich to niestety widać tylko, że z dziubkiem mi nie do twarzy 😂. Z banku łatwizna, a ja łatwizny nie lubię.

I tak dumam, dumam, dumam. I bach. Kurde mam. Mam!!! Jejku, ale ja głupia. Telefon i dzwonię:

Ja: Iza? Ja głupia. Co Ty nic nie mówisz. Toż Ty wiesz, że mi lewa półkula słabiej pracuje niż prawa i ja z opóźnieniem łapię. Przecież Ty robisz zdjęcia.

(Iza to moja koleżanka, Fotografka przez duże F, amatorka przez malusie a, bo jej zdjęcia są świetne).

Iza: Ania, ja nawet sobie myślałam…
Ja: Iza, tu nie ma co myśleć. Ja Ci dam zarys, Ty mi fotkę. Ty będziesz się rozwijać, a ja będę miała piękne, prawdziwe i naturalne zdjęcia.
Iza: Ania, ja muszę to przemyśleć. Zaskoczyłaś mnie. Ja mam kiepsko z czasem. Dam Ci znać.

Rozłączyłam się. I jak ją przekonać? Przecież to jest świetny pomysł. Dobra.
Dam jej czas. Niech przemyśli.

A co tam! Nie ma czasu na gdybanie! Trzeba działać.

Ja: Iza wysłałam Ci tematy, masz wolną rękę. Potrzebuję na jutro.
Iza: Haha, ale ja nie wiem.
Ja: Ale ja wiem 😉😊.

Widzicie. Tak się załatwia biznesy. Terrorem 😜😜😜.

Photo by Iza.

Prawa do treści na stronie zastrzeżone.

Pomocna dłoń ❤

Ha! Haaaaa! 😁😁😁
Ale jaja 😉, że tak napiszę elokwentnie 😜. Nie wierzę. Aż podskakuję. Dawno się tak nie ekscytowałam. Nie pamiętam nawet kiedy. Ale chyba ostatni raz jak byłam z Bubą w ciąży i S mi przywiózł po pracy 8 pączków (8 różnych 😁😁😁).

Ale do brzegu.

Pamiętacie, jak Wam pisałam, że znana blogerka mi napisała, żeby nie publikować codziennie?

To, to jest bzdura.

A skąd wiem?
Napisała mi tak zaje-fajna, mega, mega, mega popularna blogerka i do tego bardzo normalna.
Napisałam do niej kilka dni temu. Na tak zwanym „szale”, z prośbą o opinię. Odpisała, że w wolnej chwili odpowie. Po kilku dniach, jak na narwańca przystało, przypomniałam się jej 😜😜😜.

Dziś wracam z pracy, odpalam telefon. I co? Do kogo odpisała mega znana blogerka 😂😂😂, która udziela wywiadów w Pytaniu na śniadanie???
Ha! A no właśnie.

Pogadałyśmy kila minut. Tzn. Ona pisała, a ja w tym czasie próbowałam wyjść z szoku. W sumie to się jej pewnie mnie szkoda zrobiło, bo nawet w piśmie było widać, że się jąkam 😜😜😜.

Wypieki mam do tej pory, o gęsiej skórce nie wspomnę. I prawie męża zabiłam. Lecę z góry i się drę:

Ja: S … Ssssss, S…..
S: Boże co się stało? Co? Co jest?
Ja: A, aa, aa a wiesz kto do mnie napisał?
S: Co napisał?
Ja: No do mnie kto napisał?
S: Ania, jesteś nienormalna. Mało zawału nie dostałem. Myślałem, że coś się stało!
Ja: Stało. MumMe mi napisała!
S: Kto?
Ja: Weź mnie nie denerwuj nawet. Jak taki jesteś, to jak kiedyś będę szła do Pytania na Śniadanie, to ją zabiorę, a nie Ciebie!!!

Człowiek człowiekowi wilkiem, a bloger człowiekowi przyjacielem ❤.

Dziękuję 😘

Photo by Iza.

Prawa do zdjęcia zastrzeżone.

Kiedyś go dopadnę… 😉

Wredota 😉.
Tak, właśnie tak. Wredota. I to nie S (tym razem 😜), a brat mój. Na własnych nerwach chowany. Jak on mnie czasem wkurza, to słów brak.
Zacznę od początku, bom zła i motam okrutnie.

On zawsze musi być lepszy ode mnie. We wszystkim. Od studiów się zaczęło. Jak obroniłam magistra, to mi oświadczył, że na podyplomowe idzie. Kiedy zdradziłam mu, że marzy mi się prawo jazdy na motor, to on mi za trzy miesiące sru zdjęcie na motorze z podpisem „Zdałem”. Pogratulowałam, bo nie jestem zawistna, ale było mi smutno, że mi się nie udało (teraz też już mam 😜, ale to inna historia).

Było tak ze wszystkim, od książek do muzyki. Ciągle musiał być lepszy. Ale dziś przegiął. Całkowicie. Poszedł po bandzie po prostu.

Kilkanaście tygodni temu zaczęłam chodzić na siłownię. Byłam systematyczna (co jest niespotykane u mnie 😁😁😁) i bardzo zawzięta (to akurat spotykane 😜😜😜). Udało mi się trochę schudnąć, wysyłałam efekty Majce i braciszkowi. Niestety kolano mi trachło i musiałam na jakiś czas siłownię odpuścić. Majka jak to Majka, powiedziała, że gruba też mogę być fajna, a T stwierdził, żebym nie przesadzała z tą siłownią i odpuściła. Smutno mi było trochę, ale obiecałam sobie, że jak kolanko naprawię to wrócę.

A dziś – ciach. Dostaję zdjęcie od braciszka z siłowni z ciężarami. Chudy taki, smukły, ładny.

T: Proszę o motywację
Ja: Srację. Spadaj.

Życzę mu żeby schudł, bo go kocham. Ale on zawsze musi być lepszy. Pierwszy. O nie! Tym razem mu nie daruję. Wymyślę coś takiego, że mu kopara opadnie.

A no właśnie, ja piszę blog… 😊

Ale on od kilku dni zawsze odpisuje, że nie ma czasu.

Cholera, pewnie książkę pisze bestia 😜😜😜!!!

Photo by Iza.
Prawa do zdjęcia zastrzeżone.