Romantyk 😉

Kilka dni temu wzięło mnie na wspominki 😊.

Siedzieliśmy wieczorem z S przy kominku, popijaliśmy wino i pytam S:

Ja: A jak byś miał wymienić takie nasze najszczęśliwsze 10 dni?
S: Dużo było świetnych.
Ja: To ja zacznę. Pierwsza nieRandka (opowiem Wam o tym kiedyś 😂😂😂), zaręczyny, ślub, jak Felusia po 18 dniach zabieraliśmy ze szpitala, jak Majka poród Buby odebrała, jak Buba wyszła ze szpitala, dzień kiedy dostaliśmy klucze od domu, pierwszy grill w naszym domu i kiedy jednego dnia mi dwie pary butów kupiłeś 😛😛😛😛. A Twoje?
S: Te same przecież.
Ja: Ej no, wymyśl chociaż jeden.
S: O o o wiem. Nawet dwa tygodnie całe mam.
Ja: Tak? Kiedy niby?
S: A pamiętasz jak miałaś zapalenie gardła i mówić nie mogłaś. To były piękne dni.

Świnia nie romantyk!!! 😂😂😂

Chodź tu miła…

Wpis dla osób powyżej 18 roku życia. Przeznaczony dla czytelników o mocnych nerwach. Zawiera realistyczne opisy i dramatyczne obrazy 😜😜😜.

Ciąża, cyckanie, ciąża, cyckanie. I tak mi zleciało ostatnie trzy lata.

Wróciłam do pracy i Buba sama zdecydowała, że pora cyca odstawić. Ona przeszła nad tym do porządku dziennego, a mnie jeszcze kilka tygodni męczyły wyrzuty sumienia. Buba jednak nic sobie z tego nie robiła i polubiła butlę.

Kiedy w końcu się otrząsnęłam i też doceniłam butelkę, zwróciłam uwagę na swoje cycochy. To był HORROR 😁😁😁.

Dopadły mnie kompleksy. Choć to chyba mało powiedziane, bo kompleksy to się mogły uczyć od moich cycochów 😂😂😂.

S zobaczył, że świruję i próbował mnie pocieszyć:

S: Ania, nie ważne jak wyglądasz. Ja Cię kocham taką jaką jesteś.
Ja: Bla, bla, bla.
S: Ania, przesadzasz.
Ja: S, mi się cycki po ziemi wloką!!
S: Bez przesady. Może są tylko troszkę mniej jędrne.
Ja: S ja już nigdy rowerem nie będę mogła jeździć, bo mi się będą w koła wkręcać!!!
S: Dramatyzujesz jak zwykle. Dobrze wyglądasz, a rowerem i tak nie jeździsz.
Ja: Co ja mam zrobić?
S: Nic Ania. Naprawdę nic nie widać. Może musisz sobie dobry stanik kupić?
Ja: Albo silikony wstawić.
S: Serio? Wiesz że, za cenę silikonów miałabyś 100 par butów.
Ja: I za to Cię właśnie kocham, bo Ty S człowieka z kompleksów jednym zdaniem potrafisz wyleczyć 😂😂😂. W sumie prawda. Jak dobry stanik kupię, to nawet nikt nie zauważy, że one w nim takie zwinięte 😂😂😂.

Cierp ciało, skoroś chciało… 😉

Czuję się zdradzona…

Ale od początku…

Przez ostatnie trzy lata moja waga waha się w przedziale +/-20 kg i niestety najczęściej jest to + właśnie. Jednym słowem, żeby postawić sprawę jasno jestem „spaśnięta” 😛😜😛.

Po porodzie Buby, postanowiłam, że na razie garderoby nowej kupować nie będę, bo na pewno schudnę 😁.

Niezawodne jak zwykle okazały się legginsy. Wyglądam w nich jak salceson, z każdej strony mi się wylewa, cellulit prześwituje i wygląda jak panterka, ale są bardzo wygodne i naprawdę tylko dzięki nim nie chodzę całymi dniami w piżamie 😊.

I wiem, że jedno słynne chińskie przysłowie mówi, że „legginsy to nie spodnie”, a drugie, że „męża oszukasz, przyjaciółkę oszukasz, ale legginsów nie oszukasz” 😛😜😛, ale to jedyny ciuch, w który się mieszczę na stojąco, bo w inne muszę się „wbijać” na leżąco 😜😜.

Jeansy z reguły zakładam tylko do lekarza, ale zawsze idę w nich z duszą na ramieniu, bo boję się, że jak się zapomnę i zacznę oddychać to komuś guzikiem zęby wybiję 😉.

Dlatego też legginsy były do dziś moją ostatnią deską ratunku.
I ta właśnie deska mnie dziś zdradziła!

Bo ja rozumiem jeansy, sztruksy, jegginsy mogą „trachnąć” na pupie, ale żeby legginsy!!! 😱😱😱😂😂😂😂

Hej ho, hej ho, do pracy by się szło… 😉

Osobą wykształconą jestem, choć niepraktykującą 😛😛😛. Praca w fabryce wymaga ode mnie jedynie rąk, mózg jest zbędny, na co w sumie nie narzekam. Nie chcę się nadwyrężyć ciągłym myśleniem 😜😂.

Z uwagi na to, że z bloga jeszcze „żyć” się nie da 😁😁😁, to postanowiłam zmienić pracę.

Urlop macierzyński nieubłaganie dobiegał końca więc szukałam czegoś nie w weekendy, nie po 12h i nie na nocki.
Udało się dość szybko, choć nie było to nic ambitnego, ale dobre godziny i blisko. Pieszo 15 minut, a rowerem 5 (ale o tym kiedy indziej) 😉.

Szukanie pracy zaczęłam od podpicowania CV.

Ja: Pomożesz mi napisać CV?
S: Pewnie, dawaj. W którym miejscu jesteś?
J: Umiejętności dodatkowe?
S: Pamiętliwość, czytanie w myślach, przewidywanie przyszłości, płacz na zawołanie.
Ja: S jesteś świnią, miałeś mi pomagać. I to nie jest miłe. Nie gadam z Tobą!
S: Ania, ja żartowałem. Dobra, piszemy. Co dalej?
Ja: Atuty?
S: Pisz „nie dotyczy”…

To się „na pomagał” 😂😂😂.

Chyba mój mąż zatęsknił za cichymi dniami i myślał, że się nie zorientuję 😜😜😜. Kara będzie mężu, kara, nie nagroda 😜😜😜.

Cogito ergo sum

Spać nie mogę.

Nie jest to bezsenność, bo jak już uda mi się zasnąć, to super śpię, tylko właśnie z samym zasypianiem mam problem.

Dzieciaki śpią, Buba się wciska we mnie, zaciągam się zapachem niemowlaka. To zawsze ten zapach sprawiał, że zasypiałam po kilku minutach.

Zerkam co chwilę na S i nie mogę uwierzyć, że tak smacznie śpi i pochrapuje wesolutko. Korci mnie co jakiś czas, żeby go obudzić, ale nie mogę być, aż taką chamką ( do czego sama siebie próbuję przekonać 😉). 

Myśli w głowie tysiąc. Dentystę przełożyć, bo S ma inne zmiany, do teścia zadzwonić, o której i kiedy dokładnie ląduje, kupić Bubie kurczaka z wolnego wybiegu na obiad i Felusiowi odebrać pianino. Myślę, myślę, myślę i po chwili dociera do mnie, że coś jest nie tak. Połowę z tych spraw musi załatwić S, a jemu to w spaniu nie przeszkadza.

Jak to jest możliwe, że przykłada głowę do poduszki, mówi dobranoc i śpi???? Trochę to przerażające.

Próbuję tak samo, ale dalej myślę, myślę i myślę i po chwili dociera do mnie, że S śpi, bo jego to NIC  już nie obchodzi. Dlatego, tak łatwo i lekko zasypia.

Budzę go zła na cały świat.

Ja: S wstawaj!

S: Co się stało?

Ja: Dlaczego śpisz?

S: Bo jest noc, bo jestem zmęczony, bo za 3h wstaję do pracy? Co się stało?

Ja: Śpisz, a ja nie mogę zasnąć, bo myślę, a teraz myślę czemu Ty nie myślisz.

S: Boże, Ania śpij. Ja myślałem w dzień.
Fajnie, że on umie w dzień myśleć 😉😉😉. Jutro spróbuję 😂😂😂, pod warunkiem, że do jutra uda mi się zasnąć. Muszę postarać się o tym nie myśleć 😜😜😜.

Gdyby kózka nie skakała…

Mam kontuzję kolana. Boli jak diabli, woda mi się zebrała, chodzić nie mogę. 

Zadzwoniłam o 8 rano do przychodni i wizyta, o dziwo,  tego samego dnia o 10:20. Pojechałam, doktor Brown mnie przyjął i pyta co mnie sprowadza. Mówię, że kolano boli, że „kulam”, że nie umiem zgiąć. Wypytał czy wypadek, czy uraz i mówi, żebym pokazała kolano. 

I zonk, bo ja w rurkach 😂😂😂. Nie ma szans, żeby podwinąć. Szybko przebiegłam myślami, jakie majtasy mam 😉 i ciach, spodnie w dół. I znowu wstyd. Sezon grzewczy się zaczął i nogi średnio ogolone 😂😂😂. Na pierwszy rzut oka dramatu nie było (2-3 dni jak sięgałam pamięcią). Dobra, myślę nie jest źle póki nie maca. No, a on ręce na kolano położył – i maca. Trudno myślę, jakoś przełknę, oby tylko wyleczył kolanko.

Doktor Brown pocmokał, pomyślał i mówi, że usg trzeba zrobić, że rentgen nic nie da i w trybie pilnym trzeba jednak usg. Myślę sobie super, przynajmniej się dowiem co i jak. 

Pytam więc:

Ja: To gdzie mam z tym jechać Panie Doktorze?

D: A, to list przyjdzie ze szpitala, gdzie się zgłosić.

Ja: yyy list? Ale ja nie mogę chodzić, a mam dwójkę małych dzieci w domu.

D: To coś przeciwbólowego paracetamol albo ibuprom i przepiszę Pani coś na receptę.
Świetnie pomyślałam, chociaż tyle. Na „przeciwbólach” jakoś do tej wizyty wytrzymam. Receptę dostałam na 200 tabletek, co pośpiechu nie sugerowało 😊.

Minął dzień listu nie ma, drugi i dalej nic więc dzwonie tam. Mówią mi, że już wizyta umówiona, że tam wiedzą, że w trybie pilnym.

Wczoraj przychodzi list z terminem za dwa tygodnie… 😱😱😱 Prawie zapłakałam.

Mówię do S:

Ja: S ja mam wrażenie, że jak ja sobie tę nogę odgryzę to mnie będzie mniej bolało.

S: Ania, musisz wytrzymać. Coś wykombinujemy, żeby tej nogi nie nadwyrężać.

Położyliśmy się wieczorem do łóżka i S pyta jak może mi pomóc:

S: Może Ci maścią posmaruję?

Ja: Warto spróbować.

Kucnął koło mnie, delikatnie kolano smaruje, rozmasowuje maść dokładnie. Potem przyniósł poduszkę i próbuje włożyć pod kolano. I pyta:

S: Wszystko ok? Pomaga coś?

Ja: S trudno powiedzieć, bo nasmarowałeś zdrowe kolano. 😂😂😂😂
Ale ponoć liczą się chęci 😉❤

„Nie mów do mnie teraz!”

Wczorajszy dzień był okropny. Zwyczajnie, po ludzku paskudny.
Zaczęło się już w nocy. Około 22 rozpoczęły się wędrówki ludów. Usypialiśmy maluchy jak zawsze w naszym łóżku, potem kiedy Feluś zasnął, to S zaniósł go do jego pokoju i zostaliśmy u nas we trójkę. Buba zanim usnęła kręciła się, przewracała, „kotłasiła” prawie dwie godziny. Nie zdążyliśmy oczu zmrużyć, Felusiowi coś się przyśniło, S poleciał do niego z odsieczą i już u niego został. Po trzech godzinach Feluś zapłakał „do mamy i Buby” i znowu o 4 nad ranem wylądowaliśmy w łóżku we czwórkę. Po godzinie wstała Buba na mleczko, a po wypiciu butli uznała, że już się wyspała i warto zacząć dzień od „śpiewania”. Uciekłam  z nią szybko do pokoju Felusia, żeby dać chłopakom pospać. Nic nie dało, że udawałam, że jeszcze śpię, że jej nie słyszę – nie dała się nabrać. Wstałam więc, ubrałam ją, umyłam, nakarmiłam, a ona…. zasnęła. Nie myśląc nawet minuty, położyłam się z nią, westchnęłam, zamknęłam oczy….. I słyszę: „ Mamusiu, już wstałem” 😊.
Zeszliśmy na śniadanie. S w humorze „bez kija nie podchodź”, ja bardziej w „nie mów do mnie teraz!” 😊. 

Śniadanie, kawa i szykować się na pierwszy dzień pracy. Miało być miło i sprawnie, bo pierwszego dnia odbywało się szkolenie i mieliśmy napisać tylko kilka testów ze znajomości bhp i bezpieczeństwa żywienia.

Przewidywane cztery godziny zmieniło się w siedem. Myślałam, że wyjdę z siebie. Za dziećmi tęskniłam (pierwszy raz zostawiłam je na tak długo), ba, nawet za S tęskniłam (co już kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi) 😉😊.
Skończyliśmy, wróciłam do domu, dzieciaki szalały ze szczęścia, ja też, S pyta jak było:
Ja: Okropnie!
S: Wiem, w telewizji mówili.
Ja: S naprawdę było paskudnie, a Ty jak zawsze „podśmiechujki” sobie robisz!
S: Ania, w telewizji mówili, że dziś jest najokropniejszy dzień w roku. Chodź, zupę podgrzałem.
A mówią, że telewizja kłamie 😂😂😂.

 

Pańska Skórka

Ponoć jestem zrzędą. S uważa, że marudzę i marudzę, i ciągle to samo i to samo. Trochę racji ma, ale jak w połowie stycznia, proszę rozbierz choinkę i rozbierz choinkę, to tego raczej marudzeniem nazwać nie można.

W końcu stwierdziłam, że jak sama nie rozbiorę, to S gotowy na Wielkanoc wydmuszki na niej powiesić 😂😂😂.

Ozdoby zdjęłam, lampki też, ale, że tak się sypała okropnie, to trzeba było ją pociąć w salonie, wrzucić do wora i dopiero na dwór. 

S powiedział, że potnie, bo znając mnie to zaraz sobie palca utnę (nie wiem skąd sobie to wymyślił 😜). Zaczął od góry, ale źle mu szło, bo igieł pełno, ciężko ją złapać było, więc mówię:

Ja: Kocie nałóż rękawiczki.

S: Coś Ty, nic mi nie będzie.

Ja: Podrapiesz sobie ręce całe.

S: Bez przesady Ania, ja nie mam takiej delikatnej skóry jak Ty.

Nie, to nie. Przecież go nie zmuszę. Zostawiłam go z choinką, a sama poszłam kuchnie ogarniać. Po jakimś czasie usłyszałam, że S „cholerami” rzuca i marudzi coś pod nosem. Idę do niego i pytam:

Ja: Co się stało?

S: Nic.

Ja: S no mów.

S: Odciska sobie zrobiłem.

😂😂😂😂
Delikatna ta Pańska Skórka, Panie S 😜😜.

Zosia samosia

Przez ostatnie dwa lata ciągle coś z S remontujemy, malujemy, meblujemy. Nie są to wielkie zmiany i wszystko zajmuje nam sporo czasu, bo robimy sami. Tym razem padło na pokój gościnny. Stało w nim stare łóżko, i nie dość że zajmowało pół pokoju, to było już wyleżane i zwyczajnie niewygodne. Z wymianą ciągle się wstrzymywaliśmy, bo zawsze były pilniejsze wydatki. A po nowym roku okazało się, że najpierw teść przyjedzie na miesiąc, a potem teściowa na trzy tygodnie, to wyjścia nie było i łóżko poszło do wymiany. Tym, którzy dziwią się, że nie kusiło mnie, żeby położyć teściową na miesiąc na niewygodne łóżko, napiszę tylko tyle, że bardzo kusiło 😜😛😜.

Stare łóżko udało się sprzedać, a przy wyborze nowego padło na zwykłą, polską, porządną wersalkę. Zakupiliśmy ją przez Internet i po tygodniu wyglądaliśmy kuriera.

Polscy kierowcy przyjechali w sobotę wieczorem, wnieśli wersalkę od podwórka, zwinęli gotówkę i pojechali.

A my z S zostaliśmy z prawie dwumetrową wersalką i musieliśmy ją jakoś wnieść na górę.

Jak się szybko okazało, nie było na to najmniejszych szans. S zdecydował, że ją rozkręci i wniesiemy ją w częściach.

Przyniósł ze schowanka wiertarki, wkrętarki, zakrętarki i wszystkie inne „srarki” (które skądinąd zabierają mi tak wiele potrzebnego miejsca 😉).

Rozkręcił. Skrzynia okazała się leciutka więc z nią właściwie „wbrykaliśmy” na górę. Gorzej było z częścią leżącą. S postanowił, że on po schodach idzie pierwszy. Wersalka okazała się ciężka jak cholera, bardzo nieporęczna i do tego uparta, bo się w połowie schodów (jest tam lekki zakręt) zaklinowała.

S: Ania, Ty tylko podtrzymuj.

Ja: No przecież nic nie robię.

S: No to pchaj!

Ja: To pchać czy tylko podtrzymywać!?!

S: Ja ją utrzymam, ale Ty musisz lekko popychać.

Ja: S, ale ja mam tam rękę, zaraz mi bark urwiesz.

S: No to mówiłem Ci nie pchaj, tylko podtrzymuj.

Koszmar jakiś. Dzieci śpią. A my pośrodku schodów, a ona ani w dół, ani w górę. I znowu:

S: Ania, bo się wścieknę, no dasz radę popchać czy nie?

Ja: S błagam Cię, bo oszaleję zaraz. To mam pchać czy podtrzymywać tylko, bo zaraz się pokłócimy.

S: Pchaj no!!!

Popchałam z całych sił. Ruszyła, wnieśliśmy. Ściana podrapana, wersalka podrapana, moja ręka podrapana. Nie komentowałam, udało się no i super. S skręcił na górze i malina 😊.

Na drugi dzień przyjechał nasz dobry kolega na obiad, S zabrał go na górę żeby pokazać zmiany i słyszę jak gadają:

K: O kurcze, nie było problemu z wniesieniem? Wnieśli Ci?

S: Nie, sam wniosłem.
Sam wniósł!!! Sam!!! Sam przecież, bo ja tylko podtrzymywałam!!! 😂😂😂😂

GPS

Mąż mój ma pamięć złotej rybki.
Pamięta tylko do dwóch rzeczy na raz i to nie zawsze. I nie mówię tu o zakupach, ale chodzi też o zwykłe sprawy codzienne.
Ja: S przynieś proszę z góry pampersy dla T i śpiochy.
Schodzi z góry i niesie tylko pampersy!
Wiem, wiem zdarza się. Ale nie 100 razy dziennie!!!

Do tego, ja nie potrafię zrozumieć jak to jest możliwe, że on pamięta takie rzeczy po których mnie rozbolałby mózg: cytaty z głupawych filmów, pierdoły z kwejka, ba! nawet mądrości z discovery, a normalnych rzeczy nie.
Z wszystkich ważnych dat, pamięta tylko datę swoich urodzin (chociaż tyle) i dzieci. Z tym, że z dziećmi ma ułatwione zadanie, bo oboje są z 1-ego 😊😊😊.
Jak przystało na osobę wredną, a za taką jestem uznana (nie bezpodstawnie 😉😉), postanowiłam podtrzymać swój wizerunek 😉😊 i poćwiczyć pamięć męża 😛😛😛.

Kilka tygodni temu S zgubił obrączkę w pracy. Przykro mu było bardzo, więc z otwieraniem buzi w stylu „a nie mówiłam” odpuściłam sobie… na jeden dzień oczywiście 😜😜😜.
Po pewnym czasie dotarło do mnie, dlaczego małżonek tak się zmartwił. Obrączka miała wygrawerowaną datę ślubu i moje imię 😀. Jakby imię zapomniał, to może się ratować: Kociakiem, Misiakiem, chodzącą Aferą i bym się nawet nie zorientowała. Z rocznicą ślubu już byłoby gorzej.
Na minione święta zamówiłam mężowi obrączkę w prezencie. Nie dotarła jeszcze niestety, ale mąż o niespodziance wie. A niespodzianka będzie tym większa, bo grawerunek zmieniłam i daty i imienia już tam nie będzie 😂😂😂.
Zgaduj zgadula 😜😜😜