Dzień Dziecka Utraconego.

15 października jest Dniem Dziecka Utraconego.

To temat bardzo osobisty i długo wahałam się, czy o tym pisać. W ten sposób chcę jednak pogodzić się z żalem, który najczęściej zamykany jest w czterech ścianach domów.

To dzień mam, które poroniły i dzień rodziców, których dziecka nie witano na świecie. Dzień rodziców, którym nie dane było cieszyć się radością narodzin. Dzień rodziców, którzy musieli pożegnać swoje dzieci. To straszny dzień. Dzień najgłębszego w życiu smutku i rozpaczy.

Ja poroniłam.

Nasza pierwsza ciąża, nasz wyczekiwany brzuch, nasz upragniony skarb.

Mówią, że czas leczy rany. I to trochę prawda. Patrzę na Felusia i Bubulisię i wiem, że to moje szczęścia. W codziennym życiu śmiechów, zabaw i łobuzerstwa, nie myślę o moim Aniołku. Pogodziłam się z tym, poukładałam to sobie.

Ale przychodzi taki czas, taka noc, taka nostalgia, że historia ta brzmi we mnie jak żywa. Pozostała trauma i wielki żal.
Bo nie jedna z Was usłyszała pewnie, że było minęło. Tak, było. Ale to nigdy nie mija. Całą ciążę z Felkiem i Bubą drżałam. Byłam przerażona za każdym razem kiedy coś mnie kuło, bolało lub jak mały się długo nie ruszał.

Dowiedziałam się o ciąży 15.08.2014r. Miesiąc przed naszym ślubem. Kiedy na teście pokazały się dwie kreski, S poleciał do sklepu i przytargał chyba największy bukiet kwiatów jaki mógł dostać. A razem z kwiatami 10 testów. I kazał sikać. Na każdy. Szczęście, radość. Od razu zadzwoniłam do siostry i później do całej rodziny, żeby przekazać cudowne wieści. Szczęściu zdawało się nie być końca, do czasu kiedy nagle po pracy zaczęłam krwawić.

Poroniłam. Mój świat się zatrzymał. Bolało, bardzo. Jak nigdy nic dotąd.

Ze szpitala odesłali nas do domu, z informacją, że tak się zdarza i za kilka dni powinno być „po wszystkim”. Potraktowano mnie jak statystykę. Powiedziano, że to natura decyduje, ale zaraz zapomnę i będzie dobrze. Nie było. Bo fizycznie nie zmieniło się nic, ale psychicznie umarłam. Rozpadłam się na kawałki. Pękło nam serce.

Kolejnym dramatem okazało się powiedzenie o tym rodzinie. S wziął to na siebie. Ja tylko zadzwoniłam do Majki. Płakała ze mną.

S tygodniami ukajał moją rozpacz. Otrząsnęłam się. Ale to kolejna ciąża i Felutek, a potem Bubusia sprawiły, że się z tym pogodziłam. Mogę już o tym mówić, choć dalej jest to trudne. Chyba zawsze już będzie.

Ściskam Was wirtualnie wszystkie, tulę do serca i obiecuję, że kiedyś będzie lżej. Nigdy nie zapomnisz, ale z czasem ból stanie się do zniesienia. ❤️

#wspominANKA: yes 😊

14.10.2013r.

 

Obudziłam się z myślą, że tak wygląda raj. Popatrzyłam na śpiącego S i zrozumiałam, że nie mogłam czuć się szczęśliwsza.

Wczorajszy wieczór spędziliśmy na wycieczce po Majorce, dziś planowaliśmy spędzić dzień w hotelu. To był nasz 4 dzień pobytu, a ja ciągle miałam wrażenie, że śnię.

Za dwa dni skończę 30 lat i nie mogłam sobie wymarzyć lepszych urodzin. S chyba wyczuł przez sen, że się na niego wgapiam i otworzył oczy z leniwym uśmiechem na ustach.

S: Dzień dobry Kochanie.
Ja: Dzień dobry Kocie.
S: Jakie plany na dziś?
Ja: Zaszaleć.
S: A Ty?
Ja: Zobaczymy.

Po prysznicu i śniadaniu, zajęliśmy leżaki przy basenie i większość dnia spędziliśmy na czytaniu, smażeniu się i słuchaniu muzyki. S wydawał się nieobecny.

Ja: S stało się coś?
S: Nie, dlaczego?
Ja: Nie wiem. Jesteś dziś bardzo zamyślony. Denerwujesz się czymś?
S: Nie Ania, wszystko jest ok.

Dzień minął niepostrzeżenie i kiedy po kolacji wyszliśmy przed hotel S, zaproponował:

S: Masz ochotę obejrzeć zachód słońca na plaży?
Ja: Pewnie, chodźmy.

Do plaży było blisko. 20 minut spacerkiem, ale droga wydawała mi się wiecznością z uwagi na nastrój S. Widziałam, że coś się dzieje i coś go gryzie, ale on nie chciał powiedzieć. Gdzieś w głębi serca, bałam się, że może go rozczarowałam. Przeszło mi przez myśl, że właśnie to, że krótko się znamy, daje teraz o sobie znać. Postanowiłam jednak wykorzystać ten czas.

Na plaży zdjęłam buty i cieszyłam nogi gorącym piaskiem.

Ja: Koniec końców zaraz się pokłócimy, bo aż zarażasz tym stresem. Zamiast korzystać z uroków i widoków, to Ty chodzisz zdenerwowany.

S schylił się i podniósł kamyk z wody. Podał go mi. Odwróciłam się do niego plecami, przekręcałam kamyk w palcach, a chwilę po tym puściłam piękna kaczkę.

Podeszłam do S, żeby go przytulić i wtedy on znowu wyciągnął coś z wody. W pierwszej chwili pomyślałam, że to „zawleczka” od Tymbarka i już się nawet zamachnęłam, żeby ją wrzucić do wody.
Kątem oka zauważyłam jednak, że S klęka na kolano. Zamarłam.

Otworzyłam dłoń. Na samym jej środku leżał pierścionek. Piękny, złoty i zaręczynowy. Pisnęłam ze szczęścia i rzuciłam się na S.

S: Czy to znaczy Tak?
Ja: Tak, tak, tak. Kuźwa prawie go wyrzuciłam.

Przytuliłam go z całych sił i się rozpłakałam. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Płakałam całą drogę do restauracji, płakałam w drodze do hotelu, jak dzwoniłam do Majki to dalej wyłam.

Po kilku godzinach mi przeszło, opadły pierwsze emocje i dotarło do mnie, że jestem już narzeczoną, a nie dziewczyną. Zrozumiałam zdenerwowanie S, ale i uświadomiłam sobie, że niczego w życiu nie byłam tak pewna.

Ja: Czy to znaczy, że chcesz spędzić ze mną resztę życia? I czemu nie poczekałeś do urodzin z oświadczynami?
S: Chcę  Kiedyś powiedziałaś, że chciałaś się zaręczyć przed 30 tka.
Ja: Aaaa. Kiedyś też powiedziałam, że będę szczupłą i ładną blondynką.
S: Ania, no ale z tym to ja nie powalczę.

Huśtawka zwana macierzyństwem 😊

Moje macierzyństwo to pasmo splątanych wyrzutów sumienia i miłości.

Ciągle mam o coś do siebie żal. Nie zawsze wszystko wyglada tak, jak bym sobie tego życzyła. Wyrzucam sobie ciągle, że znowu się z nimi za mało bawiłam. Katuję, się że nakrzyczałam. Strofuję się, bo znowu powiedziałam coś czego nie powinnam.

Nie mam dla nich tyle czasu, ile bym chciała. Praca, dom, obowiązki i czasem mnie to wszystko przerasta. Czasem sobie zwyczajnie nie radzę. Ciągle muszę wybierać czy zabawa czy obiad, czy pranie czy malowanie z nimi. Brakuje mi babci, ciotek i wujków, na których mogłabym liczyć i nie ciągnąć dzieci do ginekologa i po podpaski.

Muszę uczciwie przyznać, że mam fajnego męża i S mi we wszystkim pomaga. W tym jednym wypadku mogę sama sobie pogratulować. Bo na tym polu nie odpuściłam i kiedy na prośby słyszałam: „zaraz”, „potem” czy „ale ja nie wiem jak” to się nie poddałam. Nie robiłam nic za niego. Nie odpuszczałam mu, bo zrobię lepiej, szybciej czy dokładniej (choć to akurat pewne 😉), ale chciałam by był i żył życiem rodzinnym.

Bo okazało się, że wychowywanie dzieci, to nie tylko zabawy, puzzle i piłka. To nieumyty kibel, poplamione truskawkami sofy i pomalowany mazakami kaloryfer. I chociaż to jest jakieś pocieszenie, że nie jestem z tym wszystkim sama, to czasem mam naprawdę dość. Ciągle w biegu, ciągle z zegarkiem na ręku, ciągle zgodnie z rozpiską.

Do tego bunt dwulatka płynnie przeszedł w bunt trzylatka, a i bunt półtoraroczniaczki już daje o sobie znać.

Czasami coś mi nie pyka. Coś nie styka. Coś się zawiesza.

I dziś właśnie mi nie stykło.

Popłakałam się. Ze zmęczenia, z bezsilności, z tęsknoty, z tego, że tak łobuzują i się nie słuchają.

I powyłam się, bo nakrzyczałam na Felka. Przykro mi było strasznie i jak zwykle dopadły mnie wyrzuty sumienia. On też się rozpłakał, ale podszedł się przytulić.

F: Przepraszam mamusiu, że na Ciebie się złościłem.
Ja: Ja też przepraszam, że na Ciebie nawrzeszczałam.
F: Już nie będę.
Ja: Cieszę się synku. Nie możesz synku się tak zachowywać. Bubusia płacze, Ty krzyczysz, zwariować można. Musimy być dla siebie mili i grzeczni.
F: Dobrze mamo.
Ja: No więc, jak my to teraz zrobimy?
F: Na pewno coś wymyślisz, jak zawsze. Już się nie martw mamo.

Już pykło.

Dwujęzyczne dzieci 😊

Jak już pewnie większość z Was wie, mieszkamy w Anglii. Ciągle mamy nadzieję, że to stan przejściowy i kiedyś wrócimy do Polski. Na tą chwilę żyjemy tu i próbujemy się dostosować. Nie jest źle, ale tęskno nam zwyczajnie.

W domu, miedzy sobą rozmawiamy po polsku i tak samo zwracamy się do dzieci. Maluchy oglądają angielskie bajki i Felutek szybko łapie słówka. Troszkę miesza polskie z angielskimi. W sklepach zaczepia ekspedientki i coś tam do nich babla. Ja nie do końca wiem co, ale one zawsze reagują i odpowiadają, więc może one go rozumieją.

Czasem S uczy go takich słów, że ja sama nie mam pojęcia, co znaczą i nie zawsze ogarniam, co Felek ode mnie chce. A najlepsze jest to, że super idzie mu nauka dziwacznych i ciężkich słów. Takie łapie w lot, a potem mnie z nowego słownictwa przepytuje.

Kilka dni temu spotkałam na spacerze koleżankę. Wracała z zakupów ze swoją trzyletnią córeczką i zatrzymała się na chwilkę na plotki. Dzieciaki nie bardzo dały nam pogadać, bo szalały i przekrzykiwały się.

Ja: Twoja mała tylko po angielsku mówi?

K: Tak, nie uczymy jej na razie po polsku, żeby miała w szkole lżej. A Wasz Felek mówi po angielsku?

Ja: Nie dużo. Tylko podstawowe słowa. Siku, kupa, woda, do mamusi chcę.

K: Ania, a jak on sobie w przedszkolu poradzi?

Ja: Normalnie. Tak jak ja sobie porodziałam. Też nie znałam słowa, a się dogadałam. Więc i on się dogada. A małe dzieciaki łapią dużo szybciej. Za chwilę wróci z przedszkola i własnego dziecka nie zrozumiem.

K: No nie wiem, będzie mu ciężko.

Ja: Pewnie będzie, ale od razu bedzie dwujęzyczny. A wydaje mi się, że mimo wszystko polski jest ważniejszy.

K: Obyś się nie myliła.

Kurde. Wróciłam do domu i odpowiedziałam S o rozmowie. Koleżanka zasiała we mnie obawy i zaczęłam wątpić w naszą decyzję.

S: Ania, nauczy się, nauczy. Dzieci bardzo szybko łapią. Zobaczysz. Po świętach już do przedszkola, więc nie ma teraz co gdybać.

Na to do kuchni wszedł Felek i pyta:

F: Zaraz będą Święta?

Ja: Tak. Już niedługo. Cieszysz się?

F: Tak.

Na co wybiegł z kuchni i krzyczy:

F: Bubulinko, zaraz będą święta. I będzie jołka, jołka, jołka.

S: Widzisz Ania. Dogada się w przedszkolu. On już jest dwujęzyczny. Co po polsku nie wie, to po rusku dopowie.

Obarczeni ❤️

Wszystko jest dobrze.

Wszystko jest dobrze.

Wszystko jest dobrze.

5 tygodni temu miałam biopsję. 5 długich tygodni oczekiwania na wynik. 5 długich tygodni niedorzecznych myśli, że moja mama zmarła na raka w wieku 36 lat. Badania miałam na czas. Cycki, cytologia i ogólny przegląd robiony w Polsce wyszedł poprawnie.

A jednak pojawiła się jakaś zmiana i trzeba było pobrać wycinek.
Denerwowałam się. W tym czasie był nasz urlop, urodziny Felka, urodziny S. Nasz wspólny czas, a ja nie potrafiłam przestać myśleć. Co jeśli? Dzieciaczki takie malutkie. Na samą myśl oblewał mnie zimny pot i pękało serce.

S mówił: „Ania, nie zadręczaj się. Wszystko będzie dobrze”.

Ale widziałam, że w jego skorupie spokojności i „mamtowdupizmu” pokazały się rysy. Martwił się.

Od razu po powrocie ze szpitala napisałam dla Was tekst. Chciałam, żebyście mnie wsparli dobrym słowem, podnieśli na duchu. Potem jednak pomyślałam, że może to być odebrane przez Was jak jakieś żebrolajki. Postanowiłam więc napisać, jak będę miała wynik.
Wynik wrócił normalny. 😊

5 tygodni temu…

Nie lubię sierpnia. Zwyczajnie nie trawię. Od jakichś czterech lat zawsze się nam coś w sierpniu przydarza. W tym roku miałam nadzieję, że jakoś przebranę przez niego bez szwanku. Że się przemknę niezauważona. Że sierpień ma tyle na głowie i mi odpuści. Niestety. Nie udało się. Sierpień wie, że go nie lubię i to odwzajemnia.

Po kilkunastu tygodniach perypetii z angielskimi lekarzami, kilku wizytach w szpitalu i różnych dziwnych badaniach, wczoraj miałam biopsję. Zabieg bolesny, więc nie polecam. Do tego już samo słowo biopsja naszpicowane jest strachem, jak dobry jabłecznik cynamonem.

Ale nie sama biopsja była najgorsza, a informacja, że na wynik mam czekać 4 tygodnie. S bardzo się przejął.

S: Ania, jak się czujesz?
Ja: S dobrze. Jeszcze nie umieram. Zresztą dobrze wiesz, że żadne raczysko ze mną nie wytrzyma.

W sumie jednak też się bałam. Mimo, że wszystkie badania miałam zrobione w terminie i nie było szans na żadne choróbsko, to jednak się bałam. Nawet w tym głupim strachu, postanowiłam zataić prawdę przed Majką. Ale wiedziałam, że kto jak kto, ale ona i tak wyczai, że coś jest nie tak, więc rano jej napisałam o zabiegu.

Ja: Nie chciałam Ci mówić.
Maja: Powaliło Cię? Czemu niby?
Ja: Nie chciałam Cię obarczać swoimi problemami.
Maja: Doprawdy? Ty mnie całe życie obarczasz swoimi problemami.
Ja: Maja, no właśnie i już ten jeden Ci chciałam darować.
Maja: Ty lepiej prędziutko pisz do brata i jego też obarcz. Bo jak on się dowie, że mnie obarczasz, a jego nie, to będzie mu przykro.

Tak właśnie 5 tygodni temu obarczyłam rodzeństwo stresem oczekiwania.

Ale na szczęście wszystko jest już dobrze. Kamień spadł nam z serca.

A teraz obarczam Was!
Dziewczyny badajcie się. BADAJCIE. Macajcie cycochy, sprawdzajcie podwozie, wyganiajcie swoich facetów na przegląd sprzętu. Znajdźcie czas na lekarza, na badanie. Znajdźcie czas dla siebie. Zadbajcie o swoje zdrowie, bo nikt za Was tego nie zrobi. Nie odkładajcie, nie przekładajcie, nie olewajcie.

Nic nie jest ważniejsze niż życie. ❤️

Bilet do marzeń ❤️

Śpieszę Wam donieść, że mam najlepszego męża na świecie.

Kilka tygodni temu, leżąc wieczorem na kanapie rozmawialiśmy z S o planach i o tym co byśmy chcieli zrobić w niedalekiej przyszłości. S zaczął z grubej rury.

S: Ja bym chciał dom w Polsce wybudować.
Ja: S ja też, ale bardziej mi chodziło o coś takiego mniejszego i tylko dla Ciebie. Takiego trochę egoistycznego.
S: Aaaa, to chciałbym na ściankę wrócić.
Ja: I super. To w niedzielę możesz się wybrać. Jakoś to zorganizujemy i znowu zaczniesz chodzić regularnie.
S: Haha to dość szybko spełniające się marzenie było.
Ja: Mówisz i masz.

Kilka dni później przeglądając głupotki na fejsie, wyświetliła mi się reklama koncertu Eda Szirana. Moje marzenie, bo ja go uwielbiam. Koncert miał się odbyć w Leeds, czyli blisko nas. I bilety już były w sprzedaży.

Ja: S, S, Kocie, choć tu szybko.
S: Co się stało?
Ja: Koncert Eda jest w Leeds.
S: Kiedy?
Ja: Za niecały rok. Boże, ale bym chciała iść…
S: To idź. Czemu nie? Kupuj bilet.
Ja: Serio? Mogę? Zostaniesz z dziećmi?
S: Pewnie.

Wieczorem usiadłam do komputera, żeby sprawdzić wszystko. Cena biletu niestety prawie mnie zmiotła z krzesła. Koncert na pewno warty każdej sumy, tylko nie miałam kasy. Trochę było mi smutno, bo się napaliłam i już się nakręciłam. Stwierdziłam jednak, że nie ma co świrować, może następnym razem. I kiedy właśnie zamykałam komputer do salonu wszedł S.

S: Kupiłaś bilet?
Ja: Nie. Strasznie drogi.
S: Strasznie czyli ile?
Ja: 88 funtów. Masakra.
S: Bez przesady. Kup sobie Ania.
Ja: S ja nie mam nawet tyle kasy na koncie. To sporo jak na koncert.
S: To zapałać moją kartą. Zrobię Ci taki prezent na 35-kę.
Ja: Naprawdę? Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Jesteś kochany.

Od razu zadzwoniłam do swojej najlepszej przyjaciółki i po 3 sekundach namawiania, żeby szła ze mną, obie byłyśmy szczęśliwymi posiadaczkami biletów. Nosiły mnie emocje i byłam strasznie podekscytowana. Od razu zdałam relację Majce, bo wiadomo, że nic bez niej.

M: Cieszę się Twoim szczęściem. Fajny ten Twój mąż.
Ja: Wiem. Najfajniejszy. Spełnił moje marzenie.
M: Kolejne.

To prawda. Kolejne. Choć zawsze marzyłam tylko o tym, żeby ktoś kochał mnie bardziej niż siebie. I S mnie właśnie tak kocha.

Pamiętajcie, że zawsze po burzy wychodzi słońce. Każdy z nas kiedyś znajdzie kogoś kto będzie naszym marzeniem i spełni nasze marzenia. I nie poddawajcie się, nawet jeśli ta burza ma trwać 25 lat. I jeśli jeszcze potem długo jest mokro i grząsko, to się nie martwcie, bo po wszystkim powietrze będzie tak rześkie, że aż Was zatka ze szczęścia. ❤️😉

#zwiedzANKI: Teneryfa ♥️

Dostaję od Was dużo wiadomości z zapytaniem o nasz urlop. Nigdy nie pisałam sprawozdania czy relacji z urlopu, więc jeśli mi nie poszło to darujcie.

Jak już wiecie wycieczkę kupiłam pod wpływem chwili i impulsu. Nie była specjalnie przemyślana i „poszliśmy” na żywioł.
Wycieczka na Teneryfę obejmowała przelot, 7 dni w hotelu all inclusive i odpoczynek w pakiecie. Zabraliśmy ze sobą humor, pogodę i determinację, żeby wypocząć.

I się udało. 😊 Może nie fizycznie, bo wakacje z maluchami to nie łatwizna, ale psychicznie na pewno.

S przynosił mi sangrię z kostkami lodu, świeżymi owocami, pachnącą jak najlepsze perfumy świata i nie martwił się, że trzeba zapłacić ratę za dom.
Problemy zostawiliśmy w domu. Mniej więcej pomiędzy ładowarką do telefonu, a moimi sandałami.

Wycieczka była w promocji i nie było to nic specjalnie wyszukanego. Hotel miał tylko 3.5 gwiazdki, ale i tak się dość sporo spłukaliśmy. Był to wydatek i to nie mały, ale w 100% wart swojej ceny.

Na miejscu hotel zaskoczył nas dwoma pięknymi, dużymi pokojami z wyposażonym aneksem kuchennym, wielką łazienką, przestronnym salonem i jednym dość sporych rozmiarów karaluchem.

4 baseny, w tym dwa małe, leżaki i parasole umilały pobyt i pomagały sprawdzić, po ilu godzinach w wodzie skóra na stopach dzieci się pomarszczy.

Pojechaliśmy już poza sezonem więc wszędzie było „luźno”, ale pogoda dopisywała przez wszystkie dni.
Widoki przepiękne i zapierające dech w piersiach. Czasami mieliśmy wrażenie, że oglądamy to w telewizji.

Nie byłabym sobą, jakbym nie wspomniała o jedzeniu. Było pyszne, ale ja nie jestem obiektywna, bo ja bardzo lubię jedzenie. Dużo świeżych owoców, warzyw i posiłki gotowane na bieżąco.
Alkohol też był, choć i w jego przypadku obiektywizmu nie zachowam. Najważniejsze, że lekki i w każdej ilości, co rekompensowało okropną kawę.

Wykupiliśmy też wycieczki do zoo (gdzie ukradziono nam naszą lustrzankę) i parku wodnego (gdzie dzieci błagały o meldunek). Kilka razy byliśmy też na plaży (której piasek odkrył nieodkryte dziury i zakamarki w naszych ciałach).

Cały pobyt cudny, choć jak to zwykle bywa za krótki. Na Teneryfę wrócimy, choć na pewno nie w to samo miejsce. I nie dlatego, że było coś nie tak, ale dlatego, że chcielibyśmy zobaczyć coś nowego.

Dzieciaki były tak grzeczne, że trudno było nam w to uwierzyć. I mamy nadzieję, że to nie jednorazowo tylko, że zwyczajnie mają duszę podróżników.
Spędziliśmy ten czas razem, bez pośpiechu, bez zmartwień i na pełnym luzie.

Ale były też i minusy. Podróż trwała prawie 5 godzin. Było to i w jedną i w drugą stronę 5 najdłuższych godzin w moim życiu. Felek zajął się tabletem, książkami, jedzeniem i zadawaniem nam rozluźniających pytań: „a czemu drzewa rosną?” i „gdzie mieszka morze?”.

Za to Bubusia? Klękajcie narody. Ona jest z tych małych ludzi, które jak mają charakter to go używają. Oj i ona użyła. A do tego całą podróż spędziła na moich rękach. Jadła u mnie, spała u mnie, nawet kupę mi na rękach zrobiła. Jak wysiadłam to wyglądałam jakby mnie pies zjadł i wyrzygał. Bluzkę wyrzuciłam już na lotnisku, bo bałam się, że mnie ochrona zatrzyma za próbę roznoszenia zarazy. S pół podróży powtarzał, że mi współczuje, choć widać było, że aż tańczy ze szczęścia w środku, że wylosował opiekę nad Felusiem w podróży.

Nacieszyłam oczy palmami, kaktusami i śniadymi Hiszpanami, choć S i w tym wypadku miał dużo więcej szczęścia, bo Hiszpanki opalają się bez staników. Choć  to też loteria, bo opalającej się toples 70-cio latki nie da się odzobaczyć. S udało się wyhaczyć kilka dwudziestek i do dziś bredzi przez sen „mucias gracjas siniorita”.

Ogólnie cały pobyt dodał S jakieś +1000 punktów do bycia „portorykiem”. Opalenizna, kapelusz i już po dwóch drinkach S mówił biegle po hiszpańsku. Jak na prawdziwego maczo przystało, przez cały wyjazd prawił mi też wyszukane komplementy typu: „ale się zjarałaś, wyglądasz jak burak”.

I tak kochane, potwierdzam. Po 35 latach prób udało mi się w końcu opalić nogi, choć nie pełną ich powierzchnię. 😉

Statystyki 😉

Zawsze czekam na S kiedy wraca z pracy po drugiej zmiany. Lubię wyczekiwać na niego z zapalonym światłem i kolacją. W tym czasie sprzątam, a potem razem bierzemy prysznic, siadamy z kubkiem herbaty w salonie i zdajemy sobie relację z dnia.

On opowiada co było w pracy, co robił, jak mu minął dzień. Mówi o tym co jadł, z kim gadał i zdaje relacje z całego dnia. Zawsze potem pyta o dzieci.

Opowiadam mu co się działo, jak było na spacerku. Zdaję mu sprawozdanie z posiłków, picia, a nawet kup. Zawsze też mamy ubaw z nowych słówek i powiedzonek.

Na koniec nieodłącznym elementem każdego dnia, są informacje z bloga i z Instagrama. S nie zawsze ma czas na bieżąco sprawdzać co publikuję na blogu, a czasem zwyczajnie lubi ten element zaskoczenia. Instagrama nie ma wcale więc wypytuje mnie o wszystko.  Bardzo mu się podoba jak wychodzę na zdjęciach i ostatnio pyta.

S: A jak Ci idzie na Instagramie Ania?
Ja: Całkiem nieźle chyba.
S: Ile obserwacji już masz?
Ja: Coś ponad 1100.
S: O, no to pięknie. A zdjęcia jakie ostatnio wrzucałaś? Dużo lajków?
Ja: Te w kapeluszu ponad 370, na moście ponad 300, na ławce, w różowej bluzce i jeszcze jakieś z kwiatami chyba i wszystkie ponad trzysta. A, no i jedno z Tobą ma jakieś 270 lajków.
S: Ej, no to super Kocie.
Ja: No, fajnie. Patrz, a wiesz co sobie teraz uświadomiłam?
S: Co?
Ja: Że Ty mi cholera statystki psujesz.

Kwiatowa ❤️

Dzisiaj z S obchodzimy 4 rocznicę ślubu.
I ja wiem, że powinnam teraz napisać, że były to 4 przefantastyczne i przecudowne lata miłości, miłość i tylko miłość i bla bla bla.

Kochamy się, ale to były 4 bardzo normalne lata. Fajne, trochę szalone, niespodziewane, pełne niespodzianek, szacunku i szczęścia.

Postanowiłam w prezencie dla S sporządzić małe podsumowanie. 😉

Na dzień: 20.09.2018

Stan dzieciowy: sztuk nadal 2, choć prace trwają. 😉

Stan wagowy: żona +20 kg, mąż –20 kg.

Stan włosów: żona – wella blond, mąż – siwy jak gołąbek.

Rozrywki:
➡️ żony: czytanie, pisanie, blogowanie, seriale i chodzenie na paznokcie.
➡️ Męża: przeglądanie wieczorami „Jeb z dzidy” i seriale.

Kłótnie :
➡️ za sprawą żony 123936251
➡️ za sprawą męża : 1/2
➡️ Za sprawą osób trzecich: 1

Fochy:
➡️ żony 32827262628
➡️ męża: 1

Zdobyte nowe umiejętności :
➡️ żona: ignorowanie, przewracanie oczami, ostentacyjne wzdychanie, zabijanie wzrokiem.
➡️ mąż: już umie tak ustawić stopy, żeby mieściły mu się przy zlewie.

Z czego zrezygnowali:
➡️ żona: z papierosów.
➡️ mąż: z kolegów, ścianki wspinaczkowej, pubów, imprez, węża, oglądania horrorów.

Mądrości nabyte:
➡️ żona: wielkie oczy i piwo do kolacji potrafią wyprosić wiele, rozróżnia szlifierkę od wiertarki.
➡️ mąż: przytakiwanie ułatwia życie

Najczęściej nas łączy: poczucie humoru.

Najczęściej nas „dzieli”: nic, czasem jedynie dwójka maluchów śpiących pomiędzy nami.

Cechy charakteru, które wkurzają nas w sobie najbardziej:
➡️ u żony: ciężko wybrać jedną.
➡️ u męża : mruk.

Najlepszy przyjaciel:
➡️ Żony – mąż
➡️ Męża – żona

Co najfajniejsze udo się nam stworzyć przez te 4 lata? RODZINĘ. ❤️

Zwracam honor 😉

Opowiem Wam pewną historię. Jestem Wam to winna, bo często wspominam, że nie umiem trzymać urazy czy się długo gniewać. Że szybko mi przechodzi i nie obrażam się  Nie jest to do końca prawda. Dopiero wczoraj w nocy okazało się jak długo miałam focha.

Jakieś 16 lat temu (choć liczę zupełnie na oko), razem z Mają i szwagrem świętowaliśmy jakiś sukces tekilą. Musiał być to wspaniały i niezapomniany sukces, bo wypiliśmy tej tekili pokaźną ilość. Chociaż dziś nie mogę sobie przypomnieć cóż to tak spektakularnego było.

I ta pokaźna ilość właśnie, najbardziej dała o sobie znać dopiero na drugi dzień. W sumie to, że ze szwagrem biliśmy się o łazienkę umocniło nasze więzi. Do dziś rozumiemy się bez słów. I zwracamy (choć w tym przypadku to nie jednoznaczne słowo) się do siebie z szacunkiem.

Ale do brzegu. No i ja na drugi dzień, jak to najczęściej bywa, zarzekłam się: „Przysiegam, nigdy, przenigdy więcej tekili. Do ust nie wezmę”.

I ja w tej przysiędze trwałam. Do tego stopnia byłam jej wierna, że jak widziałam tekilę w sklepie na półce, to głowę z obrzydzeniam odwracałam. Z tego co wiem szwagier, nie był aż tak zawzięty.

Po 16 latach złamałam słowo.
Na naszym urlopie, kiedy o 21 dzieciaki już spały, a my z S czytalismy książki na balkonie, S mówi:

S: Kocie idę po drinka, chcesz coś z baru?
Ja: Tak, poproszę coś fajnego.
S: Ania, ale co?
Ja: Zaskocz mnie.

Drink wyglądał super. Czerwony i pomarańczowy kolor mieszkały się między kryształkami lodu, a plasterki pomarańczy pływały w rytm mieszającej słomki. A do tego smakował wybornie. Słodki, delikatny i naprawdę pyszny.

Ja: O wow. Super. Dawno nic tak fajnego nie piłam. Bardzo smaczny. Co to jest Kocie?

S: Tekila sanrajs.

Cała ta historia dała mi do myślenia, bo przez byle fochy tyle straciłam. A jak widać warto dać drugą szansę. Ja od dzisiaj daję. W kolejce czekają śledzie, rodzynki i rum.