Lewa noga 😊

Na nasz urlop polecieliśmy samolotem do Warszawy i po dwóch dniach u mojej siostry, musieliśmy dostać się do rodzinnego domu S. Teść zadeklarował, że po nas przyjedzie i nas odwiezie. Jednak szkoda było nam go gnać w obie strony, więc Majka poukładała tak swoje sprawy, żeby nam pożyczyć auto.

Samochód marzenie. Marki nie pamiętam, ale duży, siedmioosobowy, amerykański i z automatyczną skrzynia biegów.

W uwagi na to, że nigdy nie prowadziłam auta w „automacie”, S dał mi kilka lekcji w teorii, o potem zabrał na przejażdżkę.

W jedną stronę ciągle deptałam nogą w podłogę i próbowałam wcisnąć sprzęgło. Ciągle grzebałam między siedzeniami w poszukiwaniu skrzyni biegów. Co 3 sekundy pytałam S, czy na pewno jadę dobrą stroną drogi. Myliły mi się kierunki i miałam wrażenie, że ciągle jadę pod prąd. Na rondach stałam dobre kilka minut, żeby dobrze zjechać. Koszmar.

Zrobiliśmy krótką przerwę. Chwilę odetchnęłam i się uspokoiłam. I w drogę powrotną już było dużo lepiej, choć musiałam ruszyć pod górkę i strasznie panikowałam:

Ja: Boże. Boję się, stoczy mi się na pewno. Matko. Stoczy mi się
S: Ania, nie stoczy. Nie panikuj. Jak puścisz hamulec to on bez gazu podjedzie.
Ja: S, błagam Cię. O czym Ty do mnie rozmawiasz. Z dziećmi jadę. Panikuję, bo wiem, że mi się stoczy.
S: Ania, to jak się zatrzymasz to wciśnij, lewą nogą hamulec. A jak bedziesz ruszać to prawą gaz wciskaj i bedzie dobrze.

Kurde. Dobry patent. Ruszyłam i to bez problemów. Wiedziałam, że nie trzeba tak panikować. Udało mi się ruszyć tak dwa razy i już się nie bałam.

Kilka godzin później kiedy wracałam z paznokci tą samą drogą to postanowiłam, że zrobię tak samo.

Lewa noga na hamulec. I masz. Jeb. Całe auto staneło dęba. Ja bach cyckami na kierownicę, a opony aż zapiszczały i zaśmierdziały. Kurde. Co się stało? Najpierw pomyślałam, że ktoś we mnie wjechał. Spanikowałam jak nie wiem. Po chwili dotarło do mnie, że to ja tak zahamowałam. Myślę sobie, że chyba coś źle zrobiłam, więc spróbuję jeszcze raz.

Podjechałam na skrzyżowanie, samochodów pełno, lewa noga na hamulec. Szlag. Znowu. Opony zapiszczały, siaty w środku fruwały, a ja czerwona jak burak, trzęsąc się jak galareta odstawiłam tą nieszczęsną lewa nogę i jakoś udało mi się zjechać ze skrzyżowania.

Do domu zajechałam dalej czerwona, zawstydzona i zła jak osa.

S: Co się stało?
Ja: Ale żeś mi patent sprzedał. Pół skrzyżowania zablokowałam i mało sobie jedynek o kierownicę nie wybiłam.
S: Ania, to delikatnie trzeba i dopiero jak się zatrzymasz.
Ja: Przecież delikatnie!
S: Lewa noga jest od sprzęgła i ona pamięta ten ruch. Tak jest nasz mózg zaprogramowany. Noga głowy słucha.
Ja: S, błagam Cię. Moja głowa to akurat słuchała, jak 43 samochody trąbią na mnie w tym samym momencie.

 

Delikatnie wciskałam. Jadąc. Cholera. Zapomniałam, że to się trzeba najpierw zatrzymać.

Czy blondynki też są programowane przez mózg?

Męski wypad 😉

Mąż mnie zabije za ten wpis, ale muszę. Nie mogłam tego przemiczeć  I nie dlatego, że było to mega śmieszne. Jestem lekko przewrażliwiona na punkcie zdrowia, więc postanowiłam napisać. Kobietom ciągle przypomina się o badaniach, kontrolowaniu się, a u facetów cisza, bo temat wstydliwy. Ja wolę się wstydzić i mieć męża zdrowego.

Zawsze jak jesteśmy w Polsce, to załatwiamy potrzebnych lekarzy i badania. Ja robię przegląd, a i dzieci jeśli jest taka konieczność odwiedzają doktora. Moje i dzieci badania mamy na bieżąco więc tym razem przyszła kolej na S.

Umówienie wizyty spadło jak zwykle na Majkę.

Ja: Maja sprawę mam. Umówiłabyś mojego S do lekarza?
Maja: A co? Chory?
Ja: Nie. Ale chcę go umówić na kontrolne badania prostaty. Już i wiek ma, a i w rodzinie przypadki.
Maja: No pewnie. A on chce?
Ja: On jeszcze nic nie wie.

A, bo i nie mówiłam, po co ma się buntować i złościć. Sam z siebie, by nie chciał zrobić. Postanowiłam za niego i już. Uznałam, że to ważniejsze zbadać go, niż się trochę nasłuchać.

Maja umówiła mu usg, a w dzień wizyty mówię:
Ja: S, dziś nie możesz od 14-tej jeść. I musisz dużo pić.
S: Co????
Ja: S, masz dziś usg prostaty. Umówiłam Ci wizytę. R Cię zawiezie.

Cisza. Spodziewałam się krzyków i gadania. A tu nic.

S: Ok.

Szwagier go zawiózł i stwierdził, że sobie też zrobi, jak już będzie. A my z Mają miałyśmy używanie. Cały dzień podśmiechujki robiłyśmy, że to się dopiero męskie wyjście nazywa. Że normalni faceci to sobie wyjście na piwo robią, a nie na badania prostaty.
Kiedy wrócili, S mówi:

S: Zdrowy.
Ja: To super. Co mówił?
S: Pytał, co mnie skłoniło do badań. Powiedziałem prawdę, że Ty mnie zmusiłaś.
Ja: Haha i co on na to?
S: Zapytał czy chcę zaświadczenie dla żony.
Ja: Bardzo zabawne.
S: Serio. Wziąłem.
Ja: Po co?
S: Żebyś przez najbliższe 10 lat mi już dupy nie męczyła.

Weselny klimat 😊

Na naszym urlopie impreza goni imprezę i wczoraj mieliśmy wesele.

Nie szykowaliśmy się na noc pełną wrażeń i szaleństwo do białego rana, bo na wesele poszliśmy z dzieciakami.
Zakładaliśmy w optymistycznej wersji, że jak dobrze pójdzie to do 18-tej może uda nam się zostać.

Dzieci buntowały się w dzień ze spaniem i jeszcze dobrze ślub się nie zaczął, a oni już byli zmęczeni. Buba ceremonię przespała, ale na salę wkroczyła z naładowanymi bateriami.

Zjedliśmy pierwsze danie i ruszyliśmy w tany. Bubusię „ukradły” ciotki, a my szaleliśmy z Felusiem.

Po dwóch godzinach szaleństwa z Felutkiem na rękach, po dwóch twistach, jednej lambadzie i jednych kaczuszkach padłam jak po Chodakowskiej. Lało się ze mnie i upociłam się jak szczur. Wyglądałam jakbym miałam za sobą „Hot body”, a S przynajmniej „Bikini”. Za to Felutek był nie wzruszony.

Napędzany sokiem i sernikiem nie dał się zaciągnąć do domu. Bawiliśmy się do 21. Co prawda nie udało nam się razem zatańczyć, ale było cudnie. Wzruszałam się za każdym razem jak patrzyłam na Felusia. Taki duży, odważny. Mój partner do tańca.

W domu wykąpaliśmy dzieciaki. Maluchy padły w 5 minut, a my sobie otworzyliśmy piwo na toast. S mówi :

S: Super było, szkoda tylko, że nie udało nam się zatańczyć.
Ja: Noc jeszcze młoda…

Powiem Wam, że mimo, że raz mnie nadepnął, tańczyliśmy przy „Bańkę złap” to był to super przytulniec. Uśmieliśmy się jak bardzo. Głupawka. A S mówi :

S: Za 20 lat jak pójdziemy na wesele to wrócimy po 3 dniach.
Ja: Za 20 lat jeśli wrócimy z wesela po 3 dniach, to chyba zahaczając o oiom.

100 lat Młodej Parze. ❤

Chrzciny ❤️

Wczoraj był Chrzest Święty naszej Bubusi.

Od rana było pięknie, świeciło słonko i wszystkim dopisywały humory.
Bubusia się zbuntowała i nie chciała spać przez cały. Chyba czuła, że to jej dzień i nie może przegapić żadnej sekundy.

Nie organizowaliśmy dużego przyjęcia. Ważniejszy był dla nas sam chrzest. Była tylko najbliższa rodzina i chrzestni. 13 dorosłych i 6-tka dzieci.

Zaszczyt bycia chrzestną spadł na Majkę, a chrzestnym został kuzyn Szanownego, K.
Felutek przez pół ceremoni pytał: „a co Pan robi?” i „kiedy jedziemy do domku?”. Bubusia dwa razy od księdza „uciekła” i nie tak łatwo dała sobie wygonić diabełka.

Po ochrzczeniu, przyszła kolej na błogosławieństwo nas – rodziców i rodziców chrzestnych.

Ksiądz : Niech pierwsza uklęknie mama dziecka i przyjmie błogosławieństwo.

Ksiądz pomodlił się w mojej intencji i poprosił ojca dziecka, żeby uklęknął. No i w tym momencie chrzestny bach na kolana.

My wszyscy na siebie i w śmiech. Nawet ksiądz uśmiechnął się pod nosem.

Wytłumaczenia dla rodziny mieliśmy dwa. Kto nie ma poczucia humoru usłyszał, że K wziął z miejsca obowiązek bycia ojcem chrzestny na 100%.

A dla tych którzy mają, powiedzieliśmy, że prawie dwa lata skrzętnie skrywana tajemnica, a on bach na kolana i nas wsypał. I to jeszcze w kościele.

Która wersja podoba Wam się bardziej? 😉

To był cudowny dzień. Dziękuję gościom za przybycie i prezenty, Rodzicom za obiad w restauracji i tort, a Hani, że uratowała szatkę, przed wyfrunięciem z auta.
Córciu, niech Pan Bóg ma Cię w swojej opiece.
I Ciebie synku też.

Idziemy do zoo 😊

Zaplanowaliśmy wczoraj wyjście do zoo. Ustaliliśmy, że jak maluchy wstaną z drzemki, to zjemy obiad i pojedziemy.

Ale po obiedzie się rozpadało. Wszystkim było smutno, bo dzieciakom bardzo zależało. I kiedy o 16 wyszło słonko i się rozpogodziło stwierdziliśmy, że jedziemy.

Zapakowaliśmy się do auta szybko, jeśli pakowanie trojga dzieci, dwóch dorosłych, dwóch plecaków i wózka można nazwać szybkim. Włączyliśmy nawigację i ruszyliśmy.

Od Majki do zoo jest dość blisko, ale Warszawa przez ostatnie 6 lat się bardzo zmieniła i nie wierzyłam już swojej pamięci. Zdaliśmy się więc na nawigację.

15 minut drogi zmieniło się w pół godziny, ale przy okazji widzieliśmy Wisłę, zwiedziliśmy Śródmieście i nawet postaliśmy chwilę w słynnych, warszawskich korkach.

Zaparkowaliśmy, ale mieliśmy kawałek do przejścia. Szybkim truchtem, jeśli spacer trójki dzieci, dwójki dorosłych, z dwoma plecakami i jednym wózkiem można w ogóle nazwać szybkim. A co dopiero truchtem.

O 17:05 zawitaliśmy pod zamknięte bramy zoo.
Lato w pełni, dzień jeszcze młody, a zoo o 17 zamknięte.

Dzieci zaczęły się dopytywać dlaczego czekamy, a ja nie miałam serca im powiedzieć.

Ja: S pilnuj dzieci, zaraz wracam.

Poszłam z drugiej strony, ale i tam wszystko zamknięte. Zajrzałam w dyżurkę strażników, zapukałam do okna w kasie. Nic. Pusto. Ludzie po zoo spacerują, a my się kręcimy pod bramą.

Dziaciaki przez szpary dojrzały flamingi i zaczęły piszczeć podekscytowane, a ja już zrezygnowana, ostatnim rzutem oka zerknęłam w stronę okien kasy. Gdzieś za zasloniętą żaluzją, mignęła mi biała koszula. Zerwałam się i wołam.

Ja: Proszę pana, proszę pana.
P: Słucham.

Z dyżurki wyszedł strażnik. Stanął przy bramie w postawie raczej obronnej. I popatrzył zaciekawiony.

Pomyślałam, że jako matka dwójki maluchów dawno się wstydu wyzbyłam, więc rzuciłam się na faceta i zaczęłam prosić na moją ulubioną metodę w sytuacjach kryzysowych. Na pandę.

Ja: Czy jest jakaś szansa, żeby wejść jeszcze do zoo? Proszę Pana bardzo. Dzieciom obiecałam, co ja im teraz powiem? Korki były. Mój Boże. Proszę Pana bardzo. „Pan-da” dzieciom zwierzątka zobaczyć. Pan będzie człowiekiem.
P: Proszę kupić bilety w biletomacie i wchodzić. Tylko już nie robić zamieszania.

Ha! Wiedziałam. Na Pandę zawsze działa!

Urlop 😉

Jest 4:00 rano czasu angielskiego, a ja spędziłam pół nocy szukając w necie, czy da się złożyć on-line pozew o rozwód.

Ale od początku.

Na wakacje wyjeżdżamy, jak już wiecie. Rano dziś mamy samolot. Urlop zaplanowany, utęskniony, wyczekiwany. Odliczałam do niego kilka ostatnich tygodni.

Weekend przed wyjazdem, okazało się, że z samą organizacją wyszło już gorzej. Oboje pracujemy, wymieniamy się dziećmi i czasu na wszystko brakuje.

Pakowanie zostawiliśmy na niedzielę rano. Kilka pierdół trzeba było jeszcze dokupić i ogarnąć (ale o tym kiedy indziej). Rzeczy mieliśmy wcześniej przygotowane, zostało je tylko spakować w bagaż. Jeden. Dwoje dorosłych, dwójka dzieci, 14 dni urlop i jeden bagaż.

Co prawda wysłaliśmy wcześniej paczkę z ciuchami na wesele i chrzciny. Dorzuciliśmy kilka rzeczy, ale jak zwykle robiliśmy to na ostatnią chwilę i na tzw. szale i żadne z nas nie pamiętało, co i ile tam wrzuciliśmy.

S: Ania, a spodnie moje tam były?
Ja: Nie wiem, były. S szykuj swoje, a ja swoje i dzieci. I błagam Cię, nie denerwuj mnie!
S: Bo ja nie wiem jaka będzie pogoda i co spakować. A widzę, że Ty dużo naszykowałaś.
Ja: S, no ja za to wiem jaka pogoda będzie, tak? A ile na 3 osoby to dużo dla Ciebie? Babrasz w bombie, bo ja się wkurzam, bo też nie wiem co zabrać.

I tak do wieczora. Cały dzień się pakowaliśmy. Ania, a to? Ania, a tamto? Myślałam, że ochujam. Ciuchy, mleka, butelki, laptopy, sropy, a na moje 2 sukienki zerkał wymownie.

Udało się. W końcu. S zważył bagaż. Zmieściliśmy się. Pierwszy raz.

Wyciągnęliśmy nogi na sofie, walczyliśmy tv i postanowiliśmy odetchnąć z kieliszkiem wina.

Ja: S, a do której bramki otwarte?
S: O kurde Ania, ja odprawy nie zrobiłem!

No i tak. Zapomniał. Zrobił o 23. Udało się, ale miejsc już nie było. Po odprawie okazało się, że on siedzi razem z Bubusią i Felusiem, a ja 30 rzędów za nimi. I albo się Felutek postara, że mnie przesadzą, albo tylko ja będę miała spokojną podróż 😉.

 

#pogadANKI: chrapanie 😉

Wiele się ostatnio dzieje i na wszystko brakuje czasu. Na sen szczególnie. I o tym właśnie dziś we wpisie z cyklu #pogadANKI.

Nie chodzi o sen sam w sobie, bo ten już od dłuższego czasu mamy w wersji limitowanej. Chodzi mi o to, co spanie utrudnia. Pomijam dzieci, bo one do tego są stworzone, ale ostatnimi dniami, S się bardzo do nie wyspania przykłada. Chrapaniem.

Kiedyś jakaś kobieta, jakiejś kobiecie doradziła, że najlepsze na chrapanie jest przekręcanie głowy męża do momentu usłyszenia chrupnięcia. Pomoc natychmiastowa ponoć. Ja niestety nie miałam tyle odwagi więc u mnie trwało to trochę długo.

1. Po pierwsze i najważniejsze, budź zanim się rozkręci. Pamiętaj, że pierwsze pomruki mimo delikatności i słodkości w swym brzmieniu sygnalizują coś zupełnie innego. Dlatego budź.

2. Jeśli delikwent jest niewzruszony i nie ma szans, żeby go dobudzić, dalej pochrapuje wesolutko, przejdź do pkt 3.

3. Dzieci. Dzieci na niego napuść. Sama połóż się ze starszakiem, a jego zostaw z mniejszym. Jak chrapaniem obudzi mniejszego, to maluch przy bujaniu nie pozwoli już wydać z siebie żadnego odgłosu.

4. Jeśli jednak okaże się, że Ty nie możesz spać, bo śpisz z dziećmi, a Szanowny, mimo dzieci, spać może, przejdź do następnego punktu.

5. Zatykanie nosa. Tylko tu ostrożnie, ja wiem, że korci, ale nie dajcie się. Zatykajcie, aż przestanie chrapać, a nie aż w ogóle przestanie. Napawajcie się odgłosem łapanego łapczywie powietrza.

6. Jeśli okaże się, że zatykanie nosa przeciwdziała chrapaniu, ale tylko chwilowo, zostaje nam jeszcze szturchanie. Można na różne sposoby. Zdecydowanie najbardziej popularne jest szturchnięcie w ramię i wysyczenie przez zęby „nie chrap”. Można też pofatygować się, wstać, stanąć nad chrapaczem i oburącz szarpać aż wstanie.

Zdarza się też tak, że w ciężkim przypadku, a takim jest właśnie S nic nie pomaga. Prośba, groźba, nic. Argumentów w stylu „Ty też chrapiesz” nie bierzcie do siebie. Pamiętajcie, że przy takim śnie nigdy Wam tego nie udowodni.

Nic nie pomogło, a Ty dalej nie możesz spać. Pęka Ci głowa, a wibracje chrapania drgają w Twoim każdym nerwie? Przejdź do punktu 7.

7. Kiedy wieczór tak przyjemny znowu zaczyna przypominać horror. Wstań po cichutku, idź do sypialni gościnnej, pościel łóżko i połóż się razem z dziećmi.

Delektuj się błagą ciszą, przerywaną jedynie szeptem: „Wróć no, już nie będę. Proszę no, bez Was nie zasnę”.

Dzień Dziecka ❤️

Dziś, w Dzień Dziecka nasza Bubusia kończy roczek.

Ten rok zleciał jak szalony, ale wszystko pamiętam jakby to było wczoraj.
Tym razem cesarkę miałam zaplanowaną już w pierwszych tygodniach ciąży. Bałam się iść sama, a nie mieliśmy z kim zostawić Felutka. Z pomocą jak zawsze ruszyły siostry. Kilka dni przed zabiegiem, S odebrał z lotniska Chudą i Majkę z dzieciakami.

Z uwagi na to, że nie chcieliśmy zasmucać Felutka i zostawiać go bez naszej dwójki, na cesarkę poszła ze mną Maja. Stresowałam się, ona troszkę też, ale wiedziałam i czułam, że tym razem musi być wszystko dobrze. I razem już o 8 rano, czekałyśmy w szpitalu.
Przygotowanie do zabiegu przebiegło szybko i sprawnie. Koło godziny 10 wjechałam na salę, a po kilku minutach dołączyła do mnie Maja. Cały zabieg trzymała mnie za rękę i wyczekiwała ze mną.

Kiedy usłyszałyśmy płacz Bubusi, obie się rozwyłyśmy. 9 miesięcy wyczekiwania, nerwów i stresu i w końcu ją zobaczyłam. Sina, oblepiona i duuuża. Podali ją Majce, a mnie zaczęli zszywać. Maja dopilnowała wszystkiego i zadzwoniła do S.

Po wszystkim przenieśli nas do osobnego pokoju, żebym mogła przywitać się z moim Skarbem i w końcu wziąć ją na ręce.
Piękna, duuuża i jakaś taka ciemna mocno.

Przyjechał S z Felutkiem i szybko przybiegli do nas.

S wziął Bubę na ręce i płakał ze szczęścia.

Ja: Piękna jest.
S: Najpiękniejsza.
Ja: S ja wiem, że ona jest jakaś taka ciemna. Ale ona na serio jest Twoja.
Ja: Ania, nie martw się, choćby była ruda, to pokocham jak swoje.

100 lat córciu. Kochamy Cię całym sercem ❤ . Jesteś naszym promyczkiem, naszą radością i spełnieniem naszych marzeń. Zawsze bądź taka uśmiechnięta, wesoła i nieupierdliwa. Rośnij duża i zdrowa. 

A Tobie Synku wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka.

Nioniek

Kurde, ale mieliśmy. Nie pisałam Wam wcześniej, bo nie chciałam zapeszać.

Felutka odsmokowaliśmy. Wiem, że jest dużo przeciwników i wielu zwolenników. Nie raz mi się dostało, za to że ciąga „niońka”.

Jest wiele powodów za i wiele przeciw. Po pierwsze daliśmy, bo Felutek urodził się bez odruchu ssania, a po drugie lekarz w szpitalu powiedział nam, że smok dla dziecka to przywilej. No i w sumie to był najlepszy agrument.

Z uwagi na to, że to duży chłopczyk już, niedługo do przedszkola i jeszcze ta alergia nieszczęsna, postanowiliśmy się smoka pozbyć.

Plan zakładał, że zrobimy to w weekend. Dwa całe dni razem mogłoby ułatwić to zadanie i wiadomo, że w kupie siła.

Dwa dni przed już nie mogłam spać, zamartwiałam się jak to będzie, przejmowałam się, że będzie płakać, że mu krzywdę robię. W sobotę rano przecięcie smoka wzięłam na siebie. W sumie nie wiem czemu, ale czułam, że ja to muszę zrobić. Chyba ze względu na to, że to ja byłam najsłabszym ogniwem w całym tym przedsięwzięciu.

Po kilku godzinach, kiedy szliśmy na drzemkę Felutek zapytał o smoka.

F: Mamusiu gdzie nioniek?

Ja: W kuchni leży. Idź sobie weź.

Serce mi waliło jak szalone, dłonie się całe spociły.

F: Mamusiu nioniek się popsuł.

Ja: Ojej, co się stało? Popsuł się? Wyrzuć do śmieci, a jak otworzą sklep to kupimy nowy.

Felutek smoka wyrzucił i do wieczora nie zapytał. My za to z S patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. Dopiero po kąpieli Felutek rzucił:

F: Tatusiu, gdzie nioniek?

S: Wyrzuciłeś synku.

F: Pojedziemy do sklepu kupić?

S: Tak synku, jak otworzą to pojedziemy i kupimy.

Przez pierwsze 3 dni zapytał dwa razy. Chociaż S prawie spalił temat, jak wchodząc na drzemkę z dziećmi rzekł: „Felutku, jaki Ty jesteś już duży chłopiec. Bez pampersa, ścięte włoski i bez nionia”. Jak już powiedział, to go samego zatkało, ale Felutek odpowiedział tylko: „Tak tato”.

Przez tydzień, staraliśmy się omijać sklepy, żeby go nie kusić. Baliśmy się jak zareaguje na to, że Bubusia ciągle ma. A on zwyczajnie mówił, że ona ma dzieciowy.

Tydzień jak na szpilkach, chociaż jak zachorował, to prawie zmiękłam. Więc dobrze, że przecięty został. Nie pytał, nie szukał, nie narzekał.

Dziś tylko do mnie podszedł i z ewidentnym sarkazmem w głosie mówi:

F: No, ciągle zamknięty ten sklep.

Roztargniona 😉

Bo ja Wam nie powiedziałam, że jak ja ten nowy stół kupiłam, to stary jeszcze stał. No i jak ten stary stał, to S się wkurzał, że graciarnia i trzeba go sprzedać.

Po dwóch dniach mówię:

Ja: S, faktycznie mało miejsca z tymi dwoma stołami. Może ten stary rozłożyć i zanieść na górę trzeba, bo nie wiadomo kiedy uda się go sprzedać.

S: Dobrze, zaraz to zrobię.

I faktycznie od razu się zabrał. 6 krzeseł, 4 nogi, blat i dwa przedłużenia wtargał na górę. Sapał, parskał, o dyszeniu nie wspomnę, ale nic nie mówił i na górę go zatargał.

Po dwóch dniach, jak S był w pracy to znalazł się kupiec. Przyjechał koło 12, jak dzieci spały. A, że dzieciaki spały na górze, to stół i krzesła znosił na palcach i po cichutku. Pomogłam mu trochę, bo nie chciałam, żeby obudził dzieciaki. Klient zadowolony, zapłacił i pojechał, a ja usunęłam ogłoszenie i wiadomości z telefonu.

Następnego dnia rano, pojechałam z maluchami na zakupy i miałam dziwne przeczucie, że ktoś mnie śledzi. Jak wracaliśmy to nawet do S zadzwoniłam, że chyba jakieś auto za nami jedzie.

Ja: S, chyba ktoś nas śledzi.

S: Ania, ale kto? Może Ci się wydaje. A jakim autem?

Ja: Nie wiem. Ale takie mam przeczucie.

S: Ania, Ty jesteś taka gapa, że nie wiesz jakie auto jedzie za Toba, a wiesz, że jedzie. Uspokój się i nie panikuj.

Rozłączyłam się zła, bo nie chciałam już słuchać, jaka to roztargniona jestem. Uwierzcie mi, że prawie na zawał padłam jak wchodziłam na podwórko, a auto zatrzymało się pod domem. Wysiada facet. Kurde. Ten od stołu.

Fos: Przepraszam, że ja tak za Panią jeżdżę, ale nie byłem pewny czy to pani.

Ja: A co się stało?

Fos: Nóg od stołu nam Pani nie dała.

Ja: O cholera. Przepraszam. Czemu Pan nie napisał?

Fos: Nic nie szkodzi. Skasowałem wiadomości.

Ja: Ja też. Cholera, strasznie Pana przepraszam.

 

I co? Ja roztargniona? Mówiłam, że za mną jeździ.