Życie Anki 😉

Cześć jestem Anka i jestem mamą.
Codziennie wstaję o 5 rano i w 90% nie jest to mój wybór. Dobra, bujda w 100% to nie moja decyzja.

Każdy mój poranek, który kończy się mniej więcej w okolicach południa spędzam w piżamie. Jak mam szczęście to zmieniam ją na leginsy z primarka za 3 funty (polecam), a jak nie, to bujam się w niej po domu cały dzień.

Nieodłącznym elementem naszego każdego dnia jest też zupa, bo jest smaczna i zdrowa. Więc w domu zawsze musi być zupa. I już od tej nieszczęsnej 5 rano najczęściej głowie się „jaka zupa dziś?”. Próbuję ją gotować już od rana, między udawaniem Andiego z dinozaurów, a wydłubywaniem ciastoliny z dywanu.
Jeśli uda się ugotować, to lecimy na spacer, bo muszą się maluchy wybiegać przed drzemką.

Idziemy, a w zasadzie ja idę, bo Felek się wlecze i już po 200 metrach spaceru tłumaczy mi, że nie ma już siłki. I najbardziej chciałby żebym go niosła. 20 kilogramowego klocka. Mimo, że wie, że nic nie wskróra, bo miejsce na rękach przez 3 kilometry zajmuje Buba, to próbuje przez ponad godzinę.

Po powrocie gratuluję jemu, że jednak dał radę i sobie, że nie wyplułam płuc. Choć dupę mam mokrą.

Potem usypiam maluchy, które po spacerze odzyskały energię i potrzebują mniej więcej godziny, żeby się wyciszyć. Ważne, że zupę zjedli.

Zostawiam je zakryte, najedzone, śpiące i wykorzystuję ten czas na samotność w toalecie, delektuję się ciszą i gotuję drugie. No bo: „mamo, a dziś nie ma mięska”? Postanawiam się wykpić pierogami z truskawkami z paczki. Najwyżej na kolację będzie parówa, choć Szanowny twierdzi, że z mięsem ma ona niewiele wspólnego.

Wstają. Po godzinie usypiania, 22 minuty drzemki sprawiają, że oczy mi wilgotnieją. Ze szczęścia, że nic nie zdążyłam zrobić, i że resztę dnia mogę być Strażakiem Samem bądź Romeo Pj Mask.

Zapomniałam jeszcze o sprzątaniu, ale to, kuszona chwilą spokoju zostawiam na wieczór po powrocie z pracy.
Wraca Szanowny i prawie tak samo jak maluchy cieszy się z pierogów. Mniej z parówek.

Wychodzę do pracy. Kiedy się przebieram widzę, że te nieszczęsne leginsy zdobi plama po bananie, a środek czoła olbrzymi pryszcz. Uśmiecham się, ściskam poślady i spędzam w pracy 3h.

Kiedy wracam śpią. Szanowny też.
Klnę się za to odłożenie sprzątania i tłukę się w ten durny łeb sięgając po mopa. Dochodzi 22. Idę obudzić Szanownego i dać buziaka dzieciom.

Śpią. Wyglądają jak aniołki. No kto by pomyślał. Serce mi miękkie, a oczy podchodzą łzami. Kocham ich. Wszystkich.

Narzekam? Nie. Pokazuje jak jest naprawdę. I mimo wszystko uwielbiam to życie. Uwielbiam to zamieszanie, ten gwar, ten zapieprz. To moje ulubione z żyć. A miałam ich kilka. Byłam kiedyś singlem, studentem, a nawet bizneswoman.

A teraz jestem mamą i żona.

I to moje ulubione z żyć. ❤️

Na psa urok… 😉

Co to był za dzień.

Wychodzę wczoraj z pracy, a pod bramą czeka S i już przez szybę woła spanikowany:

S: Ania, dzieci zasnęły. Mama z nimi została. Wskakuj szybko, bo musimy jechać do sklepu.
Ja: O losie, po co? Co się stało?
S: Zgubiliśmy Felusiowego pieska.

Uwierzcie mi, mój świat się na chwilkę zatrzymał. Serce zaczęło mi walić i już widziałam rozpacz Felcia. Bo my już mu kiedyś jednego pieska zgubiliśmy. Felek przeżył wtedy dramat, a ja jak się dobrze wsłucham, to jeszcze w uszach słyszę jego płacz. Tamtego nie znaleźliśmy i właśnie tego dostał na pocieszenie.

Wsiadłam szybko do auta, a S ruszył z piskiem opon i starał się w skrócie wyjaśnić przyczyny tej tragedii.

S: Przeszukaliśmy wszystko, ale nigdzie go nie ma. Chyba w sklepie został. Felek szukał z nami, choć ciągle mówi, że gdzieś schował. Zasnął teraz, ciągle o niego pytał więc nie wiem co będzie, jak wstanie.

W sklepie prawie biegiem, od razu dopadliśmy do regału z pieskami. Był. Ostatni.

S: Ania, to na pewno ten? Jakiś podobny, ale inny.
Ja: Tak, to na bank ten. Tylko czysty, temu taki puszysty jeszcze.

Wróciliśmy do domu, obcięliśmy metkę, a w tym czasie teściowa przeczesywała jeszcze salon i znalazła starego. Pod sofą był. Ale skoro mieliśmy dwa, to w między czasie uknuliśmy z S szpetny i niecny plan, żeby Felkowi dać nowego, a starego uprać w końcu i mieć na zmianę.
Dumni z siebie, przybiliśmy piątki, ja schowałam starego psa, nowego postawiłam w salonie na ławie, a S pojechał do pracy.

Kiedy po przebudzeniu z drzemki Felutek od razu zapytał o pieska, z dumą zniosłam go na dół i pokazałam na stolik. Felek zrobił oczy, popatrzył na mnie zdziwiony, popatrzył na pieska i jak nie zapłacze.

F: CO SIĘ STAŁO Z MOIM PIESKIEM?

Kuźwa, poznał. Wpadł w histerię. Biegiem ruszyłam na przedpokój, odszukałam starego i pełna pokory podałam Felkowi wciskając kolejne kłamstwo.

Ja: Jest, jest, tylko mama go poczesała. Już jest Twój piesek. Znalazł się.
F: Gdzie był?
Ja: Pod sofą?
F: A gdzie tamten?
Ja: Ale który?
F: Ten poczesany. Przynieś mi go. Skąd on się tu wziął?
Ja: Przyszedł, bo słyszał, że zgubiłeś pieska. Chciał Ci pomóc szukać, bo to jego brat chyba, bo taki podobny.
F: Fajny jest ten braciszek. Z tym też będę spał i wszędzie chodził.
Ja: Może jeden będzie zostawał i domku pilnował?
F: Nie, dwa będą ze mną chodzić.

Starzy brawo za przebiegłość, plan był prawdziwie misterny i opracowany jak na dwóch geniuszów przystało. Szkoda tylko, że nie zakładał porażki i pilnowania teraz dwóch piesków, a jak widać z jednym był spory problem. Planowanie level expert.

Pod wiatr 😊

Ciężko mi czasem.

Tak zwyczajnie trudno.

Dwójka małych dzieci, praca, dom, gotowanie, sprzątanie i do tego ciągle jakieś remonty. Wiecznie w biegu, wszędzie, zawsze i ze wszystkim na ostatnią chwilę.

Ale mimo tego jestem szczęśliwa. Tak bardzo, jak bardzo bywam zmęczona.

I to nie tak, że się nie wkurzam na Szanownego. Wkurzam milion razy dziennie. Dzieci mi wchodzą na głowę i nie raz na nie nawrzeszczę. Ale mimo tego i z całym tym naszym kramem jestem szczęśliwa.

Dużo łatwiej mi to szczęście było „odnaleźć” jak przestałam porównywać swoje życie i siebie z innymi.

Przestałam wymagać od S, żeby był księciem z bajki, skoro mi samej do bycia księżniczką zupełnie nie po drodze.

Przestałam wychowywać na siłę dzieci na aniołki, skoro sama jestem jak diablica.

Przestałam wymagać od siebie wygladu Barbi, kiedy duchowo szybciej mi do Gessler.

I mimo, że nie raz zaklnę nadeptując na klocek i przedzieram się przez dom jak Bear Grylls przez dżunglę, to wolę taki domowy bajzel niż życie w „muzeum”.

Przestałam porównywać swoje życie. Nie chcę dostawać złota, a w sercu czuć smutek. Wolę usłyszeć „kocham Cię wredoto” i dostać trzy piękne kaktusy niż kupione na kredyt 10000 róż.

Nie marzę już o życiu w bajce, nie marzę o zmianach i o nieosiągalnym. I to nie chodzi o brak ambicji. Chodzi o życie nie na siłę, nie na pokaz. Sięgam po to co mam i to co mam szanuję. Staram się każdego dnia. Każdego dnia dostrzegam małe gesty, małe słowa. Nie oczekuję. Nie czuję się wiecznie zawiedziona i niezadowolona.

Życie jest za krótkie, żeby się dopasowywać do kogoś. Musi pasować Tobie, a nie innym. Lepiej żyć po swojemu nieidealnie, niż sztucznie się wzorując.

Żyj po swojemu. Nie jak wszyscy.

Denerwuj się, nie sprzątaj czasem, jedz pizzę z zamrażarki i pij piwo z butelki, pokłóć się z mężem, wyjedz dzieciom czekoladę, obejrzyj telenowelę.

Bo życie, życie jest nowelą…, a nie harlekinem. 😉

Mój Anioł ❤️

Mało Ją pamiętam. Pamiętam Ją tylko ze szpitala, pogrzebu. Długo miałam do siebie o to żal. Ale ponoć byłam malutka. Miałam 6 lat jak umarła.

Mama bardzo chorowała. Jeździła od lekarza do lekarza. Zmarła na raka w wieku 36 lat. Miała życie przed sobą. Życie z nami. Odeszła i zostawiła tatę, mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Długo nie umiałam zrozumieć swojej straty, choć zawsze byłam mocno spragniona miłości. Tata bardzo się starał, żeby niczego nam nie brakowało. Kocha nas bardzo, wiem to. Ja jego też, choć zawsze trudno nam było wyrazić uczucia.

Brakowało mi słów „kocham Cię”. Siostra i brat starali się całe życie, bym chyba jako najmłodsza wiedziała, że nie jestem sama. Pomagali mi, wyciągali z problemów, pożyczali kasę. I często powtarzali, że kochają.

Tata ożenił się po raz drugi, miałam drugą mamę i rodzina powiększyła się nam o trójkę starszego rodzeństwa. Fajnie było. Miałam dzieciństwo.

Ale cały czas czułam jej brak. Czasem myślałam o tym czy mnie widzi, czy na mnie patrzy.

Kiedy pojawiają się problemy zawsze z „nią gadam”, proszę o pomoc. Proszę, żeby mnie pilnowała. Żebym się w nic nie wpakowała i żeby nade mną czuwała.

Nie raz zastanawiałam się jakby wyglądało moje życie jakby żyła. Jakie byłyby nasze relacje. Czy śmiała by się ze mnie i rodzeństwa jak się wydurniamy i żartujemy? Czy dumna byłaby w wnuka i z 4 wnuczek? Czy dumna byłaby z nas, że sobie daliśmy radę.

I wiecie co, myślę że tak. Myślę, że skoro wyszła za mojego tatę, to miała poczucie humoru, myślę że skoro miała nas trójkę to kochała dzieci i myślę, że patrzy teraz na nas z dumą. Że mimo, że jest daleko to kocha nas tak samo mocno jak my ją. Myślę, że widzi, wspiera i pomaga.

I że wie, że strasznie mi przykro, że Święto Zmarłych spędzę w pracy na obczyźnie. Wybaczy, że nie mogę jej odwiedzić w tym roku na cmentarzu.

I że wie, że zawsze w moim sercu zajmuje miejsce, którego nikt, nigdy nie da rady zastąpić. Kocham Cię mamo. Kiedyś się jeszcze spotkamy i wszystko mi opowiesz. A teraz zerkaj na nas i nas pilnuj. ❤️

Bywa różnie… 😊

Nie lubię jesieni. Już bardziej wolę zimę. Chlapa, deszcz i przesiadywanie w domu jest nie dla mnie. Strasznie mnie taka pogoda wycisza i skłania do przemyśleń. A umówmy się, ja jestem typową blondynką i z myśleniem mi nie do twarzy.

Zdarza mi się takiej zamyślonej pójść do pracy. Od drzwi zostaje zasypana pytaniami: co mi się stało? Czy coś mi dolega? Czy mam jakiś problemy?

Po kilku minutach jest już tylko gorzej. Dostaje mi się, że blogerce nie wypada mieć gorszych dni, i że to jakby nie współgra, że na blogu zawsze śmieszkuję, a w rzeczywistości jestem ponurakiem.

No, ale wiecie, że kto z kim przystaje, taki się staje. A u mnie w pracy ponurak, ponuraka, ponurakiem pogania. Jakby to rozumiem, bo co może być pogodnego i inspirującego w pakowaniu wędliny w chłodni.

Więc odpływam w myślach i mam ochotę wrzeszczeć. Że jestem jak każdy, że miewam gorsze dni, że bywam wkurzona. Nie zawsze chce mi się wygłupiać, zabawiać wszystkich i czasem czuję się zwyczajnie do dupy.

Bo to, że czasem napiszę coś wesołego, nie znaczy, że nie mam problemów. Ja też się martwię rachunkami i opłatami, mój mąż też bywa trudny, a i dzieciom zdarza się dać mi popalić. Czasem po nocy bez snu, całym dniu wrzasków i przekomarzań naprawdę miewam dość. Kiedy po raz 78 kopię w tego samego klocka małym palcem i 13 raz tego samego dnia odkurzam ryż z sofy – miewam dość.

Miewam gorsze dni, miewam gorsze samopoczucie i miewam gorszy wygląd. I czasem mi z tym gorzej, zwyczajnie jest dobrze. Nawet jak pokłócę się z S czy nakrzyczę na dzieci, to mimo, że mi z tym źle, to wiem, że to dobre. Że lepiej mieć swoje zwyczajne i nudne, a czasem nieznośne, ale prawdziwe życie, niż życie na pokaz. Bo ja jak jestem zła, wkurzona i „zagotowana” to sąsiad obok ogrzewanie wyłącza, a drugi odwołuje dostawę węgla na zimę. Nie ukrywam. Nie piszę w tym czasie, że jest git, sztos, cool i mega, nie piszę w tym czasie, że S jest cudny, a dzieci Aniołki. Nie piszę wcale, albo piszę wtedy, że mam zły dzień i nie zawaham się go użyć.

No czasem można, bo czasem wypada, bo to ludzkie. Bo nie ma nic złego w tym, że mimo, że wszystko jest ok, Tobie jest smutno. Bo nie ma nic złego w tym, że czasem masz zwyczajnie chęć ponarzekać. Bo nie ma nic złego w tym, że jesteś czasem zwyczajnie zła.

Ja to rozumiem. Bywa różnie. Czasem bywasz zła za nic, a czasem masz ważny powód. Albo kilka powodów na raz. Bo na przykład spałaś w nocy dwie godziny, rano wyskoczył Ci na czole pryszcz gigant, dostałaś okres i na dokładkę jesteś na diecie.

Możesz być zła. Możesz. Ja pozwalam.

Weź nie pytaj… 😉

Co mi znowu odjebawszy to sama nie wiem. Co mną czasem kieruje? Dopada mnie jakiś impuls i już. Impuls ten trwa chwilę, sekundę może. To takie rażenie jak prądem. Sprawia, że podejmuję istotne i ważne decyzje bez zastanowienia. Sama sobie się potem dziwię. I zastanawiam, tak jak teraz właśnie, co mi odbija. No, bo kuźwa powodowana impulsem to ja mogę buty w minutę kupić, lub eklerkę zeżreć (albo i dwie). Ale nie decydować o swojej przyszłości. A moja właśnie leży na szali.

Ale od początku.

Poszłam z Bubusią do fryzjera. Chciałam jej skrócić grzywkę, bo już była taka długa, że w oczki wchodziła. Felka posadziłam na sofie z moim telefonem, a Bubusię wzięłam na kolana i usiadłam w fotelu. W 3 sekundy było po sprawie. Jedno szybkie cięcie i grzywka była obcięta. I kiedy tak siedziałam na fotelu, a Buba stała przy mnie i podziwiała nową fryzurę w lusterku powiedziałam do Pani fryzjerki.:

Ja: A mogłaby Pani mi też obciąć grzywkę?

Jak tylko te słowa padły z moich ust to już wiedziałam, że to była bardzo zła decyzja. Impulsywna, nieprzemyślana, pochopna.

Obcięła mnie jak Bubę. Jednym cięciem. Na równo. Jakby pod garnek. Wyglądałam jak ten gość z filmu „Głupi i głupszy”. Byłam zła na siebie jak cholera.
Już wyobrażałam sobie jak ta centymetrowa grzywka prezentuje się rano po 3 h snu z maluchami.

Od fryzjera wyszłam ze łzami w oczach i z brzmiącym w uszach śmiechem Felusia: jak Ty wyglądasz mamusiu.
W domu poszłam od razu do łazienki. Próbowałam ją jakoś naciągnąć, prostować i przekładać. Na nic. Wyglądałam jak przychlast. Ostatecznie wzięłam nożyczki i próbowałam sprawę ratować.

I powiem Wam, że chyba się jednak nie udało, bo S jak wrócił z pracy i mnie zobaczył to krzyknął:

S: Boże, Ania co Ci się stało?

Mam nauczkę. Kolejną. Ale z drugiej strony włosy nie zęby. Będzie mnie tu więc trochę mniej. I nie, nie martwcie się, że znikam. Czekam. Aż mi mózg wróci i grzywka odrośnie.

#pogadANKI: siła perswazji 😉

Dostaję od Was wiele wiadomości z zapytaniem jak to robimy, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Jak to się dzieje, że się nie kłócimy i się zawsze dogadujemy.

Pfff. Dziewczyny, nic bardziej mylnego. My się wiecznie sprzeczamy. Czasem tak mnie wkurza Szanowny, że krew mi się gotuje. I tak bardzo jak go kocham, tak samo mocno mam niekiedy ochotę go udusić. I uwierzcie mi, że to jest najbardziej humanitarne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy.

Po 6 latach razem wypracowaliśmy w sobie takie zachowania, które potrafią rozwiązać problem i rozładować atmosferę. Mnie pomaga jak Szanownemu pogrożę, a Szanownemu jak się pośmieję. Podzielę się z Wami jak grozić nie grożąc i jak sprawić by mąż nie zawsze wiedział czy żartujesz czy mówisz serio.

➡️ Są czasami zwykłe niejasności w których rozwiązaniu pomaga uczciwość. Uczciwie zakomunikuj małżonkowi, że to twoje pierwsze małżeństwo i jeszcze nie masz wprawy, ale z każdym następnym będzie już lepiej i łatwiej.

➡️ Czasem przy opornej materii zwaną Szanownym, pomaga delikatna groźba. Kiedy po raz 100 w miesiącu mówisz mu np. nie spóźnij się z pracy, rzuć coś w stylu: nie ręczę za siebie lub czyjaś głowa zaraz poleci.

➡️ Przy wymyślaniu, że nie ma obiadu czy bałagan wszędzie, bądź co gorsza pytania, co robiłaś pół dnia nie nakręcaj się specjalnie, tylko mów prosto z mostu: źle Ci? Bo jeśli tak to zawszę mogę unieszczęśliwiać kogoś innego.

➡️ Ja mam dodatkową opcję i nie waham się z niej korzystać. Często używam ciosów poniżej pasa i ostentacyjnie informuję, że jeśli będzie zadzierał z blogerem to w następnym wpisie będzie miał wszy albo przynajmniej hemoroidy. Ty możesz nastraszyć teściową. Ponoć niektóre bywają gorsze jak wszy i hemoroidy razem wzięte.

Jeśli dalej Szanownym się w głowie przewraca i nie docierają wymienione wyżej subtelne aluzje i siła perswazji to wyciągnijciee działo. Pamiętajcie tylko, że nie można grozić bezpośrednio, nie dajcie się na niczym złapać. Dobierajcie słowa tak, by Szanowny poczuł niepokój, a nie strach. Żeby zrozumiał, że sprawa jest poważna, niecierpiąca zwłoki. Choć w tym wypadku to właśnie te zwłoki macie na myśli.

➡️ Bronią ostateczną jest na luzaku rzucony tekst: „Taki jesteś cwaniak? To ciekawe jak za chwilę, połamaną ręką, wpiszesz w szpitalu w ankiecie pod rubryką stan cywilny: rozwodnik.

I nawet jeśli usłyszysz, że jeżeli się nie uspokoisz to on w tej rubryce równie dobrze może wpisać wdowiec, nie poddawaj się. Zło nie śpi. Niech wie, że ma do czynienia z nieprzewidywalną materią.

Pan Kazik 😉

Ostatni weekend spędziłam w pracy. Nie lubię, ale nie pracuję dla przyjemności. Jeszcze. Może kiedyś tak będzie,na tą chwilę chodzę tam jednak jak na ścięcie.

Do tego zawsze jak jestem w pracy, to czuję w sobie ten żal, za utracony czas z rodziną. Ale niestety, z połową etatu jest nam dość ciężko, więc staram się dorobić w weekend.

Zawsze jednak mam wyrzut sumienia, że zostawiam dzieci na pół dnia. Przez cały ten czas w pracy zastanawiam się co robią, czy tęsknią, czy łobuzują i czy dają S popalić.

Żeby oni tak nie tęsknili, to staramy się im zapełnić czas. Im mają więcej do zrobienia, tym trudniej im zauważyć, że znikłam na tak długo.

W ostatni weekend okazało się, że S ma trochę spraw, a przy okazji jeżdżenia. Zaplanował sobie wszystko, a że dzieciaki w samochodzie są grzeczne i lubią jeździć, spokojnie poszłam do pracy. Nie zmieniło to faktu, że odliczałam do wyjścia.

Po powrocie zastałam dzieciaki barwiące się klockami, a S kręcił się na górze. Felek dopadł do mnie od razu, wyściskał mnie i z miejsca zaczął zdawać relację.

F: Byliśmy na zakupach. I w polskim sklepie. Zjadłem pączka.
Ja: Dobry był? I co kupiłeś?
F: Tak, pyszny był. Jajo niespodziankę kupiliśmy i chlebek.
Ja: I jak było na zakupach?
F: W porządku.
Ja: A co jeszcze robiliście?
F: Yyyy nic, jeździliśmy samochodem.
S: No to super. Grzeczny byłeś w aucie? Bubusia nie płakała?
F: Nie płakała. Pan Kazik był w aucie.
Ja: Pan Kazik?
F: Tak. Taki co śpiewa.
Ja: Matko jedyna? O kim Ty synku mówisz? Jaki Pan Kazik. Taty kolega?

Rozejrzałam się za S, żeby wyjaśnił, ale on akurat rozmawiał na górze przez telefon. Trochę byłam zdziwiona, bo nie znam żadnego Kazika. Nieswojo się poczułam też na myśl o kimś obcym w samochodzie z dziećmi. Wiedziałam jednak, że S jest odpowiedzialną osobą, więc zapytałam Felusia jeszcze raz.

Ja: Jakiegoś kolegę Kazika z tatą spotkaliście i podwoziliście tak?
F: Nie mamusiu, w samochodzie był z nami i śpiewał?
Ja: I jechał z Wami? To co on śpiewał synku?
F: 12 groszy tylko nie płacz proszę, 12 groszy w zębach tu przynoszę…

Dzień Dziecka Utraconego.

15 października jest Dniem Dziecka Utraconego.

To temat bardzo osobisty i długo wahałam się, czy o tym pisać. W ten sposób chcę jednak pogodzić się z żalem, który najczęściej zamykany jest w czterech ścianach domów.

To dzień mam, które poroniły i dzień rodziców, których dziecka nie witano na świecie. Dzień rodziców, którym nie dane było cieszyć się radością narodzin. Dzień rodziców, którzy musieli pożegnać swoje dzieci. To straszny dzień. Dzień najgłębszego w życiu smutku i rozpaczy.

Ja poroniłam.

Nasza pierwsza ciąża, nasz wyczekiwany brzuch, nasz upragniony skarb.

Mówią, że czas leczy rany. I to trochę prawda. Patrzę na Felusia i Bubulisię i wiem, że to moje szczęścia. W codziennym życiu śmiechów, zabaw i łobuzerstwa, nie myślę o moim Aniołku. Pogodziłam się z tym, poukładałam to sobie.

Ale przychodzi taki czas, taka noc, taka nostalgia, że historia ta brzmi we mnie jak żywa. Pozostała trauma i wielki żal.
Bo nie jedna z Was usłyszała pewnie, że było minęło. Tak, było. Ale to nigdy nie mija. Całą ciążę z Felkiem i Bubą drżałam. Byłam przerażona za każdym razem kiedy coś mnie kuło, bolało lub jak mały się długo nie ruszał.

Dowiedziałam się o ciąży 15.08.2014r. Miesiąc przed naszym ślubem. Kiedy na teście pokazały się dwie kreski, S poleciał do sklepu i przytargał chyba największy bukiet kwiatów jaki mógł dostać. A razem z kwiatami 10 testów. I kazał sikać. Na każdy. Szczęście, radość. Od razu zadzwoniłam do siostry i później do całej rodziny, żeby przekazać cudowne wieści. Szczęściu zdawało się nie być końca, do czasu kiedy nagle po pracy zaczęłam krwawić.

Poroniłam. Mój świat się zatrzymał. Bolało, bardzo. Jak nigdy nic dotąd.

Ze szpitala odesłali nas do domu, z informacją, że tak się zdarza i za kilka dni powinno być „po wszystkim”. Potraktowano mnie jak statystykę. Powiedziano, że to natura decyduje, ale zaraz zapomnę i będzie dobrze. Nie było. Bo fizycznie nie zmieniło się nic, ale psychicznie umarłam. Rozpadłam się na kawałki. Pękło nam serce.

Kolejnym dramatem okazało się powiedzenie o tym rodzinie. S wziął to na siebie. Ja tylko zadzwoniłam do Majki. Płakała ze mną.

S tygodniami ukajał moją rozpacz. Otrząsnęłam się. Ale to kolejna ciąża i Felutek, a potem Bubusia sprawiły, że się z tym pogodziłam. Mogę już o tym mówić, choć dalej jest to trudne. Chyba zawsze już będzie.

Ściskam Was wirtualnie wszystkie, tulę do serca i obiecuję, że kiedyś będzie lżej. Nigdy nie zapomnisz, ale z czasem ból stanie się do zniesienia. ❤️

#wspominANKA: yes 😊

14.10.2013r.

 

Obudziłam się z myślą, że tak wygląda raj. Popatrzyłam na śpiącego S i zrozumiałam, że nie mogłam czuć się szczęśliwsza.

Wczorajszy wieczór spędziliśmy na wycieczce po Majorce, dziś planowaliśmy spędzić dzień w hotelu. To był nasz 4 dzień pobytu, a ja ciągle miałam wrażenie, że śnię.

Za dwa dni skończę 30 lat i nie mogłam sobie wymarzyć lepszych urodzin. S chyba wyczuł przez sen, że się na niego wgapiam i otworzył oczy z leniwym uśmiechem na ustach.

S: Dzień dobry Kochanie.
Ja: Dzień dobry Kocie.
S: Jakie plany na dziś?
Ja: Zaszaleć.
S: A Ty?
Ja: Zobaczymy.

Po prysznicu i śniadaniu, zajęliśmy leżaki przy basenie i większość dnia spędziliśmy na czytaniu, smażeniu się i słuchaniu muzyki. S wydawał się nieobecny.

Ja: S stało się coś?
S: Nie, dlaczego?
Ja: Nie wiem. Jesteś dziś bardzo zamyślony. Denerwujesz się czymś?
S: Nie Ania, wszystko jest ok.

Dzień minął niepostrzeżenie i kiedy po kolacji wyszliśmy przed hotel S, zaproponował:

S: Masz ochotę obejrzeć zachód słońca na plaży?
Ja: Pewnie, chodźmy.

Do plaży było blisko. 20 minut spacerkiem, ale droga wydawała mi się wiecznością z uwagi na nastrój S. Widziałam, że coś się dzieje i coś go gryzie, ale on nie chciał powiedzieć. Gdzieś w głębi serca, bałam się, że może go rozczarowałam. Przeszło mi przez myśl, że właśnie to, że krótko się znamy, daje teraz o sobie znać. Postanowiłam jednak wykorzystać ten czas.

Na plaży zdjęłam buty i cieszyłam nogi gorącym piaskiem.

Ja: Koniec końców zaraz się pokłócimy, bo aż zarażasz tym stresem. Zamiast korzystać z uroków i widoków, to Ty chodzisz zdenerwowany.

S schylił się i podniósł kamyk z wody. Podał go mi. Odwróciłam się do niego plecami, przekręcałam kamyk w palcach, a chwilę po tym puściłam piękna kaczkę.

Podeszłam do S, żeby go przytulić i wtedy on znowu wyciągnął coś z wody. W pierwszej chwili pomyślałam, że to „zawleczka” od Tymbarka i już się nawet zamachnęłam, żeby ją wrzucić do wody.
Kątem oka zauważyłam jednak, że S klęka na kolano. Zamarłam.

Otworzyłam dłoń. Na samym jej środku leżał pierścionek. Piękny, złoty i zaręczynowy. Pisnęłam ze szczęścia i rzuciłam się na S.

S: Czy to znaczy Tak?
Ja: Tak, tak, tak. Kuźwa prawie go wyrzuciłam.

Przytuliłam go z całych sił i się rozpłakałam. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Płakałam całą drogę do restauracji, płakałam w drodze do hotelu, jak dzwoniłam do Majki to dalej wyłam.

Po kilku godzinach mi przeszło, opadły pierwsze emocje i dotarło do mnie, że jestem już narzeczoną, a nie dziewczyną. Zrozumiałam zdenerwowanie S, ale i uświadomiłam sobie, że niczego w życiu nie byłam tak pewna.

Ja: Czy to znaczy, że chcesz spędzić ze mną resztę życia? I czemu nie poczekałeś do urodzin z oświadczynami?
S: Chcę  Kiedyś powiedziałaś, że chciałaś się zaręczyć przed 30 tka.
Ja: Aaaa. Kiedyś też powiedziałam, że będę szczupłą i ładną blondynką.
S: Ania, no ale z tym to ja nie powalczę.